Do najbliższego wydania tygodnika "wSieci" dodany będzie film "Polacy" w reżyserii Marii Dłużewskiej poświęcony niezależnym naukowcom zaangażowanym w badanie katastrofy smoleńskiej. Cena tygodnika nie zmieni się!

wPolityce.pl: Skąd pomysł na zrobienie filmu „Polacy”?

Maria Dłużewska, reżyserka: Prof. Binienda, dr Szuladziński, prof. Nowaczyk, dr Berczyński, to ludzie, którzy mają bardzo wysoką pozycje w swoich środowiskach, są spełnieni zawodowo i bardzo zajęci. Mimo to na pierwszym miejscu postawili wyjaśnianie wielkiej katastrofy, która dotknęła kraj, z którego pochodzą. Jako specjaliści w swoich dziedzinach szybko zorientowali się, że „coś tu nie gra” i każdy z nich podjął badania zgodnie ze swoja wiedzą. Zaimponowała mi ich postawa -  wyjaśnianiu przyczyn katastrofy smoleńskiej poświęcili swój czas, pieniądze, życie zawodowe i rodzinne.  Zainteresowali mnie również jako osobowości – to bardzo ciekawe, kolorowe, nietuzinkowe postacie. Ich system wartości, wierność zasadom, patriotyzm i bezkompromisowość prawdziwie mnie ujęły i postanowiłam za wszelką cenę opisać ich, pokazać polskiemu widzowi.

 

Czy miała pani jakieś trudności przy realizowaniu tego filmu?

Tzw. drugi obieg nie ma żadnych pieniędzy – to podstawowy problem. Zależało mi na tym, żeby moich bohaterów pokazać  tam gdzie mieszkają, gdzie pracują. A ponieważ to bardzo daleko od Polski, więc i koszty przedsięwzięcia były niemałe. Te zasadnicze, parogodzinne wywiady, które stanowią oś filmu, nakręciłam w Warszawie, kiedy w lutym Panowie przyjechali na Debatę Smoleńską, jednocześnie cały czas szukając funduszy na podróże do Stanów Zjednoczonych i Australii. Udało się, jak zwykle, cudem.

 

Do Stanów i do Australii wyjechała pani tylko z operatorem. Czy ta oszczędność ograniczała też państwa pole działania?

I tak i nie. Mimo, że te zasadnicze rozmowy mieliśmy już profesjonalnie zarejestrowane w Polsce, to jednak i za granicą musieliśmy nagrać jeszcze kilka ważnych wywiadów między innymi z żonami profesorów – panią Marią Szonert – Biniendą i Lidią Nowaczyk, mieliśmy więc ze sobą sprzęt dźwiękowy i zupełnie nieźle daliśmy sobie radę. Fakt, że byłam tam tylko z operatorem ułatwiał pracę o tyle, że we dwójkę  byliśmy mniej kłopotliwi dla naszych bohaterów i gospodarzy. Pozwoliło nam to być z nimi bardzo blisko, chodzić za nimi krok w krok, niemal od świtu do nocy.

 

Czy łatwo było zebrać ekipę do takiego przedsięwzięcia – namówić operatora, dźwiękowca, producenta, do realizacji tego filmu?

Producent się zgodził natychmiast a koledzy, z którymi tworzyłam ten film to ekipa z która pracuję od dawna  i jesteśmy znakomicie zgrani. Dzięki temu od razu mogliśmy zabrać się do pracy.  Jedyną nową osobą był operator części zagranicznej filmu. Ryszard Jaworski z którym zrealizowałam wszystkie filmy „smoleńskie” – nie mógł ze mną wyjechać, więc tuż przed wyjazdem musiałam znaleźć nowego operatora. Na szczęście Bartek Maj okazał się prawdziwym profesjonalistą i świetnym towarzyszem podróży. Już na miejscu wszyscy bardzo nam pomagali i, prawdę powiedziawszy, nie poczuliśmy nawet, że jesteśmy sami, bez wsparcia  profesjonalnej ekipy. W Australii zajęli się nami niezwykle serdecznie członkowie Związku Więźniów Politycznych. Byli naszymi przewodnikami, wozili nas, karmili, pomagali dźwigać sprzęt.

 

Mówi pani o tej pomocy ze strony naukowców, o ich gościnności, o pomocy ze strony Związku Więźniów Politycznych. Czy można powiedzieć, że to jest film oparty na ludzkiej pomocy?

Wokół tej mojej filmowej opowieści, zebrała się grupa ludzi, którzy mieli poczucie wagi tego przedsięwzięcia. Dla każdego z nas był to ważny czas i fajny kawałek życia. A przemierzenie Stanów czy Australii w tak ekskluzywnym towarzystwie jak nasi bohaterowie, to wielka przyjemność.

Moi współpracownicy to bardzo świadomi ludzie i znakomici artyści. W takich, niemal polowych, warunkach, w jakich przychodzi nam teraz działać - nie można pracować z ludźmi „średnimi”, bo i efekty będą średnie, a przy tak ważnych tematach nie można sobie na to pozwolić.

Tym razem miałam też  szczęście jeśli chodzi o muzykę do filmu, bo okazało się, że Konrad Binienda, syn prof. Biniendy jest pianistą i kompozytorem. Mogliśmy więc wykorzystać jego kompozycje i wprowadzić do filmu jego samego jako wykonawcę.  Wracając do pytania: niewątpliwie ten film powstał dzięki dobrym ludziom i – z mojego punktu widzenia - to bardzo piękna i podnosząca na duchu okoliczność.

 

Rozmawiała Magdalena Czarnecka

ZOBACZ TAKŻE: "Polacy" Marii Dłużewskiej - relacja z premiery filmu

CZYTAJ TAKŻE: "Gdy Ojczyzna jest w potrzebie, wyrusza się nawet z najdalszych zakątków świata" - już w poniedziałek film "Polacy" w tygodniku "wSieci"

PARTNER WYDANIA: