50. urodziny można obchodzić w różny sposób. Niektórzy - jak pewien prezenter z TVN - robią wszystko, by pokazać, że zatrzymali czas i wciąż panuje w nich dusza nastolatka. Muniek Staszczyk pokazuje, że da się inaczej - z refleksją, spokojem i spojrzeniem wstecz.

W rozmowie z weekendową "Rzeczpospolitą" wokalista zespołu T. Love mówi, że w ostatnim czasie zmienił swoje podejście do życia. Pomógł mu w tym roczny urlop, kiedy to Muńka nie widzieliśmy ani na scenie, ani w mediach. Efekty?

Kiedyś mnie to łechtało, że np. TVN mnie tak często zaprasza i mogę wypowiedzieć się we wszystkich dziedzinach, a przecież ja się na tych wszystkich dziedzinach nie znam. Mogę mówić o muzyce, bo się na tym znam. Mogę mówić o historii Polski ostatnich 30 lat, bo ją dobrze znam, bo uczestniczyłem w tych wydarzeniach. Ale zapotrzebowanie jest na sensację i na liczby

- przekonuje Staszczyk.

W rozmowie pojawia się również kwestia wiary w Boga. Piosenkarz tłumaczy, że ciężko o tym mówić, ale z każdym dniem powraca do Boga i Kościoła. Stąd też decyzja o rocznej przerwie w koncertach:

Lubię sobie czasami chodzić do kościoła i pamiętam taki wieczór, że siedziałem w tygodniu na mszy i przyszła na mnie taka mocna myśl, właściwie jakby ktoś mi to powiedział: idź teraz do domu i zdecyduj, że od stycznia robisz sobie roczny urlop. (...) Jestem wierzący i nie chcę się na ten temat rozwodzić, ale jestem przekonany, że ja sam nic nie mogę zaplanować. Nie ja jestem panem swojego losu. Oczywiście nie jestem bezwolny w tym wszystkim, bo dużo ode mnie zależy, natomiast ja już się tak bardzo nie obawiam o przyszłość

- mówi wokalista.

I dodaje:

Nie jestem nawiedzony, nie dostałem nagle pigułek szczęścia, ale prawda jest taka, że dawniej byłem kłębkiem strachu, a teraz nie mam w sobie ani strachu, ani agresji, tylko spokój. I to jest fajne

- opowiada.

Muniek nie ukrywa, że zmiana w jego życiu była spowodowana ścianą, do której doszedł, zapętlając się w świecie show biznesu i permanentnego braku czasu:

Było mi z moim życiem źle, cztery lata temu myślałem o samobójstwie. Przyglądałem się ostrym przedmiotom. Czułem działanie złych mocy. Nie radziłem sobie z tym i być może to była właśnie ta trwoga, o której wspominasz. O tym właśnie jest nasza piosenka „Lucy Phere" - o pozornym zbliżeniu się do rzeczy dobrych, a takim wymanewrowaniu, przez tego przeciwnika naszego, że budzisz się z ręką w nocniku, że dochodzisz do ściany

- ocenia piosenkarz.

Powrót do wiary nie był jednak prosty. Staszczyk zastanawia się jednak, skąd taka niechęć wobec ludzi wierzących:

Nie ma we mnie również agresji wobec ateistów, ale zastanawiam się, czemu ludzie niewierzący mają tyle agresji do katolików. I dlaczego stereotypowo myślą? Oczywiście, jest wiele Diabła nawet w Kościele, ale prawda jest taka, że jak jesteś wierzący, od razu zrobią z ciebie debila. To łatwo powiedzieć: katolicyzm to ciemnogród. A ja mówię: Boże kochany, nawet taka prosta wiejska wiara to przecież jest coś, za co tu ludzi atakować?

- pyta wokalista.

Staszczyk opowiada, jak dużo odniesień do rzeczywistości odnalazł w Biblii i jak doświadczył mocy modlitwy. W pewnym momencie wywiad przekształcił się w coś na kształt świadectwa muzyka.

Mówiąc krótko - w Kościele poczułem miłość i wsparcie. Wiara to dla mnie realne uczucie miłości, troski i wsparcia. Namacalnie to poczułem. (...) Wcześniej się śmiałem z różańca, że to jakiś zabobon, a teraz jestem pierwszy do różańca

- uśmiecha się Muniek.

I choć sam jest świadom zdziwienia, jakie musi wywołać taka rozmowa, to - jak mówi - po prostu jest szczery w tym, co mówi:

Jeśli teraz czyta to ktoś, kto nigdy nie był w kościele, ktoś kto nie wierzy, to polecam, żeby poszedł do kościoła i powiedział Bogu o swych problemach. Ja ze swojego doświadczenia mogę się założyć, że będzie się działo. Pomoc przychodzi

- kończy wokalista T. Love.

Całość wywiadu na stronach "Rzeczpospolitej".

lw