Obłęd'44 - marketingowy i medialny. "Miały lecieć wióry, a sypią się bzdury"

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Pierwszą książkę Piotra Zychowicza („Pakt Ribbentrop-Beck”) przeczytałem w całości (patrz artykuł z 14.10.2012: Co wypadało Mackiewiczowi, nie wypada Zychowiczowi. "Przyszłe tego typu książki powinny brać bardziej pod uwagę polskiego ducha i polską specyfikę"), drugiej („Obłęd 44”), nie byłem w stanie doczytać do końca – utknąłem gdzieś przed 200 stroną.

Obydwie marketingowo mają bardzo dobre i intrygujące tytuły, natomiast jeżeli chodzi o ich historyczną adekwatność plasują się na poziomie piły tarczowej i betonu. Pierwszy tytuł byłby bardzo trafny a treść całkiem ciekawa, gdyby ograniczył się do historii alternatywnej, która ma swoje określone ramy i właściwych odbiorców. Ale natychmiast trzeba zaznaczyć, że historia alternatywna wymaga bardzo dużej wiedzy historycznej i jeszcze większej realistycznej wyobraźni – z obu stron: piszącego i czytelnika. Natomiast edukacja historyczna, z którą mamy do czynienia od 70 lat nie sprzyja szerszemu odbiorowi tego gatunku, co zresztą widać gołym okiem. Większość nie powinna oponować.

Drugi tytuł jest już raczej bezczelny i świadczący o marketingowym traktowaniu samej historii. „Obłęd” ma sugerować jakąś dojrzałość Autora i ostateczną rozprawę z mitem Powstania Warszawskiego, natomiast dodatek „44” akcentuje nie tylko datę zdarzenia, ale również udziela mu mickiewiczowskiej powagi. A to już jest przekroczenie dobrego smaku, ale także zatracenie poczucia porządku i chyba symptomy wyobcowania. Ogólnie, miały lecieć wióry, a sypią się bzdury. Ani decyzji Becka, ani wybuchu żadnego powstania narodowego nie można traktować w sposób jednowymiarowy. Każde wydarzenie trzeba położyć na szalach historii, a w opisywanym przypadku postawić pytanie: co jest ważniejsze, Powstanie Warszawskie jako odruch niepodległości, czy PRL jako system podległości? Pierwsze wymaga bezwzględnej obrony, drugie potulnego serwilizmu lub świadomej zdrady. Skutki postaw są diametralnie różne. Warto też porównać postawę polskiego społeczeństwa w „Obłędzie 44” i po „obłędzie” i przeciwstawić je okresowi Solidarności. Nie ujmując nic „S” (sam emocjonalnie jestem z nią związany), Powstanie Warszawskie nie miało złudzeń, a ile złudzeń niósł za sobą rok 1980/1981? Która więc klęska była większa: klęska „obłędu”, czy klęska Solidarności? Biorąc pod uwagę stan umysłu naszego społeczeństwa, wątpliwości powinny zniknąć. I to jest problem na dzień dzisiejszy.

***

Dzieje Polski nie liczą sobie 70-kilka lat, lecz ponad dziesięć wieków. Ich opis wymaga wykształconej wyobraźni, a nie kupieckiej kalkulacji. Oczywiście, że Powstanie Warszawskie skazane było na przegraną, ale PRL wypowiedziała wojnę 1000-letniej niepodległościowej tradycji polskiej, a więc dziełu, które trzymało fundamenty naszej kultury i naszej tożsamości. Była to więc walka o prawo do bytu, a więc o wszystko. Jedenastomilionowa Armia Czerwona oznaczała wyrok, ale brak szacunku i dezawuowanie Powstania przez reprezentanta pokolenia, które wchodzi na arenę polityczną, to już nie powtórka z rozrywki, lecz powielanie komunistycznego schematu. Nie takich książek powinny doczekać się II RP i Powstanie Warszawskie, bo punktem odniesienia do tego, co chcemy dziś zbudować jest nie PRL, lecz Polska okresu międzywojennego. Przegrana w 1944 r. nie ma tu żadnego znaczenia. Ważny jest przekaz, a ten ma on określoną cenę. Nieszanowanie tego nominału nakręca koszty, które będzie musiało zapłacić pokolenie Autora „Obłędu”. Zresztą już płaci ono za Solidarność, a cena tkwi w rozwiązaniu wszystkich dużych zakładów pracy, co przekłada się na bezrobocie. Ciekawsze jest więc tu pytanie: co byłoby, gdyby Powstanie Warszawskie nie wybuchło? (Zdaję sobie sprawę, że słowa te nie bardzo trafiają do przekonania fanom książek Zychowicza, ale to jest już ich problem).

