„Oprawcy. Zbrodnie bez kary” - nowa książka Tadeusza Płużańskiego. „Klimat polityczny” znów nie sprzyja rozliczaniu komunistycznych zbrodni. Znów zwyciężają głosy broniące dawnego układu!.

Fot. Oprawcy/Capital S.C.
Fot. Oprawcy/Capital S.C.

Portal wSumie.pl po raz pierwszy publikuje fragmenty książki „Oprawcy. Zbrodnie bez kary” Tadeusza Płużańskiego. „Oprawcy” to kontynuacja „Bestii” i „Bestii II” - niezwykle mocne, reportażowe ujęcie historii Polaków mordowanych przez stalinowców. To dalszy ciąg represji komunistycznego aparatu bezprawia wobec polskiego podziemia, żołnierzy AK, NSZ, II konspiracji niepodległościowej. Historie Żołnierzy Wyklętych i ich oprawców wciąż trwają!


Nieukarani mordercy Polaków

Od kilkunastu lat badam sprawy stalinowskich oprawców. Z niektórymi z nich rozmawiałem, ale głównie z ich ofiarami, rodzinami ofiar, bo to ich głos powinien dzisiaj być najmocniej słyszalny. Przyglądałem się śledztwom, procesom. Linii obrony byłych funkcjonariuszy komunistycznego systemu bezprawia, upokorzeniu (ponownemu) ich ofiar, które muszą udowadniać, że były prześladowane i bite, oraz bezsilności sądów. Ale czy na pewno to tylko bezsilność?

Wnioski są niestety mało pokrzepiające. Podstawowy jest taki, że przez 24 lata okrągłostołowej Polski nie udało się osądzić żadnego sędziego ani prokuratora, którzy w czasach stalinowskich skazywali polskich patriotów, choć prawo zakwalifikowało ich czyny jako komunistyczne zbrodnie sądowe i zbrodnie przeciwko ludzkości. Jeśli w ogóle postawiono im zarzuty, nie ponieśli żadnych konsekwencji karnych. Jeden z sądów w ogóle odmówił rozpatrzenia sprawy… A przecież tu nie o zemstę chodzi, lecz o symboliczną sprawiedliwość.

W tej sytuacji wielkim sukcesem jest kilka wyroków na stalinowskich śledczych. Ale przecież sędziowie i prokuratorzy należeli do tego samego aparatu terroru. Oni też mordowali, z tą różnicą, że nie znęcając się fizycznie i psychicznie, ale zza biurka. Przecież prokuratorzy oskarżali, a sędziowie wydawali wyroki na podstawie dowodów wymuszonych biciem przez „śledzi”, którzy często byli współautorami aktu oskarżenia. Przecież na skazanie jednego człowieka pracował cały aparat partii i państwa: począwszy od Bieruta, Radkiewicza, Romkowskiego, poprzez tajnych współpracowników, agentów celnych (kapusiów w więziennej celi), w końcu śledczych, sędziów i prokuratorów właśnie, a na obrońcach sądowych skończywszy. Dlaczego zatem jednych - oprawców z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - można skazać, a drugich - oprawców w togach - już nie?

Prawo wolnej Polski musi przyjąć zasadę, że cały powojenny system był zbudowany na bezprawiu. Wszyscy byli katami i tak powinni być traktowani przez sądy Rzeczypospolitej. Ale „klimat polityczny” znów nie sprzyja rozliczaniu komunistycznych zbrodni. Znów zwyciężają głosy broniące dawny układ, w stylu: „W SB pracowało wielu porządnych ludzi”.

Dlaczego nie rządzą nami elity

Więźniowie, którzy mieli „szczęście” trafić zarówno do obozu niemieckiego, jak i sowieckiego, dostrzegali dziwne podobieństwo hasła: „Arbeit macht frei” („Praca czyni wolnym”) z „Czierez trud k oswobożdieniu” („Przez pracę do wolności”). Ten drugi napis nie był przecież pomysłem niemieckim. Ktoś powie: bolszewicy wzięli go od nazistów, przerobili trochę, dostosowując do swoich potrzeb. Tymczasem inspiracje szły w drugą stronę - od Rosjan do Niemców. W dwudziestoleciu międzywojennym - również po 1933 r. - kwitła wszechstronna współpraca między Rosją i Niemcami, Niemcy szkolili się na sowieckich poligonach, testowali sowiecki sprzęt. Odwiedzali też sowieckie obozy koncentracyjne, podziwiając system GUŁAGU. Szukali wzorów i… je znaleźli. Wtedy zobaczyli napis: „Czierez trud k oswobożdieniu”. Ciekawy, głęboki, dwuznaczny. Wystarczyło przełożyć go na niemiecki i gotowe. Oba totalitaryzmy łączyła ta sama ludobójcza idea. Dotknęła Polaków, doprowadzając do zniszczenia elit. Zagłady, holokaustu. Holokaustu Polaków… W dzisiejszym, postępowym świecie zdominowanym przez myślenie kategoriami religii żydowskiego holokaustu lub – w wersji świeckiej – przedsiębiorstwa holokaust („Holocaust Industry”), takie stawianie sprawy musi budzić szok.

