"To była seria eksplozji, która po kawałku niszczyła samolot". Mocne oświadczenie prof. Witakowskiego na koniec II Konferencji Smoleńskiej. NASZA RELACJA

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Dyskusja ogólna zakończyła II Konferencję Smoleńską. W godzinach 9:00-19:00 odbyły się obrady drugiego dnia II Konferencji Smoleńskiej - międzynarodowego spotkania naukowców i ekspertów z całego świata, którzy pochylają się nad problemem przyczyn katastrofy smoleńskiej. Portal wPolityce.pl przez cały dzień relacjonował to wydarzenie. Najświeższe wykłady omówione są na początku relacji.

TRANSMISJĘ WIDEO NA ŻYWO MOŻNA ŚLEDZIĆ TUTAJ.

CZYTAJ TAKŻE RELACJĘ Z PIERWSZEGO DNIA KONFERENCJI: II Konferencja Smoleńska. Wykłady, analizy, prezentacje. "Będziemy nasze badania prowadzić, aż do wyjaśnienia wszystkich okoliczności tej katastrofy." TRWA NASZA RELACJA

Po ostatnim wykładzie doszło do dyskusji uczestników. Poprowadził ją, a także rozpoczął prof. Piotr Gliński.

Odniósł się w swojej wypowiedzi do socjologicznej części Konferencji. Wrócił do kwestii stosunku Polaków do śledztwa smoleńskiego.

Stworzono mechanizm, w którym społeczeństwo zaczęło się bronić przed katastrofą smoleńską. Sprawa smoleńska zaczęła być przedmiotem presji, okazywało się, że zajmowanie się tym tematem jest już niemodne, jest dowodem oszołomstwa. (...) Jednak pytania wciąż drzemią w ludziach. Mają oni poczucie, że państwo nie zdało egzaminu. Ludzie, którzy chcą być wewnętrznie sterowni, zadają sobie takie pytania. Chcą próbować wyjaśnić tę sprawę

- tłumaczył Gliński.

Jeden z głównych organizatorów Piotr Witakowski został zapytany o słowa, którymi zakończył I dzień Konferencji Smoleńskiej. Mówił, że "nie wierzy w dwa wybuchy".

Powiedziałem, że nie wierzę w dwa wybuchy, bowiem ktoś musi mi wyjaśnić, jak odpadł ster kierunku. On nie mógł o cokolwiek zawadzić, jest przecież ostatnim elementem samolotu. Jednak on odpadł i to ponad 200 metrów wcześniej niż upadł cały samolot. W mojej ocenie ten ster został "odpalony", odstrzelony jeszcze wcześniej. Lotki również musiały odpaść, one bowiem znalazły się znacznie wcześniej w lesie. Gdy idzie o skrzydło, nie mogło dojść do odcięcia w wyniku cięcia piłą, więc musiało tam dojść do eksplozji pasa detonacyjnego, która odcina skrzydło jak chce. Prawe skrzydło z kolei oddzielono na warstwy. To nie były więc dwie eksplozje. To była seria eksplozji, która po kawałku niszczyła samolot. Najgorsze było dla mnie to, co czuł pilot, gdy widział, że może kręcić wolantem, może robić różne rzeczy, ale samolot nie reaguje. To zdaje się wystarczy za komentarz

- powiedział Piotr Witakowski.

W czasie dyskusji Grzegorz Januszko w imieniu rodzin smoleńskich złożył na ręce Piotra Witakowskiego, jednego z organizatorów Konferencji Smoleńskiej, list otwarty rodzin. W liście wyrażono wdzięczność za organizację konferencji oraz prowadzenie badań dot. tragedii smoleńskiej. Rodziny zaapelowały również do władz państwowych oraz naukowych o zaangażowanie się w poszukiwanie przyczyn tragedii smoleńskiej.

Marek Pyza, redaktor naczelny portalu wPolityce.pl, wręczył z kolei prof. Witakowskiemu list poparcia dla niezależnych naukowców, który przygotował portal wPolityce.pl. List z podpisami ponad 4,5 tys. osób trafił do organizatorów II Konferencji Smoleńskiej.

Pod koniec dyskusji prof. Piotr Gliński zaznaczył, że autorzy prelekcji powinni stworzyć streszczenie swojego referatu, by dać jasny sygnał do opinii publicznej, jakie są główne ustalenia naukowców występujących w Konferencji Smoleńskiej.

Następnie głos również zabrał poseł Antoni Macierewicz, który zaznaczył, że zabiera głos jedynie w swoim własnym imieniu.

Ta Konferencja robi olbrzymie wrażenie, szczególnie swoją interdyscyplinarnością. To jest najbardziej imponujące. Tak gigantycznego zjawiska, jak tragedia smoleńska, nie sposób wyjaśnić jedynie, zajmując się kwestią pilotażu czy trzymając się wąskich specjalizacji. Dlatego cieszę się, że doszło do poszerzenia tematyki Konferencji np. o sprawy medyczne. (...) Takich dziedzin wiedzy, po które należałoby jeszcze sięgnąć, w wyjaśnianiu tragedii smoleńskiej, jest jeszcze wiele. Jestem pod ogromnym wrażeniem wykładu prof. Chrisa Cieszewskiego. Nie dlatego, żebym się tego nie spodziewał. Ale dlatego, że siła tego wykładu była ogromna

- wskazywał Macierewicz.

Po pośle głos zabrał jeszcze raz Piotr Witakowski. Odniósł się m.in. do słów podziękowania, jakie skierowano na jego ręce.

Chciałem podziękować za słowa, które usłyszałem. One są miłe. To, co robię, traktuję jako obowiązek. Takie składałem przyrzeczenie doktorskie i traktuje je poważnie. Czy mamy poczucie, żeśmy wszystko wyjaśnili? Chyba nie. A więc pozostaje w mocy oświadczenie, które przyjęliśmy w zeszłym roku. (...) Hipotezą MAK i Millera nie ma się już co zajmować. To byłby stracony wysiłek. Trzeba się skupić nad tym, co się działo w Smoleńsku. Już czas, byśmy w czasie naszej pracy mogli korzystać ze środków publicznych i wsparciu publicznym

- mówił prof. Witakowski, zaznaczając, że już widzi potrzebę organizacji III Konferencji Smoleńskiej.

Na koniec prof. Piotr Witakowski odczytał projekt stanowiska II Konferencji Smoleńskiej, w której naukowcy zwracają się do senatów uczelni o wytworzenie atmosfery, która umożliwi prace nad przyczynami tragedii smoleńskiej.

***

Ostatnim wykładem było wystąpienie Tadeusza Jasudowicza, który omówił sprawę śledztwa smoleńskiego w kontekście europejskiego prawa.

Mój temat jest odejściem od aury dotychczasowych wystąpień. Dotychczasowe wykłady zajmowały się aspektami technicznymi i prawnymi, ale zagubiliśmy inne spojrzenie. Zginęło 96 osób, one żyły. Jednak o tym nie myślimy na co dzień

- wskazywał profesor.

Przypomniał, że od stycznia 1993 Polska jest stroną Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, a ona buduje katalog praw chronionych.

Jasudowicz wskazał, że prawo do życia jest chronione na mocy ustaw i aktów prawa międzynarodowego. Wskazuje następnie, że sekcja zwłok jest najbardziej fundamentalną procedurą dotyczącą procedury po nagłej śmierci.

Przytoczył kilka spraw dotyczących wypadków i katastrof lotniczych, które były wyjaśniane w drodze międzynarodowych śledztw. We wszystkich uznawano, że dokładne wyjaśnienie przyczyn śmierci ofiar jest obowiązkiem władz państwa.

Żadne ze śledztw, które się toczyły - ani MAK, ani Millera, ani prokuratorskie - nie wypełnia wymogów Konwencji Praw Człowieka.

Państwo ma obowiązek stworzenia ram prawnych i praktycznych, które umożliwiają egzekwowanie praw podstawowych. (...) Polska jest państwem upadłym, nie ma procedur, nie ma regulacji, a potem nie można nikogo pociągnąć do odpowiedzialności

- mówił o działaniu Polski w ramach śledztwa smoleńskiego.

Trybunał wywodzi, że obowiązkiem państwa w przypadku wątpliwej śmierci jest przeprowadzenie adekwatnego i odpowiedniego śledztwa. To śledztwo musi być dokładne, precyzyjne, wszechstronne. Procedury muszą być prowadzone zaraz po śmierci. Badania w czasie ekshumacji nie są już tak efektywne, jak badanie tuż po śmierci

- dodawał.

Prelegent wskazuje, że państwo ma obowiązek wyjaśnienia śmierci każdego człowieka.

Tam, gdzie państwo ma dowody w ręku, ale je chowa, Trybunał wywodzi z tego wnioski faktyczne, zgodne z tym, co utrzymują rodziny ofiar

- mówi Jasudowicz.

Wskazuje, że otwartość państwa w działaniach wyjaśniających śmierć obywateli jest koniecznością.

Krewni ofiar muszą mieć dostęp do materiałów taki, który zapewni im ochronę ich interesów

- dodaje.

Na koniec zaznaczył, że to śledztwo ciągnie się tak długo, jest pełne błędów, "jest tak pełne błędów i nadużyć, że w mojej ocenie tę sprawę można już kierować do Trybunału w Strasburgu". Dodał, że zgodnie z orzeczeniami Trybunału państwo można również oceniać po tym, czego nie zrobiło, a co powinno zrobić.

Na koniec Dariusz Fedorowicz podziękował profesorowi i mówił, że zapalił on światło nadziei rodzinom smoleńskim.

Materiały konferencji są dziś ogromnym katalogiem zaniedbań i błędów, jakie w tej sprawie zostały popełnione. Tą sprawą powinny się zająć organa międzynarodowe. Pan profesor wykazał, że w tym bezprawiu, z jakim mamy do czynienia, jest jednak jakieś prawo i możliwości

- wskazał na koniec Fedorowicz.

 

***

Maria Szonert-Binienda wygłosiła wykład pt. „Katastrofa smoleńska w świetle prawa międzynarodowego”. Publikujemy jego obszerne fragmenty.

Celem mojej analizy było wyszukanie katastrof na arenie międzynarodowej zbliżonych w różnych aspektach do katastrofy smoleńskiej.

Osiem przypadków podzieliłam na trzy grupy tematyczne: 1) śmierć głowy państwa bądź Sekretarza Generalnego ONZ, 2) katastrofy statków powietrznych państwowych, niepodlegających Konwencji Chicagowskiej, 3) statki powietrzne cywilne podlegające Konwencji.

Celem analizy było nalezienie odpowiedzi na pytanie: co dalej z badaniem Katastrofy Smoleńskiej?

Sprawdzałam, jak inne państwa radzą sobie z sytuacją, w której raport końcowy komisji badającej wypadki lotnicze jest błędny.

 

Przypadki omawianych katastrof, w których ŚMIERĆ PONIÓSŁ PRZYWÓDCA:

Śmierć sekretarza generalnego ONZ w 1961 r.

Śmierć prezydenta Mozambiku w 1986 r.

Śmierć prezydenta Pakistanu w 1988

Śmierć prezydenta Rwandy w 1994 r.

 

Wszystkie miały miejsce w okresie pokojowym, ale w warunkach bezwzględnej walki politycznej.

„Gdy katastrofa dotyczy głowy państwa, podejrzenie sabotażu jest zwiększone” – napisał ZSRR w 1987 r. do raportu końcowego RPA katastrofy z udziałem prezydenta Mozambiku.

 

Wszystkie te cztery katastrofy na dzień dzisiejszy uważane są za zamach. Były poprzedzane wcześniejszymi próbami zamachu na przywódców, który zginęli w tych katastrofach.

W dwóch przypadkach (1961, 1986) mamy do czynienia z ostentacyjnym zacieraniem śladów i pomijaniem dowodów.

 

Zamachu dokonywano bądź bezpośrednio (Rwanda – samolot lądował na krajowym lotnisku, został zestrzelony, przez 15 lat nie można było dojść, kto tego zamachu dokonał) bądź przez stworzenie odpowiednich warunków. Walka polityczna zaś uniemożliwiała rzetelne zbadanie przyczyn.

 

SAMOLOTY PAŃSTWOWE

CT-43 w chorwackim Dubrowniku w 1996 r.

Bardzo podobna katastrofa pod wieloma względami do naszej sytuacji. Tam mieliśmy do czynienia ze statusem VIP (w Smoleńsku – HEAD) – na pokładzie znajdował się minister, sekretarz stanu w Departamencie Handlu USA Ronald Brown. Zginął krótko po podpisaniu umowy pokojowej w Dayton. Chorwacja i USA powołały własne komisje krajowe i uzgodniły warunki współpracy między nimi.

Stwierdzona została wina Chorwacji ze względu na błąd obsługi naziemnej.

 

F-22A na Alasce w 2010 r.

Ciekawy przypadek nadzoru nad komisją badania wypadków. Przypadek dotyczy departamentu obrony. Komisja orzekła błąd pilota. W ministerstwie podniosły się głosy, że to wniosek nieprawidłowy. Powody – m.in. sprzeczność faktów, niezadowalająca analiza czynnika ludzkiego, niewystarczające źródła. Po powtórnym raporcie, nieco poprawionym, ale z podobną konkluzją, Inspektor Generalny Departamentu Obrony zarządził zmianę składu komisji stwierdzając, że nie przebadano należycie wszystkich wątków śledztwa, a wniosków nie poparto dowodami.

Nowa komisja doszła do wniosku, że przyczyną wypadku była niesprawność maski tlenowej, która obezwładniła pilota i uniemożliwiła katapultowanie się.

 

SAMOLOTY CYWILNE

TWA 800 w okolicach Long Island w 1996 r.

Wybuchł na oczach wielu tysięcy ludzi. Początkowo śledztwo prowadziło FBI.

Jeden z członków komisji NTSB, który brał udział w tym badaniu, przeszedł na emeryturę i przed paroma miesiącami oświadczył, że istnieją dowody na to, że wybuch zbiornika paliwa był spowodowany uderzeniem rakiety i że dowody w tej sprawie były manipulowane, pomijane, bądź niszczone, a procedury łamane. Wezwał do ponownego zbadania katastrofy. Wniosek nie został jeszcze rozpatrzony.

 

Air Blue, Lot 202, Pakistan 2010

Część rodzin ofiar, którym zaoferowano ustawowe odszkodowanie, odmówiła i wystąpiła do sądu na drodze cywilnej. W trakcie tego postępowania jako materiał dowodowy wpłynął raport z badania wypadku. Sąd stwierdził, że raport państwowej komisji badania wypadków lotniczych nie spełnia wymogów prawa – jest niekompletny i zawiera sprzeczności. Sąd wskazał, że nie uwzględniono m.in. istotnych informacji dotyczących warunków pogodowych, stanu technicznego urządzeń naziemnych i in.

Sąd apelacyjny zwrócił się do ministerstwa obrony Pakistanu o powołanie nowej komisji badawczej, s której skład weszli krajowi i międzynarodowi eksperci, którzy powinni wziąć pod uwagę nowe, istotne fakty. Została powołana, wydała nowy raport – w dużej mierze zgadzający się z oryginalnym raportem, lecz rozszerzającym zakres osób odpowiedzialnych za katastrofę.

 

We wszystkich tych przypadkach katastrofy były badane przez krajowe komisje. Państwa zainteresowane powoływały swoje własne komisje do badania tego wypadku, bez względu na to, czy wypadek miał miejsce na ich terenie.

Działalność takich komisji zawsze ma charakter prewencyjny. Ich celem nie jest badanie pełne, ale fragmentaryczne, nastawione na analizę procedur mających w przyszłości zwiększyć bezpieczeństwo lotów.

Na ogół komisje te nie podlegają żadnemu nadzorowi merytorycznemu. Nadzór administracyjny zaś był szczególnie skuteczny w przypadku Pakistanu i wojskowych samolotów USA.

 

Komisje i sądy międzynarodowe

Nie znalazłam przypadku, w którym komisja międzynarodowa spełniłaby oczekiwaną i skuteczną rolę. Nie istnieją mechanizmy prawne powoływania skutecznych komisji międzynarodowych.

Formuła powoływania trybunałów ad hoc dla indywidualnych spraw została wyczerpana – zastąpiono ją Międzynarodowym Sądem Karnym.

Międzynarodowy Trybunał Karny jest najlepszą opcją dla wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Prokurator MTK może wnieść skargę z urzędu.

 

Problem katastrofy smoleńskiej powinniśmy podnosić na forum Organizacji Regionalnych i Profesjonalnych, m.in. NATO, UE, organizacji lotniczych, organizacji praw człowieka, stowarzyszeń rodzin ofiar, stowarzyszeń artystycznych i in.

 

Wnioski

Uniemożliwianie śledztwa jest symptomem zamachu. Rzetelne śledztwo jest możliwe, gdy układ polityczny stojący za zamachem odchodzi ze sceny politycznej. W praktyce wymaga to od kilkunastu do kilkudziesięciu lat.

Nie istnieje skuteczny system prawa międzynarodowego badania katastrof lotniczych.

Międzynarodowe katastrofy lotnicze badanie są przez komisje krajowe.

Weryfikacja raportów państwowych komisji badania wypadków lotniczych, jest utrudniona ze względu na nadzór polityczny, który istnieje w każdym przypadku.

Ponieważ układ polityczny w Polsce blokuje śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej, należy wykorzystywać wszystkie możliwości, zarówno w kraju jak i na arenie międzynarodowej:

- Żądać weryfikacji raportu Milera, choć to łatwiej powiedzieć niż zrealizować… Fakt, że komisja Millera został powołana z pogwałceniem prawa polskiego (o czym mówił wczesniej mec. Pszczółkowski), może się okazać korzystny. W opinii światowej są wnioski, jakie przedstawiła komisja MAK, poparta niemal identycznymi wnioskami raportu Millera. Polskie uwagi do raportu MAK giną. Z 222 uwag, Rosjanie nie odpowiedzieli w ogóle na 169 uwag!

One były dobrym polskim dokumentem, ale nasz rząd nie wystąpił w ramach Załącznika 13, by stały się one integralną częścią raportu MAK. Gdyby to się stało, to mielibyśmy analogiczną sytuację jak w przypadku śmierci prezydenta Mozambiku.

Katastrofa oficjalnie nie byłaby wówczas wyjaśniona.

Nie zostały nawet oficjalnie przetłumaczone na angielski, bo raport Millera, który się ukazał 6 miesięcy później, unieważnił nasze uwagi, zignorował brak odpowiedzi na polskie zastrzeżenia. Gdybyśmy unieważnili raport Milera, cofnęlibyśmy nasza de facto zgodę na raport MAK i moglibyśmy zażądać zarejestrowania polskich uwag do raportu MAK w ICAO.

 

***

Kolejnym prelegentem był pełnomocnik części rodzin ofiar tragedii smoleńskiej. Mec. Piotr Pszczółkowski wskazał na znaczenie rozwiązań prawnych, wedle których wyjaśniana jest sprawa tragedii smoleńskiej. Odniósł się również do omawianego wcześniej porozumienia polskiego i rosyjskiego premiera.

Chcę powiedzieć, co się stało z polskim porządkiem prawnym w związku z decyzjami, jakie podjęto ws. tragedii smoleńskiej. W mojej ocenie bez zgody obu stron - polskiej i rosyjskiej - umowy zawarte w kwietniu 2010 nie zostaną zmienione

- mówił Pszczółkowski, zaczynając swoje wystąpienie.

Zaznaczył, że celem jego prezentacji jest przedstawienie możliwości prawnych, jakie mogły stać u podstaw badania katastrofy smoleńskiej. Jako pierwsze wymienił prawo lotnicze. Wskazuje, że Konwencji Chicagowskiej nie należało do tej procedury wybierać. Dodaje, że warto było sięgnąć do umowy z 1993 roku.

Podkreślił również, że nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z samolotem wojskowym, państwowym. Podał argumenty na rzecz tej tezy: dysponentem samolotu był wojskowy pułk, czyli Siły Zbrojne, samolot pilotował żołnierz mjr. Arkadiusz Protasiuk, a samolot był oznaczony jako wojskowy. To oznacza, że zdaniem mecenasa nie ma innej interpretacji, jak uznanie, że mamy do czynienia z samolotem wojskowym.

Mecenas zaznaczył, że mimo tego rząd wskazywał, że zasadne jest badanie przyczyn tragedii w oparciu o Konwencję Chicagowską i Załącznik 13. Jednak w porozumieniu polsko-rosyjskim mówi się o przepisach wzorowanych na Załączniku 13. Pszczółkowski wskazuje na dokument akredytacyjny dla Edmunda Klicha. W nim nie ma żadnej wzmianki o porozumieniu z 1993 roku, ale jest o Konwencji Chicagowskiej.

Minister akredytując swojego człowieka przy MAK wskazał na m.in. Konwencję Chicagowską

- wskazuje mecenas.

Zaznacza, że umowa międzynarodowa zawarta przez Polskę musi być zgodna z polskim porządkiem prawnym lub zostać ratyfikowana.

Mamy natomiast sprzeczność z ustawami, brak jest odpowiedniego trybu, brak ogłoszenia tej umowy. Umowa jest sprzeczna z ustawą prawo lotnicze, która zakazuje łączenia rygorów prawnych dotyczących lotnictwa wojskowego i cywilnego

- mówił mecenas o umowie zawartej między Polską i Rosją po tragedii smoleńskiej.

Przez tę umowę doszło do faktycznej zmiany statusu lotu tego samolotu. On zaczął lot jako lot wojskowy, ale rozbił się jako cywilny

- dodaje prawnik.

Zaznacza, że nie ma żadnych wątpliwości, że lot tupolewa był wojskowy, a zatem jego katastrofa musi być traktowana i wyjaśniana jako tragedia lotu wojskowego.

Prawnik zastanawiał się również, jak strona rosyjska traktowała porozumienie z Polską ws. tragedii smoleńskiej.

Czy strona rosyjska czuła się zobowiązana deklaracją dot. wspólnego badania katastrofy? Spójrzmy, co powiedział Pan Morozow: "Raport Millera jest wewnętrzną sprawą Polski, nie zamierzamy przygotowywać wspólnego raportu". (...) Urzędnicy premiera Rosji mówią - wbrew opinii polskiej strony - niedługo po katastrofie, że lot tupolewa był lotem cywilnym

- wyjaśnia Pszczółkowski, opisując sposób podejścia Rosji do umowy z Polską.

Wskazał słuchaczom, że mimo zasady wzajemności i wspólnego badania nie powołano akredytowanego MAK przy komisji Millera.

Pszczółkowski pytał dalej: jakie są przesłanki do powołania tzw. komisji Millera? Czy istniała jakaś przesłanka międzynarodowa dla działania komisji?

Wskazał, że skoro polsko-rosyjska umowa nie była ratyfikowana, nie została ogłoszona, więc nie mogła być taką podstawą. Dodał, że zgodnie z prawem polska komisja nie ma możliwości prowadzenia prac poza terenem Polski, bez zgody i zlecenia z Rosji.

Mecenas przytoczył odpowiedź prof. Marka Żylicza, który pytany był, czy komisja Millera miała upoważnienie dla polskiej strony do działania ws. smoleńskiej. Żylicz odpowiedział:

Nie, ona nie musi mieć ze strony rosyjskiej żadnego umocowania, wystarczy umocowanie polskie, bo ona działa niezależnie od organów rosyjskich, wyznaczonych przez Rosję, zgodnie z aneksem 13. Więc to jest zupełnie odrębny tryb (…).

Pszczółkowski przypomniał, że skoro tak, to zgodnie z prawem Polski nie można było jednak powołać komisji Millera. Mecenas wskazał, że to oznacza, że powołanie komisji Millera odbyło się niezgodnie z prawem. Dodał, że ten aspekt powinien zostać zbadany przez Trybunał Konstytucyjny.

Następnie zaprezentował efekty merytoryczne tej decyzji. Wskazał, że: Polska oddała Rosji dostęp do badań, dowodów, Polska nie ma dobrej pozycji, nie ma prawa rewizji stanowiska MAK, akredytowany nie miał z kolei prawa rzeczywistego udziału w badaniu sprawy smoleńskiej.

Pszczółkowski wskazuje, że nie dość, że złamano prawo na początku badania 10/04, to dodatkowo zmieniono wiele razy prawo, by uniemożliwić walkę o prawdę o przyczynach tragedii smoleńskiej. Wskazał m.in. na zmiany rozporządzenia dot. powołania komisji Millera, a również zmiany jej liczby członków. Następnie zmieniono prawo lotnicze w zakresie badania wypadków lotniczych. Dopisano zakaz przesłuchiwania członków komisji na okoliczność badania wypadków lotniczych.

Te zmiany powodują niemożność weryfikacji, co będą robiły komisje badania lotnictwa. Zmiany stawiają tych ludzi poza źródłem dowodowym we wszelkich śledztwach. Ja uważam, że ten zakaz nie wiąże członków komisji badania przyczyn tragedii smoleńskiej. Prokuratura uznaje jednak inaczej. Śledczy wolą stosować ten zakaz, choć przepisy przejściowe wskazują jasno, że do badań zakończonych nie stosuje się tego przepisu

- tłumaczy Pszczółkowski.

Przyznał, że jako adwokat walkę o to, by komisja Millera nie mogła zeznawać, traktuje jako coś bez precedensu

Spotykałem się z sytuacją, gdy prokuratorzy chcieli przesłuchiwać nadmiar ludzi. Obecnie okazuje się, że zakaz przesłuchania członków komisji podniesiono niemal do rangi konstytucyjnej

- wskazał mecenas.

Dodał, że odrzucając porozumienie z 1993 złamano polskie prawo, a skutkiem tego jest aktualny stan komisji Millera i prokuratury.

Jak nie ma co badać, bo wszystko jest w Rosji, to tak wygląda plon pracy

- mówił mecenas.

Skutkiem formalnym przyjęcia nieformalnego porozumienia jest brak przesłanek do powołania komisji Millera. Są już tacy, którzy mówią, że to akt wykonawczy do przepisów prawa lotniczego. Ale jest i został wydany, a skoro nie zostały spełnione przesłanki do powstania komisji Millera, to ona nie powinna powstać. I również premier nie mógł jej powołać.

Na koniec wskazuje, że członków komisji Millera można przesłuchać.

Liczę, że nie tylko państwa o tym przekonałem, ale również że uda mi się przekonać śledczych

- skwitował mec. Pszczółkowski.

***

Prof. Piotr Daranowski z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego mówił o porozumieniu dotyczącym współdziałania z Rosją w śledztwie smoleńskim.

Przypomniał, że kilka dni po 10 kwietnia pojawiały się w mediach informacje, że nastąpiło podpisanie czy „uzgodnienie” porozumienia dotyczącego badania przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Wspomniał, że prof. Żylicz mówił, iż po kilku dniach nastąpiło podpisanie porozumienia.

Profesor wskazał:

- Uzgodnienie to umowa międzynarodowa – bardzo szybko sami tego doświadczyliśmy, a CIR „jedynie” z rocznym opóźnieniem poinformował, że ustalenia w sprawie Załącznika 13 do Konwencji Chicagowskiej nie były dokonane w formie pisemnej.

Ekspert przeanalizował dwie praktyczne ścieżki zawierania umów niepisanych: werbalne (ustne) i milczące (tacit agreement).

- Werbalne to zobowiązania – pochodne rozmowy zainteresowanych stron, które nie są zebrane klasycznym dokumentem umowy – czyli wszystkie ze 158 tys. umów międzynarodowych zawartych między 1945 a 2013 r. zarejestrowanych w sekretariacie generalnym ONZ – dodał profesor.

Tłumaczył, że istota ustnych umów obejmuje wspólne oświadczenia prezydentów, szefów rządów, jeśli w relacji dwustronnej mają intencję zaciągnięcia prawnych zobowiązań.

- Jest praktyką – informował naukowiec – że premierzy w świetle prawa kraju, który reprezentują nie mogą samodzielni decydować o zaciąganiu zobowiązań. Premier RP może zainicjować i prowadzić rozmowy, działania w kierunku ukształtowania zobowiązań, ale ostateczne związanie się nimi wymaga decyzji Rady Ministrów.