Zychowicz mimo to ma jednak pewną zasługę: wydobywa typowość dla zjawiska, które można nazwać różnicą poglądów pomiędzy piłsudczykami a narodowcami. Ten problem wciąż nie został rozstrzygnięty, jest nadal nabrzmiały i wymaga ustaleń stosownych do czasów, w których żyjemy.

***

W obydwu książkach Autor stawia z góry ustaloną tezę (niestety, rodem z PRL-u), stwarza pewien fakt medialny, a potem wyciąga tylko takie materiały, które pozwolą mu udowodnić swoją rację. Przeszłość traktowana jest tu marketingowo i w sposób wirtualny. Problemy Becka i Powstania są wciąż nabrzmiałe i gorące, a więc łakome marketingowo. Więcej, można powiedzieć, że są sensacyjne. Trudno powiedzieć, jak życie rozstrzygnie te antagonizmy, jedno jest pewne, że dyskusja na ten temat nie powinna iść w kierunku taniego powielania przedwojennych, wojennych i PRL-owskich stereotypów. Kiepska szkoła, wolny rynek i wolna amerykanka, to triada która pcha wielu, zwłaszcza młodych ludzi, na drogę bez przeszłości i przyszłości. Więcej, ta droga nie ma też teraźniejszości, bo porusza się w przestrzeni wirtualnej. Temat obydwu ostatnich książek uderza w te czułe punkty Polaków, którymi zajmowała się komunistyczna propaganda, a których krótki czas wolności nie pozwolił jeszcze rozstrzygnąć. Pozycje Zychowicza trafiają więc na polski grunt wciąż skłonny bardziej do zabawy, niż rzeczowej dyskusji.

Ktoś powie: fakty, fakty, fakty, sam Autor twierdzi, że jeszcze nikt mu żadnego błędu nie udowodnił. Ale co tu udowadniać skoro sama teza jest wątpliwa i wątpliwego pochodzenia, a prowadzony wywód nadaje się bardziej do pisania bajek niż rozstrzygnięć historycznych. Historia alternatywna niczego nie rozstrzyga. Życie ludzkie, historia człowieka, czy kultury lub państwa to nie jest dowolna układanka. Ta układanka jest już ułożona. Tu nie zawsze dwa plus dwa równa się cztery. Historia Polski usytuowana w kleszczach dwóch państw, które dopuściły się największych zbrodni w dziejach, jest tego najlepszym przykładem. Dla Piotra Zychowicza akceptacja powstań (wystąpiły, więc musiały wybuchnąć) to determinizm historyczny – tak, jakby ludzką krzywdę skumulowaną w energię można było wstrzymać, jak słońce, by potem poprzez interpretację móc ruszyć ziemię... Ale jak nie można wstrzymać słońca, to można przynajmniej je wyśmiać.

Więcej, obrona Becka, a tak naprawdę II RP; obrona Powstania Warszawskiego, a tak naprawdę – wszystkich powstań narodowych, to według z-cy red. naczelnego „Do Rzeczy”, brak zrozumienia historii… Owszem, niektóre pytania postawione przez Zychowicza są bardzo ważne. Wymagają one jednak wielu badań i czasu na rzeczową odpowiedź. To nie jest temat na „komiksy”. Tak samo sprawa ma się z powstaniami. Skoro wybuchły, musiały mieć jaką przyczynę. Ba, gdyby wybuchały jedynie w Polsce, można by przyjąć, że jesteśmy idiotami, ale skoro wybuchały na całym świecie, nie trzeba kpić i wyśmiewać, lecz wyjaśniać ich mechanizmy… Niektórzy powiedzą, że zostały już wyjaśnione, ale dlaczego wobec tego duża część społeczeństwa zachowuje się tak, jakby nie słyszeli o niczym? Powstania, wysoka świadomość społeczna oraz odpowiedzialność i solidarność to przymioty-warunki wpisane w geopolitykę polskiego terytorium i polskiej świadomości. To nie my zwariowaliśmy, lecz uwarunkowania ostatnich ponad 200 lat postawiły nam takie warunki.