Ale faktów nic nie zagłuszy. Teza jest jasna: Polacy nie tylko doznali holokaustu, ale również doświadczyli go od Niemców jako pierwsi. Tak było też w Auschwitz. Obóz powstał z myślą o eksterminacji Polaków; pierwsze transporty były wyłącznie polskie; to Polaków zmuszano do budowy baraków; przez długie miesiące Polacy byli jedynymi więźniami - potworny holokaust Żydów miał miejsce później. Napis na bramie w Auschwitz też wykonał Polak. Aż dziw bierze, że nikomu nie przyszło jeszcze do głowy, aby połączyć ten fakt z „polskimi obozami koncentracyjnymi”. Jakże pięknie by pasowało! I nie byłoby istotne, że Jan Liwacz, na wolności mistrz kowalstwa artystycznego, w obozie nr 1010, był więźniem i pracował pod batem niemieckiego kapo obozowej ślusarni, niejakiego Kurta Müllera. Także w Stutthofie do 1942 r. 90 procent więźniów było Polakami. Pierwszej egzekucji przy użyciu trujących gazów dokonano na 300 Polakach i 700 radzieckich jeńcach wojennych. Przed najazdem na Polskę Hitler stwierdził bez ogródek: „Naszym podstawowym obowiązkiem jest zniszczenie Polski. Celem jest nie tylko zajęcie kraju, ale unicestwienie każdej żywej istoty… Bądźcie bezlitośni! Bądźcie brutalni… Postępujcie z najwyższą surowością… Ta wojna ma być wojną zagłady”.

Stalin w nie mniejszym stopniu odpowiada za holokaust Polaków. Sowieci mieli więcej czasu – podczas II wojny światowej i przez długie 40 lat po niej. Dokonane przez nich zniszczenia są większe, choć na ogół słabo – bądź wcale – uświadomione. To też planowa eksterminacja Polaków, a przede wszystkim naszych elit. Najgroźniejszych – przywódców - trzeba było zamordować, innych wystarczyło przerobić na homo sovieticus. Zniszczyć ciało, ale jeszcze bardziej ducha. Rotmistrz Witold Pilecki, dobrowolny więzień Auschwitz, po wojnie katowany fizycznie i psychicznie w stalinowskim więzieniu na Rakowieckiej, powiedział: „Oświęcim to była igraszka”. Skutki sowieckiego planu zagłady polskości, polskiego holokaustu, odczuwamy do dziś. W postaci zgubnego relatywizmu, braku przywiązania do tradycji, wartości.

Kaci z Mokotowa umierają bezkarni

Piotr Śmietański był na Mokotowie dowódcą plutonu egzekucyjnego. Sądząc z podpisów na protokołach wykonania wyroków śmierci był ledwo piśmienny. W praktyce żadnego plutonu nie było. Zabijał tylko on. W latach 1944-1956 w więzieniu przy ul. Rakowieckiej stracono ponad tysiąc osób. Wiele z nich było ofiarami Śmietańskiego. Miał jedną wypróbowaną metodę - zabijał strzałem w tył głowy, metodą sowiecką. W ten sposób zostali zamordowani polscy oficerowie w Katyniu. Zabijał żołnierzy AK, NSZ, WiN, działaczy niepodległościowych – wszystkich, którzy nie podobali się „ludowej” władzy. Wśród najbardziej znanych więźniów, od kuli Śmietańskiego zginęli: Witold Pilecki - 25 maja 1948 r., Hieronim Dekutowski, „Zapora” - 7 marca 1949 r., Adam Doboszyński - 29 sierpnia 1949 r.

Śmietański zmarł jeszcze w 1950 r. na gruźlicę. Pracę w warszawskiej bezpiece zaczynał na początku 1945 r. jako wywiadowca. Funkcja kata kryje się pod terminami: „do dyspozycji szefa” i „oficer do zleceń”. Był też „agentem zaopatrzenia”, chyba po to, aby bardziej urozmaicić sobie monotonną pracę.

Jak wyglądała egzekucja Pileckiego, zapamiętał zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego Ryszard Mońko. Od lat Mońko mieszka sobie spokojnie w Hrubieszowie, pobierając wysoką resortową emeryturę. Nie ścigany przez wymiar sprawiedliwości III RP, zdając sobie sprawę ze swojej bezkarności, zdecydował się mówić:

25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora [mowa o wiceprokuratorze NPW dla spraw szczególnych Stanisławie Cypryszewskim] rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano [były wyjątki, komuniści powiesili np. gen. Fieldorfa, skazanego przez sąd cywilny]. Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB [mowa właśnie o Śmietańskim]. Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon.

 

Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Martusiewicz.

Gdzie pogrzebano Pileckiego?

Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Często jechał w niej naczelnik, który miał prawo jazdy.

Dlaczego podpisał pan protokół wykonania kary śmierci?

A co miałem robić?

Dziś wiadomo, że zwłoki Pileckiego mordercy wywieźli jeszcze tego samego dnia, pod osłoną nocy, na śmietnik. Dziś teren ten, jako kwatera „Ł”, jest częścią cmentarza na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Badania identyfikacyjne Pileckiego, żołnierza niepodległości, ochotnika do Auschwitz, trwają.

 

Obszerniejsze fragmenty książki "Oprawcy" Tadeusza Płużańskiego na portalu wSumie.pl

 

 

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

Książkę autorstwa Tadeusza Płużańskiego "Oprawcy zbrodnie bez kary" można nabyć w naszym sklepie wSklepiku.pl!


Oprawcy zbrodnie bez kary

Polecamy!

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...