Porozumienie między premierami mogłoby mieć formułę albo opublikowanej przez służby informacyjne premierów wspólnie lub samodzielnie „deklaracji premierów” zestawiającej powody i racje zgodnego przywołania Załącznika 13 jako podstawy prawnej badania katastrofy. Byłoby to uznawane jako umowa w formie pisemnej. Wiemy, że nic takiego nie miało miejsca.

Przekaz Centrum Informacyjnego Rządu stwierdza, że z rozmów z Władimirem Putinem z 10 kwietnia nie sporządzano notatek, bo miały one charakter kurtuazyjny.

Prof. Daranowski wnioskował:

- Premierzy nie odnotowali zatem potrzeby zadania sobie oczywistego i prostego pytania: jak badana będzie katastrofa? Można więc stwierdzić, że ustnej umowy nie zawarli.

 

Druga formuła umowy niepisanej – milczące porozumienie (tacit agreement) dotyczy umów zawartych „bez pisma i słowa”. W ich przypadku nie może być cienia wątpliwości co do zgody na przyjęte ustalenia przez każdą ze stron.

- Praktyka ich zawierania jest niezwykle rzadka, by nie rzec śladowa. Na 158 tys. umów w ONZ, jest może 5-10 takich umów na przestrzeni więcej niż ostatniego wieku – mówił profesor.

Komunikat CIR z kwietnia 2011:

Zgoda na zastosowany przez Federację Rosyjską reżim prawny została udzielona w formie konkludentnej. Nie było odrębnej decyzji Prezesa Rady Ministrów i Rady Ministrów w tej sprawie. Konsultacje w tym zakresie były dokonywano na bieżąco i roboczo w czasie umożliwiającym natychmiastowe podjęcie badania przyczyn katastrofy, dlatego nie miały formy dokumentu.

- Termin konkludentności – mówił prof. Daranowski – akcentowany brakiem (nieistnieniem?) jakichkolwiek dokumentów rekonstruującej treść, bieg ustalenia „konsultacji strony polskiej z rosyjską, brakiem własnego, polskiego stanowiska w sprawie”.

To potwierdzenie zawarcia milczącego porozumienia pomiędzy RO a FR. I zgoda na niekonsultowane ze stroną polską rozwiązania proceduralne.

Kto powiedział „tak”? Podmiotem mającym do tego uprawnienia jest premier Donald Tusk.

Nie było w tej sprawie odrębnej decyzji Prezesa Rady Ministrów, czyli była milcząca decyzja premiera w tej sprawie.

Głównymi architektami biegu zdarzeń są panowie Putin i Tusk, nawet jeśli pan Tusk jest tego nieświadomy...

 

Ekspert wyciągnął następujące wnioski:

Brak cienia sygnału ze strony władz RP podjęcia jakichkolwiek prób negocjacji z Federacją Rosyjską, powołania niezależnej komisji (niezależnie od skutków, jakie by przyniosła taka rozmowa), a należało podjąć taką próbę.

Niepodejmowanie działań dyplomatycznych na rzecz urzeczywistnienia przewidzianych w Załącznika 13 gwarancji pełnego uczestnictwa strony polskiej w procesie badania przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Profesor stwierdził, że to akt kapitulacji wobec rosyjskiego partner. I dodał:

- Rada Ministrów nie podjęła żadnej czynności weryfikującej ustalenia premierów, nie zajęła stanowiska, zamilkła, dezawuując swoją pozycję, ignorując suwerena, wszystkich jak tu siedzimy. Decyzja strony polskiej, mając na uwadze przedmiot regulacji i okoliczności podjęcia rozmów z Federacją Rosyjską, wzbogaca śladową praktykę zawierania umów milczących.

 

I dodał, zaznaczając, że to już jego prywatna opinia, że skwitowanie tragicznej katastrofy, w której dochodzi do utraty przez suwerenne państwo elity politycznej, opisana sekwencją zachowań (…) wyrazem której jest zawarciem „tacit agreement” będzie szczególnym wkładem premiera i ministra spraw zagranicznych w ubogacenie nie tylko prawa, ale też Księgi Rekordów Guinnesa i skłaniają do postawienia pytania: „śmiać się czy płakać?”.

 

 

Dopytany, czy premier ma prawo taką umowę zmienić, odpowiedział, że absolutnie nie. Wyraził też nadzieję, że kiedyś będzie można pana premiera z tego postępowania rozliczy, czym jednoznacznie zasugerował, że Donald Tusk powinien stanąć przed Trybunałem Stanu.

 

***

 

Następnym wykładem była prezentacja Bogdana Gajewskiego, który mówił o "wybranych aspektach badania wypadków lotniczych w Ameryce Południowej". Rozpoczął w ten sposób prawniczą część Konferencji.

Gajewski wskazał, jakie instytucje zajmują się zarządzaniem lotnictwem w Ameryce Północnej. Wskazywał również, że każdy samolot musi mieć odpowiedni certyfikat, który nadaje w USA FAA (Federal Aviation Administration) i FAR (Federal Aviation Regulation), zaś w Kanadzie instytucja związana z ministerstwem transportu.

Dalej mówił o sposobie badania wypadków lotniczych. W USA badaniem takim zajmuje się National Transportation Safty Board (NTSB), niezależna instytucja odpowiadająca jedynie przed Kongresem, a w Kanadzie - Transportation Satefy Board of Canada (TSB), która również podlega pod parlament.

Były w historii sytuacje, w których te instytucje podlegały pod ministerstwa. Jednak to okazało się być błędem, bowiem osoby certyfikujące samoloty potem badały przyczyny katastrofy. To prowadziło do konfliktów

- wskazuje Gajewski.

Zaznacza, że w czasie badania wypadku należy wyjaśnić przyczyny, przeanalizować je, a potem wyciągnąć wnioski na przyszłość, by zwiększyć bezpieczeństwo i zapobiec wypadkom. Dodał, że obecnie w USA i Kanadzie funkcjonuje jeden system powiadamiania o usterkach i problemach technicznych samolotów.

Współpracujemy dla dobra wspólnego i dla bezpieczeństwa pasażerów. Producenci samolotów, obsługa techniczna, badacze wypadków - oni wszyscy mają rodziny, które latają samolotami. Wszystkim zależy na bezpieczeństwie

- mówił Gajewski.

Przedstawił dane dotyczące klasyfikacji samolotów oraz statystyki floty lotniczej w USA i Kanadzie.

Przeszedł następnie do opisu International Civil Aviation Organization (ICAO), która jest częścią Narodów Zjednoczonych i zajmuje się lotnictwem cywilnym i pilnuje m.in. trzymania standardów bezpieczeństwa. Gajewski wskazał na aneks 8 i aneks 16 - pierwszy dotyczy zdatności sprzętu lotniczego, a drugi badania wypadków lotniczych.

Gajewski przeszedł następnie do omawiania procedur dot. wyjaśniania wypadków lotniczych. Wskazał, że instytucja zajmująca się wyjaśnianiem wypadku w Kanadzie, zajmuje się nie tylko katastrofami lotniczymi, ale również np. samochodowymi.

Ekspert wskazuje na silną pozycję badacza w Kanadzie, co oznacza, że kandydaci do tej pracy muszą mieć poza przygotowaniem profesjonalnym wysoki poziom moralny. Wskazuje również, że bardzo duży nacisk kładzie się na bezpieczeństwo antykorupcyjne.

Takie osoby muszą mieć niezwykle silną moralność, by oprzeć się pokusom

- dodaje.

Zaznacza, że badacze mają dostęp do wszystkich tajnych informacji, które mogą mieć wpływ na badanie tragedii lotniczej.

Utrzymanie tajemnicy jest istotne aż do opisania raportu końcowego. Ten dokument podpisuje jedynie dyrektor lub członek władz instytucji badających przyczyny katastrofy. Dzięki temu osoby prowadzące śledztwo są zabezpieczane przed naciskami w przyszłości

- zaznaczył Gajewski.

Dodał, że eksperci kanadyjscy często jeżdżą do innych krajów i pomagają w prowadzeniu postępowań dot. przyczyn wypadków.

Opisuje jeden z ostatnich wypadków, w którym w USA doszło do incydentu z udziałem pracownika FAA i NTSB. Ponieważ zachodził ewidentny konflikt interesów Amerykanie poprosili Kanadę o prowadzenie śledztwa. To jak wskazuje Gajewski jest nietypowe.

Dalej Bogdan Gajewski wskazuje na etapy prowadzenia śledztwa ws. przyczyn katastrofy lotniczej.

Wskazał, że na samym początku należy dokonać zabezpieczenia miejsca wypadku, ogrodzenia go, zabezpieczenia przed okradaniem itd. Następnie należały zebrać dokumentację miejsca wypadku. W tym celu trzeba zrobić dużo zdjęć, by mieć materiał szczegółowy, m.in. by wiedzieć, jak części samolotu leżały względem siebie.

Następną czynnością jest zebranie informacji m.in. z czarnych skrzynek i innych źródeł. Trzeba zabezpieczyć również np. wiadomości o pogodzie.

Gajewski opisuje badanie wypadku samolotu, do którego doszło w Halifaxie. W kokpicie doszło do pożaru, dym gęstniał. Piloci lecieli na lotnisko, ale kokpit był pełen gazu. Ostatecznie samolot runął do morza. Zrekonstruowano potem kokpit, by zobaczyć, co się w nim działo. Gajewski wskazuje na palone kable widoczne w tym samolocie.

Ekspert wskazał, że praca w grupie badającej katastrofy, wymaga dużego hartu ducha i przygotowania na wiele niedogodności. Pokazuje różnego rodzaju zdjęcia z miejsc katastrofy, które pokazują, czynności na miejscu wypadku.