Do tego dochodzi jeszcze jakaś powolność środowiska naukowego, bo to książka nienaukowa, bo w polskiej historiografii od dawna ścierają się nurty: narodowy i państwowy, propowstaniowy i antypowstaniowy; bo poczekamy, zobaczymy itd. A tymczasem z pola widzenia uchodzi fakt narastania zjawiska coraz powszechniejszej niekompetencji kulturowej naszego społeczeństwa. Przestaje ono odróżniać prawdę od kłamstwa, rzeczywistość od fikcji. To dzieje się w momencie tworzenia się nowego układu sił w Europie i świecie. Książki Piotra Zychowicza nie są jedynymi, które wykorzystują ten stan. Podobnych mu autorów na rynku księgarskim jest więcej. Oczywiście, nikomu nie można zakazać ich wydawania, ale też poziom odbioru i weryfikacji powinien być dużo lepszy.

W 70 lat po wojnie samo dopuszczenie myśli, że można było pójść z ludobójcami i przez to wziąć na siebie współodpowiedzialność jest po prostu chore. Brnięcie w tę kwestię, nie zasługuje już na żadną uwagę. Może warto się zastanowić w jaki sposób wyjaśnilibyśmy sami sobie, a potem Europie i światu Powstanie Warszawskie, gdyby na jego czele stanęło AL? Czerwonej plamy na mapie Polski nie zmazalibyśmy już nigdy, a polskie szkoły z naszych dzieci zrobiłyby takich durniów, jakich świat nie widział. Twierdzenie o jakimś hołdzie dla Studnickiego, czy Mackiewicza jest takim samym nieporozumieniem. W II RP wybitnych antykomunistów było na pęczki... A może chodzi tu tylko proniemieckość? Dlatego historia alternatywna musi mieć zamknięty krąg dyskutantów, którym „co by było gdyby” może pomóc w lepszym zrozumieniu pewnych zjawisk. I tyle. Wychodzenie z tym na zewnątrz jest niedojrzałością emocjonalną, a robienie z niej kasy, poniżej godności historyka.

Zjawisko medialne wywołane przez Piotra Zychowicza nie jest problemem jego samego, bo jeszcze istnieje wolność, lecz bardziej dotyczy to tych wszystkich, którzy z wypiekami na twarzy czytają jego książki. Świadczy to o jałowości naszego kulturowego biegu. Natomiast najbardziej zdumiewa fakt, że książki Zychowicza nagłaśniają głównie media uważające się za prawicowe.

***

I na koniec wróćmy do podstawowego wątku, a więc antagonizmu narodowców z piłsudczykami. II RP miała zupełnie inne uwarunkowania, niż PRL i III RP. W 1945 przesunięto granice i zmieniły się parametry geopolityczne – chcemy czy nie, jesteśmy w świecie zależności piastowskich. Wracamy jakby do początków naszej państwowości. Dlaczego? Dlatego, że Polska jest, i jest faktem podmiotowym i politycznym. Ujmując rzecz geopolitycznie, wracają wszystkie uwarunkowania z tamtego okresu. Dziś historia Polski piastowskiej staje się ważniejsza niż jagiellońskiej, choć o doświadczeniach tamtych nie możemy zapominać. W jaki sposób to zrobić, pytał swojego czasu Rymkiewicz.

Na ścianie wschodniej istnieją uznane przez nas trzy suwerenne państwa. Polska na dawnych kresach nie ma już nic do szukania, tak samo, jak Niemcy na naszych ziemiach zachodnich. Skracając, dziś pomiędzy Bugiem a Odrą, pomiędzy Tatrami a Bałtykiem walka narodowców z piłsudczykami przypomina walkę dwóch zacietrzewionych straceńców na krze lodu, która dryfuje w niechcianym przez obydwu kierunku. Wielu narodowców i piłsudczyków rozumie ten problem, ale wielu też wciąż nie może go pojąć. Odzyskanej niepodległości nie można podzielić na Piłsudskiego i Dmowskiego, tak samo zresztą jak nie można rozdzielić Kościoła z historii Polski. Jeżeli stawiać pomnik, to Dmowskiemu i Piłsudskiemu razem (propozycje wysunąłem w 2004 r., patrz „Ostatnia na Drogę, Lublin 2004, s. 75-76). Ponadto zdrowy rozsądek podpowiada, że dziś trzeba godzić obydwa kierunki – narodowy z piłsudczykowskim i tworzyć z nich syntezę ( o tym też wspominałem w w/w książce).

Zychowicz niewątpliwie jest pisarzem utalentowanym, ale jak na razie swoje zdolności wykorzystuje w niewłaściwym kierunku. Ciekawe, jakim tematem uraczy nas w trzeciej książce?

 

Artykuł ukazał się na portalu sdp.pl.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...