"Słownik wyrazów obcych" Ryszarda Legutki. R jak różnorodność. "Im większe ujednolicenie, tym wylewniejsze pochwały różnorodności"

fot. sxc.hu
fot. sxc.hu

Praca w Parlamencie Europejskim, poza wykonywaniem codziennych obowiązków europarlamentarzysty, stwarza dobrą okazję do obserwacji zachowań, które skupiają jak w soczewce szereg zjawisk charakterystycznych dla współczesnej europejskiej obyczajowości. Wobec wielu zdarzeń trudno przejść obojętnie, inne niepodobna przemilczeć, wreszcie są takie, które wywołują tylko odruch sprzeciwu.

Aby nie ograniczać się jednak tylko do emocjonalnych reakcji, postanowiłem podzielić się z Czytelnikami portalu wPolityce.pl swoimi przemyśleniami w postaci swoistego „Słownika wyrazów obcych”. Cykl postanowiłem rozpocząć od odmienianego przez wszystkie przypadki pojęcia „różnorodność”. Zapraszam do lektury.

Jednomyślni wyznawcy różnorodności

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że żyjemy w świecie orwellowskim. Przypomnę, że George Orwell w swoich książkach antykomunistycznych zwracał uwagę, że komunizm dokonał systematycznego gwałtu na języku przez odwracanie znaczeń: w nowym ustroju ludzie przyzwyczajali się do tego, że wojna była pokojem, wolność zniewoleniem, bogactwo nędzą. Orwell miał rację: w realnym komunizmie tak się właśnie działo. Ale niestety podobne praktyki mają miejsce teraz, już po upadku komunizmu. Niedawno Bronisław Wildstein opublikował książkę o III RP, gdzie czyni odwracanie znaczeń motywem przewodnim swojej krytycznej analizy dzisiejszej Polski.

Ale gwałt na języku dokonuje się w całym świecie zachodnim. Weźmy takie słowa jak „różnorodność” i „inność”. Brzmią one niezwykle wdzięcznie i kojarzą się z bogactwem społecznych form. Któż nie chciałby żyć w świecie pełnym różności? To tak jakby sobie wyobrazić dzielnicę, gdzie jest mnóstwo rozmaitych restauracji: polska, chińska, włoska, tajska, arabska, grecka, rosyjska, gruzińska i wiele innych, oferujących wszelkie możliwe kuchnie.

Niestety słowa te nabrały już dawno znaczenia odwrotnego, a świat dzisiejszy wypada raczej przyrównać do stołówki, gdzie jest jeden stały zestaw potraw, serwowany z jednej kuchni przez jedną ekipę szefów, kucharzy, kelnerów i wykidajłów. Dania są ciągle te same, ale wszyscy klienci wyrażają zachwyt nad ofertą i obsługą: ach jak dużo rozmaitych potraw, ach jaka mnogość zachowań, ach jakie zróżnicowanie wśród kelnerów. Im większe ujednolicenie, tym wylewniejsze pochwały różnorodności.

Obserwuję to na co dzień w Parlamencie Europejskim, w którym parę setek ludzi z różnych krajów głosi pochwałę różnorodności od rana do wieczora, przy czym ludzie ci - w swojej retoryce, słownictwie, sposobie myślenia, poglądach - nie różnią się zupełnie od siebie. Co więcej, ludzie ci zajmują się zawodowo ujednolicaniem, czyli likwidacją różnorodności: narzucają drobiazgowe regulacje prawne wszystkim krajom członkowskim Unii. Trudno nie odnieść wrażenia, że aby dzisiaj zasłużyć sobie na bycie innym należy stać się od innych nieodróżnialnym i dołączyć do wielkiej armii różnorodność likwidującej.

Pisałem już o tym wielokrotnie, ale nie dość tego powtarzać, bo owa pochwała inności to jedna z największych mistyfikacji naszych czasów. A oto ostatni przykład, z jakim się zetknąłem. Przeczytałem w Rzeczpospolitej artykuł stałej recenzentki tego dziennika o festiwalu filmów polskich, gdzie zostało powiedziane, że polskie kino „otwiera się na inność”, a przykładem tej inności były dwa filmy - jeden mówiący o stosunkach polsko-żydowskich na przykładzie losów zakonnicy, a drugi o dobrym księdzu o homoseksualiście. Mój Boże, jeśli to jest inność, to ja jestem Winnetou.

Trudno mi znaleźć przykład filmu ostatnich laty dotyczącego wojny i powojennej historii Polski, gdzie kwestia żydowska nie byłaby jednym z głównych wątków. Czy ktoś dzisiaj jest w stanie nakręcić film o okupacji bez wątku żydowskiego? Nakręcenie takiego filmu z pewnością byłoby wkładem w większe zróżnicowanie, ale nie to europejskie, lecz to normalne. Opowiadanie polskiej historii wyłącznie w kontekście relacji polsko-żydowskich nie jest otwieraniem się na inność, lecz zamykaniem się na nią. Taki kontekst to dziś sztampa, kompulsja i poprawnościowy oportunizm.