Gajewski wskazuje również, że kabina pasażerska jest bardzo ważnym dowodem.

Po pierwsze pasażerowie. Ich ciała są bardzo ważnym dowodem. Jeśli w samolocie miała miejsce eksplozja, ciała ofiar będą pełne1szczątków samolotu

- wskazał.

Dodał, że również fotele są bardzo ważnym dowodem. Tłumaczył, że po fotelach widać np. w jaki sposób zostały one zniszczone i jakimi elementami. Zaznaczył, że bagaż pasażerów także jest ważny, ponieważ może pochłaniać wiele substancji.

Gajewski wskazuje na znaczenie odczytów aparatury rejestrującej, analiz wytrzymałościowych, analiz chemicznych, medycznych i analiz układów kontrolnych. Zaznacza, że odczyt minuty zapisu z rejestratora zajmuje około 1 godziny.

Te wszystkie elementy są prowadzone i analizowane, a wyniki trafiają do zespołu, który zajmuje się badaniem danej katastrofy

- mówił Gajewski.

Dodał, że w Kanadzie niektóre zlecenia i badania mogą prowadzić również firmy prywatnej. Zaznaczył, że jedna z nich jest często wykorzystywana w Kanadzie, ponieważ ma bardzo dobrą renomę.

Zespół badający wypadek musi wyznaczyć hipotezy robocze, dzięki którym odsiewa się teorie mało prawdopodobne. Takich hipotez może być wiele, albo jedna. Następnie eliminuje się hipotezy. To robi się, gdy choć jedna analiza czy przesłanka przeczy danej hipotezie

- wskazuje Gajewski zaznaczając, że potem należy wykonać prace końcowe, czyli stworzyć raport, a w nim opisać przyczyny wypadku.

Jednak w odpowiednich okolicznościach można wznowić prace powypadkowe. Tak się dzieje np. gdy pojawią się nowe zeznania, czy nowe okoliczności.

Wtedy czasem następuje wręcz rewizja całego postępowania

- wskazuje Gajewski.

 

***

Daniel Wincenty w swoim referacie zajął się tematem: Katastrofa smoleńska a przemiany na rynku prasowym. Przypadek trzech tygodników "obozu konserwatywnego"

Na początku przedstawił krótkie scenariusz swojego wykładu, zapowiadając, że zajmie się krótką kroniką wydarzeń na rynku prasowym, opisem środowisk tygodników "wSieci", "Gazeta Polska" i "Do Rzeczy". Zaznaczył, że skupi się na ich pozycji i stanu posiadania oraz interakcji między redakcjami.

Daniel Wincenty wskazał, że "omawiane tygodniki podzielają konserwatywny wspólny mianownik, posiadają odpowiedni klimat do wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej". Dodał, że środowiska tworzą osobne społeczności, ak ażda z redakcji ma swoją wizję świata, inaczej patrzy na historię i politykę.

Prezentując kalendarium wydarzeń, które doprowadziły do powstania tygodników "wSieci" oraz "Do Rzeczy", prelegent wskazał na wejście Grzegorza Hajdarowicza do spółki wydającej "Rzeczpospolitą". Przypomniał, że to spowodowało wyrzucenie Pawła Lisickiego, a potem odejście innych dziennikarzy.

Wykładowca zaznaczył, że chwilę wcześniej na rynku pojawił się nowy tytuł, dwutygodnik "wSieci", a już po wyrzuceniu Pawła Lisickiego z "Uważam Rze" tygodnik "Do Rzeczy".

Tym trzem tygodnikom udało się zagospodarować całkiem pokaźny kawałek tortu

- mówił Daniel Wincenty o "wSieci", "Gazecie Polskiej" i "Do Rzeczy".

Wskazał również na liczbę tytułów prawicowych, dodając, że to jest najlepsza dla nich sytuacja na rynku od lat.

Dalej przeszedł do trzech obszarów badawczych.

Najpierw zaczął od pytania, jak przyjmowane było pojawienie się nowego bytu na rynku.

Zawsze był on wrogi, zawsze było widać wykluczanie. Okazywało się, że wszystkie środowiska mają swoje partykularne wizje rynku i świata i starają się walczyć z innymi

- mówił prelegent.

Wskazał na różne spory publicystyczne i personalne utarczki między publicystami poszczególnych tytułów.

Potem Daniel Wincenty zastanawiał się, jakie są przyczyny stanu i logiki rywalizacji?

W styczniu 2013 roku jest rekord czytelnictwa. Już w sierpniu sprzedaż tych tygodników wynosi niemal 80 tys. mniej. Spada czytelnictwo prasy papierowej. Dodatkowo, wszystkie te tytuły są uzależnione od jednego reklamodawcy

- tłumaczył Wincenty.

Jako jeden z przykładów synergii między redakcjami Daniel Wincenty wymienił Telewizję Republika oraz List Solidarności z naukowcami badającymi przyczyny tragedii smoleńskiej, jaki napisał portal wPolityce.pl.

Czy można sobie wyobrażać efekt synergii? Czy można sobie wyobrazić wspólny zespół dziennikarzy śledczych, którzy mogliby badać wspólnie tragedię smoleńską?

- mówił Daniel Wincenty, wskazując, że to pytania retoryczne.

***

Następny prelegent, Jacek Kurzępa witając wszystkich rozpoczął wystąpienie zatytułowane: "Zmienność postaw młodzieży wobec katastrofy smoleńskiej: od kategoryczności po ambiwalencję..."

Zastanawiam się, jak przez młodych ludzi jest postrzegana katastrofa smoleńska

- mówił Kurzępa.

Wskazał, że 10 kwietnia w czasie tragedii smoleńskiej prowadził zajęcia. O chwili, w której dowiedział się o tragedii, mówił tak:

Był to moment, w którym próbowałem - prócz odczuwania z narodem poczucia zagubienia, analizować zachowania młodzieży akademickiej oraz kolegów i koleżanki pracujących w szkole.

Zaznaczył, że w swoich badaniach uwzględnił zjawiska od tragedii smoleńskiej, aż do marszu solidarności z 2013 roku. Prelegent naszkicował następnie i przytoczył różne badania, dotyczące stosunku młodzieży do tragedii smoleńskiej. Prowadzono takie również za granicami Polski.

Jedną ze ścieżek badawczy jest analiza internetu i wpisów na forach

- mówił prof. Kurzępa.

Wskazał, że badania zmierzały do weryfikacji sposobu podejścia młodzieży do tragedii smoleńskiej. Badano sposób podejścia do tragedii, sposób patrzenia na siebie, ewentualną ewolucję oceny prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego oraz stanu państwa.

Autor wykładu zaznaczył, że zachowania młodzieży można podzielić na kilka etapów. W fazie pierwszej widać: żałobę, potrzebę solidarności, potrzebę szukania prawdy o tragedii smoleńskiej, spontaniczną aktywność młodzieży, anagażowanie się w wiele inicjatyw społecznych. Wskazał na aktywność obywatelską po tragedii.

W fazie drugiej widać dokładnie co innego. Fala ta to upolityzowanie tragedii i debaty, spór o krzyż, upartyjnienie problemu.

Występuje zdziwienie i wycofanie. Zamiast budowania wspólnoty na bólu, rozbija się wspólnotę. Młodzież staje się wycofana

- tłumaczył Kurzepa.

Dalej prelegent wskazał, że w fazie II nastąpiło odświeżenie walki z prezydentem. Widać odrzucenie poczucia stosowności i niestosowności wobec ofiar.

Młodzież zaczęła stosować strategię unikową i wycofywać się. To okres wycofywania się młodych ze spraw publicznych. Następuje zaognienie relacji rodzinnych, dotyczy to zarówno młodych jak i starych. To spolityzowanie relacji rodzinnych i życia prywatnego

- mówi naukowiec.

Trzecią fazę widać również dziś. Jest ona odbiciem się od ambiwalentnych postaw.

Widać wejście w pasaż poszukiwania pewności oraz zajmowanie klarownych postaw. Młodzież wraca do racjonalności. To widać szczególnie szybko i wcześnie za granicami kraju

- wskazuje prelegent.

Dodaje, że młodzież szuka merytorycznej narracji, zaczęła mniej chłonąć propagandę, przeniosła się do sieci i tam działa i szuka merytorycznych wiadomości.

Profesor zacytował wiele wypowiedzi młodzieży, które pokazują bardzo radykalną różnicę między postawami młodzieży polskiej. Cytaty wskazują z jednej strony zainteresowanie tragedią smoleńską, wraz z jednoznaczną oceną jej przebiegu aż do postawy ambiwalentnej.

Prelegent wskazał, że tak ważne dla Polaków wydarzenie, jak Smoleńsk powinno odcisnąć się na tożsamości Polaków. Obecnie jednym z najważniejszych zadań dla socjologii jest wyjaśnienie jak te wydarzenia będą wpływać na Polaków. Zaznaczył, że obecnie należy mówić o narodzie posmoleńskim.

Z apelem i uwagą językową dot. narodu posmoleńskiego wystąpił prof. Piotr Gliński. Wskazał, że to pojęcie służy do stygmatyzacji i ośmieszania sprawy smoleńskiej.

Katastrofa smoleńska dotyka każdego Polaka, bez względu na zabarwienie polityczne i światopogląd. W związku z tym należy wskazać, że jesteśmy narodem posmoleńskim

- argumentował prof. Kurzępa.

Prof. Piotr Gliński wskazał, że zgadza się z tym wnioskiem, ale apeluje o używanie innego języka.

 

***

Katarzyna Lis z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu mówiła o reakcjach czterech tygodników na informacje o wynikach ekshumacji ciał ofiar katastrofy smoleńskiej.

Analizowała po dwa wydania „Gościa Niedzielnego”, „Polityki”, „Uważam Rze” i „Wprost” po ogłoszeniu informacji o złożeniu ciał w niewłaściwych grobach.

Podstawowe pytania, jakie postawiła:

Czy temat został zaklasyfikowany jako ważny?

Czy został osadzony w szerszym kontekście?

Czy szukano odpowiedzi na przyczyny zdarzenia?

Czy i w jaki sposób stawiana jest kwestia odpowiedzialności za zdarzenie?

 

Jeśli chodzi o wyeksponowanie tematu, to

Wprost – poświęcił tematowi 63 tys. znaków, 7 tekstów i 2 okładki.

Uważam Rze – 39 tys. i 7 tekstów.

Gość Niedzielny – 21 tys., 2 teksty.

Polityka – 21 tys., 3 teksty.

 

Przy czym, dodała Lis, w „Uważam Rze” (starym „URz”, przed spacyfikowaniem redakcji) ten temat wracał w kolejnych wydaniach.

Jak zaznaczyła, nie wszyscy publicyści założyli, że to ważny temat, wart pogłębiania. Przykładem jest tu Janina Paradowska i jej opinie:

„Większość ekshumacji ma charakter polityczny, a nawet jeśli jest zarządzana przez prokuraturę, są politycznie wykorzystywane, bo dzięki nim można podtrzymywać podejrzenia, że coś tam jednak było na rzeczy i że ten rząd musi odejść (…) Sami prokuratorzy mówią, że w dwóch przypadkach pomyliły się rodziny, może pomylił się ktoś inny, chociaż procedura zamykania trumien była wyjątkowo staranna.”

Ta wypowiedź – mówiła Lis – zamyka jakąkolwiek dyskusję.

I kolejne cytaty:

Ludwik Stomma, „Polityka”:

„Gdybym płakał za Anną Walentynowicz i modlił się za nią, czyż nie byłoby mi obojętne, gdzie i kiedy to robię?”

 

Tomasz Jastrun, „Wprost”:

„Zdarza się wszędzie. Jestem zwolennikiem rozsypywania prochów w kosmosie – swoich i bliskich. Dla wielu jednak mają wielkie znaczenie owe nieszczęsne szczątki nasze.”

 

Michał Kobosko, „Wprost”:

„Jeśli z honorami żegnaliśmy ofiary katastrofy, to musimy mieć pewność, że państwo pożegnało we właściwy sposób właściwe osoby. To po stronie rządzących jest udowodnienie, że wywiązali się ze swoich obowiązków.”

 

Bogumił Łoziński, „Gość Niedzielny”:

„Zamiana ciał ofiar to cierpienie dla rodzin, ale również dowód niekompetencji polskich urzędników i słabości państwa”.

 

Jacek Karnowski, „Uważam Rze”:

„Rodziny ofiar mówią o koszmarze, emocjonalnym piekle zgotowanym przez władzę. Jeśli powie się Polakom, jak koszmarnie potraktowali ciała ofiar smoleńskiej tragedii, to pojawiają się pytania, czy aby tak samo nie potraktowano całego śledztwa.”

Kolejne pytanie postawione przez Katarzynę Lis brzmiało: Czy publicyści starali się rekonstruować proces identyfikacji i ustalić jak doszło do pomyłki – czyli czy komunikowali, że warto zgłębiać temat.

Janina Paradowska, jak mówiła prelegent, temat ucięła:

„Pomyłki zdarzyć się mogły, zważywszy na ogrom katastrofy (…) Nie ma żadnych podstaw, aby kwestionować wyniki sekcji, nawet jeżeli nie wszystkie przeprowadzono zgodnie z regułami sztuki obowiązującymi w Polsce.”

Katarzyna Lis szukała też odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób stawia się kwestię odpowiedzialności i wskazuje, że dyskusja koncentrowała się często wokół Ewy Kopacz.

Janina Paradowska wzięła ją w obronę – pytała:

„Kto ją przeprosi za stek pomówień, jakie padły wobec niej w ostatnich dniach tylko z powodu jednej czy drugiej mało precyzyjnej wypowiedzi?”

Kamil Durczok we „Wprost” zdecydował się na nieco rozmyty ton:

„To wyłącznie o dwa wypowiedziane wtedy zdania za dużo (…) Rząd ma w tej sprawie co wyjaśniać.”

Marek Pyza w dawnym „Uważam Rze”:

„Jest oczywiste, że tej traumy można było uniknąć, gdyby zgodnie z procedurami oraz zdrowym rozsądkiem trumny zostały otworzone w Polsce i przeprowadzono badanie zwłok. (…) Pytanie, kto tego zakazał, było jednym z głównych czasie ubiegłotygodniowej debaty sejmowej.”

Ciekawie prezentuje się również zestawienie wyrazów pojawiających się w publikacjach tych czterech tytułów, związanych z podawaniem nieprawdziwych informacji: o kłamstwie „Gość Niedzielny” pisał 0 razy, „Polityka” – 3, „Wprost” – 5, a „Uważam Rze” – 16.

Prelegent podsumowała, że temat został w badanych tytułach dostrzeżony, choć nie wszyscy założyli, że wart jest podejmowania dalszych wyjaśnień. Działania władz z perspektywy wszystkich – jakże różnych pism – również nie są oceniane jednoznacznie.

 

 

***

Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN mówiła o „ingerencjach władzy w autonomię nauki; instrumentach wpływu i reakcjach środowiska naukowego”.

Zaczęła od przeprosin dla Stanisława Zagrodzkiego za wcześniejszą krytyczną opinię nt. jego wystąpienia z wykorzystaniem drastycznych zdjęć (piszemy o tym niżej).

Na początku przypomniała, jak w 1616 r. oskarżony przez inkwizycję Galileusz podpisał dokument, w którym wyrzekał się opinii o heliocentryzmie, a później i tak swego postępowania nie zmienił. Jak stwierdziła, nasuwa to skojarzenie z propozycjami prof. Kleibera, który próbował zorganizować konferencję dialogiczną.

Przypomniała, jak w PRL wszystkie cztery departamenty MSW – wywiad, kontrwywiad, przeciwdziałanie dywersji ideologicznej a nawet IV departament zajmujący się Kościołem, prowadziły intensywne badania w środowiskach naukowych wyższych uczelni.

Po pierwsze dlatego, że dostarczały one świetnych kandydatów na tajnych współpracowników. a poza tym miały wszystkie. Poza tym – i to nie zmieniło się do dziś – na uczelniach i w innych placówkach naukowych jest kształtowana świadomość całej polskiej elity – prawnicy, ekonomiści, dziennikarze, kadra kierownicza etc.

- To, co działo i dzieje się na uczelniach wyższych jest elementem możliwości panowania nad umysłami czy emocjami społeczeństwa. Jeśli władza ma skłonności do unikania mechanizmów demokratycznych, to takie zainteresowanie będzie wykazywać - mówiła socjolog.

Przypomniała mechanizmy kontroli naukowców w PRL: monitorowanie (inwigilacja i gromadzenie materiałów), selekcja i wspomaganie karier – okresowe oceny przeglądu kadr naukowych i in., kontrola wyjazdów, sterowanie naukowcami pełniącymi funkcje kierownicze.

- Kadra naukowa był też wykorzystywana bezpośrednio w roli konsultantów, wykładowców, którzy pomagali podnosić poziom profesjonalizmu służb specjalnych PRL - dodała dr Fedyszak-Radziejowska.

Przechodząc do III RP wspomniała o pozornym sporze politycznym o lustrację, a de facto o powołanie instytucji prowadzącej działalność naukową – mającej dostęp do archiwów i publikującej prace naukowe.

Przywołała też kilka niedawnych przykładów ingerencji władzy w autonomię środowiska naukowego:

- Książki Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza, a później Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie, a także groźby minister Kudryckiej wysłania kontroli na Uniwersytet Jagielloński w związku z książką P. Zyzaka. Rektor UJ obiecał wówczas pani minister „działania naprawcze”.

- Formułowanie wytycznych dla środowiska naukowego, jak mają komentować zachowywać się na uczelniach. Cytat z minister Kudryckiej: „Od czasu do czasu w salach wykładowych zjawiają się jednak apostołowie rozmaitych prawd objawionych... Zdarzają się więc fizycy, gotowi przysiąc, że Tupolew został zestrzelony rosyjską rakietą w sztucznej mgle albo medioznawcy twierdzący, że ojciec Rydzyk jest fundamentem demokracji w Polsce”

- Słowa Bartosza Arłukowicza o prof. Andrzeju Kochańskim, który powiedział, że dzieciom z in vitro grożą upośledzenie umysłowe i autyzm: „Nie można przejść do porządku dziennego nad stygmatyzowaniem dzieci z in vitro. Wyrażam sprzeciw wobec takich poglądów”. W reakcji na sugestię ministra zdrowia Instytut Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN wydał oświadczenie, w którym czytamy m.in.: „wypowiedzi i opinie prezentowane przez profesora Kochańskiego należy traktować jako jego prywatne poglądy(…)”.