Podobną sztampą jest ksiądz homoseksualista, albo ksiądz zakochany i seksualnie aktywny. Innej historii o księżach i zakonnicach nie ma i trudno znaleźć reżysera lub pisarza, którzy byliby zdolni opowiedzieć o księżach historie nieerotyczne. Doświadczenie kapłaństwa jest nieobecne w twórczości artystycznej, bo twórcom ideologia różnorodności tak wyprała mózgi, że mogą mówić tylko o jednym. Zwłaszcza żałosne jest to w takim kraju jak Polska, gdzie mamy tysiące wspaniałych księży i zakonnic, a nic z ich życia i doświadczeń nie dostaje się do kultury. I to ma być różnorodność? Otwarcie się na inność byłoby wtedy, gdyby polscy twórcy zamiast dyrdymałów o księżach homoseksualistach, albo księżach odkrywających żydowskość, albo księżach chorych na AIDS, albo księżach zakochanych w nastolatkach, potrafili przekazać nam coś z doświadczenia życia księżowskiego lub zakonnego, szerzej przecież nieznanego, coś, co rozszerzyłoby naszą perspektywę, tak drastycznie zawężoną przez dzisiejszą zideologizowaną kulturę.

Nie mogę się powstrzymać od dodatkowego komentarza. Film o księdzu homoseksualiście nakręciła pani reżyser, która ma na imię Małgośka. Jeśli dama o imieniu Małgorzata, mająca maturę już dawno za sobą, każe się w którymś momencie swojego życia nazywać Małgośką, to jest to nie tylko żałosne, lecz symptomatyczne. Jest to wpisywanie się w mody zachodnie, głównie anglosaskie, gdzie staruchy w rodzaju Roberta Dole’a zmieniają się w Boba Dole’a, a prezydenci supermocarstwa zdrabniają swoje imiona i każą się nazywać Jimmym lub Billem. Polak, który poddaje się takim zabiegom i zmienia Tomasza w Tomka (był kiedyś taki modny pisarz o imieniu Tomek), lub Małgorzaty w Małgośkę, dowodzi, że jest niewolnikiem mody. Jego zdolność do wyrażania różnorodności jest tego rodzaju, co wrażliwość na inność autora Brygady szlifierza Karchana.

Mistyfikacja hasła różnorodności i inności polega na tym, że zawsze służy ono temu samemu celowi. W Europie i w Ameryce polega to na tym, że mówiąc o różnorodności wkłada się ludziom w głowę jedną ideologię, narzuca jedną sztancę myślową szkołom, tropi nieprawomyślność w przestrzeni publicznej, a nawet prywatnej. Kilka lat temu wyrzucono rektora Harvardu, bo na prywatnym spotkaniu powiedział, że kobiety nie sprawdzają się w naukach fizycznych i matematycznych, co uznano za grzech śmiertelny przeciw idei różnorodności. Jak u Orwella, triumfem różnorodności będzie stan, w którym wszyscy będą mówili i myśleli tak samo. Niestety ta mistyfikacja nie jest tylko stanem ducha, lecz generuje prawo, wpływa na decyzję trybunałów, kształtuje twórców opinii i przenika kulturę masową.

Ustępują przed nią nawet te instytucje, którym ustępować nie wolno. Przeczytałem, że świeżo mianowany sekretarz stanu Watykanu powiedział, że w kwestii celibatu księży dobrze byłoby wprowadzić trochę demokratycznego ducha do Kościoła i nadać debacie większy stopień zróżnicowania. Brzmi to niesłychanie niepokojąco. Realne zróżnicowanie w tej kwestii w chrześcijaństwie już jest: mamy odłamy, w których celibat nie obowiązuje i mamy takie, w których obowiązuje. Mówienie w obowiązującym dzisiaj żargonem o potrzebie zróżnicowania debaty w Kościele katolickim jest w istocie otwarciem drogi do tego,  by celibat unieważnić. Gdy go już nie będzie i gdy w ogóle zniknie z chrześcijańskich kościołów, to piewcy różnorodności będą zachwyceni, bo w końcu w Kościele nie będzie inaczej, ale tak samo jak wszędzie.

Dzisiejsza ideologia różnorodności nie polega bowiem na tym, że w jednym odłamie chrześcijaństwa może być celibat, a w innym nie, lecz że w ogóle ma go nie być; lub że aborcja może być w jednym miejscu zakazana, a w drugim dozwolona, lecz że wszędzie ma być dozwolona; lub że homozwiązki mogą występować w jednym kraju, a w innym nie, lecz że mają być pełnoprawne wszędzie; lub że katolicyzm może mieć wpływ na życie społeczne w jednym kraju, a w innym nie, lecz że nigdzie nie ma mieć żadnego wpływu. Jeśli więc wysoki przedstawiciel Kościoła mówi o zróżnicowaniu, to znaczy, że nie dostrzegł jeszcze, że słowa zmieniły znaczenie. Mam nadzieję, że jest to przypadkowy lapsus kardynała, a nie sygnał zbliżającej się kapitulacji Watykanu. Bo Kościół katolicki jest - jak w przeszłości tak i teraz - jedną z najważniejszych instytucji, które mają siłę, by przeciwstawić się inwazji świata orwellowskiego.

Autor

Wiadomości Google

Kliknij Obserwuj i bądź na bieżąco!

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...