- Oświadczenie rektorów Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechniki Warszawskiej:

„Zgodnie z naszą wiedzą zarówno prof. Jacek Rońda, jak i prof. Jan Obrębski nie są specjalistami w zakresie badania przyczyn katastrof lotniczych. W ramach stosunków pracy obowiązujących ich w Akademii Górniczo-Hutniczej jak i Politechnice Warszawskiej Panowie Profesorowie nie prowadzą badań związanych z tą tematyką. Zajmują się z powodzeniem informatyką, mechaniką, mechaniką budowli i wytrzymałością materiałów budowlanych. Jakiekolwiek poglądy i opinie przekazywane opinii publicznej formułowane przez Panów Profesorów, dotyczące wyjaśnianie przyczyn katastrofy lotniczej w Smoleńsku, traktować zatem należy wyłącznie jako ich prywatny pogląd, niezwiązany z działalnością naukowo-badawczą prowadzoną przez nich na naszych uczelniach. Każdy pracownik uczelni ma pełne prawo do formułowania swoich poglądów i opinii, jednak publiczne głoszenie przez naukowców tez niezwiązanych z ich działalnością badawczą nie może być podpierane autorytetem uczelni, na których pracują. Takie postępowanie może bowiem godzić w dobre imię renomowanych instytucji, które są miejscem pracy wspomnianych panów profesorów"

- Żebyśmy wiedzieli, że nie musi tak być – dodała dr Fedyszak-Radziejowska – oto cytaty z oświadczenia Uniwersytety Akron na temat prof. Biniendy:

„Uprzejmie informujemy, że jest on szanowanym profesorem Szkoły Inżynierii od wielu lat. (...) zajmuje prestiżową pozycję w międzynarodowym środowisku naukowym. (...) Posiada wieloletni dorobek naukowy a jego badania są finansowane z wielu zewnętrznych źródeł. Wsparcie Uczelni otrzymuje w postaci laboratoriów badawczych oraz takiego samego wynagrodzenia jakie przysługuje pracownikom o najwyższym statusie zatrudnienia prowadzącym badania naukowe. Uniwersytet jest dumny z zaangażowania i pracy profesora Biniendy. (...) każdy z naszych profesorów ma prawo wyrażać swoją opinię lub publikować swoje badania samodzielnie, bez zezwolenia uczelni, tak jak jest to przyjęte na wielu innych amerykańskich uczelniach prowadzących badania naukowe."

 

- W różnicy między tymi opiniami dopatruję się słabości polskich uczelni i słabości środowiska – komentowała naukowiec. Zaznaczyła, że rektorzy – wybieralni – powinni bardziej niż inni dbać o niezależność środowiska naukowego.

Wskazywała też na presję medialną i wizerunkową, na szczególnym przykładzie działań wymierzonych w śp. prezesa IPN Janusza Kurtykę dbającego o autonomię instytucji i podlegających mu naukowców – od zapowiedzi likwidacji IPN, „wyciagnięcia konsekwencji”, „wprowadzenia radykalnych rozwiązań”, „przekraczaniu granicy podłości”, po oskarżenia o chorobę psychiczną (w tej kampanii uczestniczyli najważniejsi wówczas politycy z teoretycznie różnych obozów politycznych: m.in. Bronisław Komorowski, Donald Tusk, Zbigniew Chlebowski, Ryszard Kalisz, Wojciech Olejniczak czy Tomasz Nałęcz).

- Presja wizerunkowa to stara praktyka, która działa – komentowała dr Fedyszak-Radziejowska, dodając, że równie istotne są instrumenty ekonomiczne pozwalające ucinac finansowanie badań naukowych.

Zakończyła gorzką stwierdzeniem:

- Nie liczmy na to, że środowiska kształtujące polską elitę będą wolne od prób ingerencji władzy.

 

 

 

***

W kolejnym socjologicznym wykładzie dr Tomasz Żukowski przedstawił wykład pt: "Polacy o katastrofie smoleńskiej. Zachowania i poglądy, ewolucja i uwarunkowania".

Naukowiec wskazał, że przeanalizował setki badań dotyczących stosunku Polaków do katastrofy smoleńskiej. Zaznaczył, że w 20 minutach nie da się powiedzieć wszystkiego, więc on skupi się na pierwszych i najważniejszych wnioskach.

Żukowski wskazał, że w kształtowaniu się poglądów Polaków widać kilka faz. Wymienił: stan nadzwyczajny narodowej solidarności i powszechna żałoba, nadzwyczajny stan życia państwa związany z kampanią wyborczą oraz powrót do zwyczajności.

To, co się petryfikuje w czasie normalnym, może ulegać szybkim zmianom w sytuacji nadzwyczajnej

- wskazuje Żukowski, dodając, że to, co się działo w ciągu ostatnich lat, było do pewnego stopnia nieuchronne, ale nie wszystko.

Niektóre fazy i zwroty wynikają z ogólnych praw socjologicznych, a niektóre mogły wyglądać inaczej

- dodawał.

Opisując etap masowej żałoby Żukowski dodawał, że zaraz po tragedii smoleńskiej "Polacy przeżywali osamotnienie, lęki, obawy", a następnie szukali wspólnoty i racjonalnego wyjaśnienia.

Żal odczuwali niemal wszyscy, poczucie wspólnoty deklarowało około 90 procent ludzi. Połowa Polaków odczuwała osamotnienie i obawę

- mówił Żukowski, odnosząc się do wyniku badań, jakie były przeprowadzane zaraz po tragedii smoleńskiej.

Socjolog wskazał, że podobny obraz emocji widać było jedynie w czasie żałoby po Janie Pawle II.

W ciągu kilku dni zmieniają się społeczne deklaracje dotyczące oceny prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Widać również wzrost notowania polityków. To widać w odniesieniu do wszystkich poza Januszem Palikotem

- mówił Żukowski.

Wskazał na trzy wydarzenia kluczowe dla zmiany nastrojów Polaków. Były to: rezygnacja Polski w podmiotowym działaniu w śledztwie smoleńskim, włączenie Rosji w żałobną wspólnotę przy jednoczesnym przerzucaniu przez nią winy za tragedię na Polskę oraz pogrzeb Pary Prezydenckiej.

Od samego początku są suflowane w ramach wspólnoty interpretacje, które wskazują, próbują przepychać lawę emocji w jedną stronę

- mówił Żukowski.

Odnosząc się do pogrzebu Lecha i Marii Kaczyńskich Żukowski wskazał, że "to była szansa na wzmocnienie republikanizmu" wśród Polaków.

Ten moment był szansą silniejszego zakorzenienia naszego życia publicznego w ideach republikanizmu

- mówił socjolog.

Wskazał na następne badania, które pokazują nastroje wobec pogrzebu Pary Prezydenckiej.

To był potencjalny punkt przełomowy, do którego nie doszło

- dodał, komentując wyniki badania.

Prelegent wskazał, że po zarządzeniu wyborów prezydenckich polskie społeczeństwo przeszło do kolejnej fazy.

Doszło do nałożenia się silnych emocji na dotychczasowe podziały polityczne. Władze przy tej okazji silnie podtrzymywały tezy rosyjskie, które zwalniały z odpowiedzialności stronę rosyjską

- mówił.

Wymienił wydarzenia pokazujące, że władze Polski nie robiły nic, by walczyć z rosyjskimi tezami obarczającymi Polskę winą za smoleńską tragedię. Przytoczył m.in. reakcje rządu Polski na publikację raportu MAK oraz obraźliwe tezy dot. udziału gen. Błasika w tragedii.

W maju ponad połowa Polaków wierzy, że Moskwie zależy na wyjaśnieniu przyczyn katastrofy. Nie jednoznaczne są oceny dot. winy Rosji dwa, trzy miesiące po tragedii

- zaznacza Żukowski.

Dodaje, że "młodzi, wykształceni, z wielkich miast" wskazują, że strona rosyjska nie miała nic wspólnego z tragedią smoleńską. Jednak okazuje się, że na pytanie czy obawiać się Rosji, połowa respondentów mówi, że tak.

Kampania i żałoba nie zmieniła preferencji politycznych i partyjnych, widocznych przed tragedią smoleńską

- wskazywał Żukowski.

Socjolog dodał, że ważny dla stanu polskiego społeczeństwa był sposób przejścia do normalności. Wskazał na rozpętany w Polsce spór o pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej.

Część ludzi chce już wtedy wrócić do swojej normalności. Stąd łatwość do wycofywania się ludzi, do swojego codziennego życia

- wskazał Żukowski, zaznaczając, że właśnie wtedy rosną również nastroje sprzeciwu wobec pogrzebu Lecha i Marii Kaczyńskich.

Większość Polaków negatywnie ocenia raport MAK i Millera, spada liczba osób uznających, że Rosji zależy na wyjaśnieniu tragedii smoleńskiej

- mówi o ostatnich badaniach opinii publicznej oraz ewolucji poglądów Polaków.

Jeszcze w kwietniu tego roku większość Polaków mówi, że nie zna przyczyn tragedii smoleńskiej

- mówił.

Zaznaczył, że szukanie przyczyn tragedii smoleńskiej wciąż jest zadaniem dla państwa.

Długa droga Polaków przez mgłę wiążąca się z szukaniem prawdy o Smoleńsku trwa i jest wciąż przed nami

- skwitował Żukowski.

***

Panel socjologiczny prowadził prof. Piotr Gliński z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN oraz Uniwersytetu Białostockiego.

Pierwszy wykład, zatytułowany, „Spetryfikowane emocje? Próba oszacowania wpływu katastrofy smoleńskiej na preferencje wyborcze Polaków”, wygłosił dr Radosław Sojak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Oto jego obszerne fragmenty:

Socjologowie mają do powiedzenia kilka ważnych rzeczy o tym, co katastrofa smoleńska z nami jako Polakami zrobiła.

Na początek drobna anegdota:

W czerwcu ub. r. uczestniczyłem w organizacji festynu w szkole mojego dziecka. Pierwszym uczniem, który podszedł do stanowiska, przy którym pracowałem, był 9-latek. Postawił sobie kubeczek z wodą i włożył doń pędzel. Nagle powiał wiatr – chłopiec podskoczył, by uniknąć oblania wodą i krzyknął: to wina Tuska!

Mamy tu do czynienia z hipotezą nazwaną przeze mnie „paradoksu sprzecznych zakorzenień”. Wybory polityczne, identyfikacje polityczne stają się elementami identyfikacji kulturowej, procesu zwanego socjalizacją, wychowaniem dzieci. To już nie jest kwestia interesów, kalkulacji, i chłodnego myślenia, ale odruchów.

Ten chłopiec wykonał dwie rzeczy – chciał uniknąć oblania wodą i wyartykułował pewną identyfikację polityczną.

Wybory kulturowe podlegają automatyzacji, stają się odruchowe. Przywiązanie do pewnych wyborów politycznych staje się podobne do przywiązania do marki. Jako że stają się automatyczne, podlegają emocjonalizacji.

Wreszcie emocje mają tendencje do tego, by nas polaryzować. Działają wtedy, gdy są silne. Pojawia się w społeczeństwie coś, co można by nazwać próżnią polityczną.

W tym kontekście katastrofa smoleńska wpisuje się w proces, który można nazwać wchodzeniem Polski w dynamikę społeczną wojen kulturowych. Jest on obserwowany na całym świecie, w Europie silnie w Hiszpanii, nie są od niego wolne społeczeństwa francuskie i brytyjskie.

Co istotne, w ramach tych wojen pojawia się zapotrzebowanie na zagadnienia o charakterze identyfikacyjnym.

W logice wojen kulturowych takimi tematami identyfikacyjnymi są stosunek do aborcji, związków homoseksualnych, w pewnym planie również do religii. Polska specyfika wojen kulturowych uwzględnia dwa jeszcze elementy – stosunek do lustracji i, od 2010, do katastrofy smoleńskiej.

Wiele badań wskazuje na to, że stosunek do katastrofy smoleńskiej staje się elementem kreującym tożsamości identyfikacyjne w przestrzeni publicznej. Im bardziej ten proces postępuje, tym mniejsze będziemy mieli szanse docierać do przestrzeni publicznej z naukowym, zrównoważonym i chłodnym podejściem do katastrofy.

Przyczynkiem do hipotezy spetryfikowanych emocji jest artykuł Piotra Semki, który napisał, że notowania Platformy Obywatelskiej powinny zacząć spadać dwa lata wcześniej niż miało to miejsce.

Semka postawił tezę, że to emocje spowodowały, iż proces utraty poparcia społecznego został zatrzymany – ta część elektoratu, która by się odwróciła od PO w sposób naturalny, zniechęcona zużywaniem się każdej partii rządzącej, została przy niej dzięki temu, że ponownie włączono ponownie bardzo silną motywację emocjonalną.

Sprawdziłem te hipotezę w oparciu o prosty pomysł – dwie partie przeszły już drogę od wyraźnego zwycięstwa w wyborach parlamentarnych i rządzenia z bardzo mocnym mandatem społecznym do niemalże nieistnienia – AWS się rozpadł, notowania SLD po upadku rządów Leszka Millera i marka Belki oscylowały w okolicach błędu statystycznego prze dłuższy czas.

Pojawia się pytanie, czy można przeprowadzić jakąś analogię z PO? Tak. Co za tym przemawia? Wszystkie te trzy partie wygrały w wyniku czegoś, co można by - cytując działaczy partii rządzącej „wzmożeniem emocjonalnym elektoratu”. Wszystkie te partie mieszczą w sobie duże spektra interesów politycznych. Wszystkie, mimo bardzo dobrego wyniku, musiały tworzyć koalicje. Każda z nich otrzymała bardzo istotne ciosy wizerunkowe.

Analiza comiesięcznych badań preferencji partyjnych OBOP wśród osób zdecydowanych, na kogo głosować wskazuje na wizerunkowe ciosy, które zaowocowały spadkiem notowań: afera żelatynowa w przypadku AWS, afera Rywina dla SLD i afera hazardowa dla PO.

W każdym przypadku następowała krótkotrwała mobilizacja wzrost poparcia, a potem zaczynał się trend spadkowy.

W przypadku PO ten trend spadkowy został wyhamowany w porównaniu z SLD i AWS.

Hipoteza dotycząca petryfikacji emocji i ich roli dla polskiej sceny politycznej powinna podlegać bardziej szczegółowej i wyrafinowanej analizie, ale można ją uznać za wstępnie potwierdzoną.

Wiele wskazuje na to, że emocjonalne pobudzenie po katastrofie smoleńskiej sprawiło, że elektorat się zmobilizował, ale później – do teraz obserwujemy powolny spadek poparcia.

 

 

 

***

Stanisław Zagrodzki, kuzyn śp. Ewy Bąkowskiej, przedstawił analizę dokumentacji sądowo-medycznej niektórych ofiar katastrofy smoleńskiej. Jego wykład, zatytułowany: "Dyslokacja ciał ofiar kat. smoleńskiej, zrobiona na podstawie zdjęć ogólnodostępnych oraz protokołów z przeszukania miejsca katastrofy", wywołał ogromne emocje.

Zagrodzki pokazywał wielokrotnie mapę, na której widać było sektory wyznaczone na miejscu tragedii smoleńskiej. To miało pokazać, jak wyglądało wrakowisko oraz rozkład poszczególnych elementów.

Można zauważyć taśmy rozdzielające, a skoro je widać to zdjęcie ma rozdzielność ok 10 cm na piksel. To zdjęcia z oblotu lotniczego

- tłumaczył.

Wskazał, że na początek przeanalizował opisy protokołów pod kątem zgodności z tym, co widać na zdjęciu dot. podziału wrakowiska na strefy. Pokazał, że w opisie strefy pierwszej jest błąd.

Okazuje się, że nie ma prawidłowego punktu obmiarowego. Potem doszedłem do wniosku, że ten opis jest "czeskim błędem"

- tłumaczył prelegent.

Dopiero po poprawce błędu opisy zaczęły się zgadzać. Potem Zagrodzki uznał, że opis strefy 1 i 2, po poprawce, nadają się do wykorzystania w badaniach dyslokacji ciał ofiar.

Zagrodzki powiedział, że w trzecim sektorze nie używano już funkcji GPS.

Ten sektor jest jednak bardzo dobrze opracowany, bowiem zastosowano metodę przyjęcia stałego punktu bazowego, od którego dokonywano wymiarów. To było przechylone drzewo

- wskazywał.

Zagrodzki wskazał, że na tej podstawie naniesiono na mapę sposób rozmieszczenia szczątków samolotu i ciał. Na mapie widać szczątki samolotu, ciał, fragmenty ciał, zaznaczono ciała osmalone, spalone itd.

Pokazuje jedno ze zdjęć. Wskazuje, że widoczne na zdjęciu ciało może mieć na sobie fragment kamizelki kuloodpornej. Jednak widać na fotografii jedynie pancerną płytę wyrwaną z tkaniny oraz kawałek pasa mocującego.

Dalej przeszedł do opisu sektora 4,5 i 6, w których doszło do największych zniszczeń i fragmentacji szczątków.

Jedynym obmiarem, jaki tu zrobiono, jest obliczenie szerokości i długości. W sektorze piątym nie ma żadnych odległości ciał od siebie. Napisano jedynie, że ciało leżało obok ciała. Nie wiadomo nawet, jak te ciała leżały. To nam utrudnia zrozumienie, jakie siły działały na ciała

- tłumaczył Zagrodzki.

Następnie prezentuje zdjęcie, na które naniesiono obraz pożaru. Na nich zaznaczono mały fragment wypalonej ziemi.

To jedyny ślad, że na miejscu katastrofy doszło do pożaru

- wskazuje Zagrodzki.

Prezentuje opisy sektorowe poszczególnych ciał, które znaleziono na miejscu tragedii smoleńskiej.

Wygląda na to, że ludzie, którzy opisywali sektor 5, chcieli stamtąd uciec. To był najgorzej opisany sektor. W nim znaleziono wiele ciał ze śladami ognia i spalenia

- zaznacza Zagrodzki.

Wskazuje, że mimo tego w raporcie Millera napisano, że nie ma żadnych śladów nadpalenia ciał ofiar. Tymczasem od dwóch miesięcy istniały już opisy ciał ofiar tragedii, które wskazywały na to, że widać ślady spalenia.

Na dowód, jak wyglądały niektóre ciała Zagrodzki pokazał fragment szczątków znalezionych na wrakowisku. Widać na nim kawałek spalonej kości podudzia.

Stanisław Zagrodzki pokazał również inne zdjęcie, na którym widać prace służb na miejscu tragedii smoleńskiej. Zaznacza, że na miejscu znalezienia zwłok powinny być wbijane tabliczki, by wiadomo było, gdzie ciała zostały znalezione.

Prelegent zaznacza, że jedynie dokumentacja dotycząca stref 7 i 8 jest przeprowadzona rzetelnie i skrupulatnie.

W tym sektorze znaleziono ciało we wnętrzu kadłuba i je wyjęto. To było ciało tak charakterystyczne, że do dziś mogę cytować, jak było ubrane i jak wyglądało. Co więcej, to było jedyne ciało, które w dokumentacji jest opisane, jako ciepłe

- mówił Zagrodzki.

Następnie zaprezentował rozkład ciał i fragmentów samolotu. Zaznacza na nim miejsca, w których znaleziono ciała, które miały oznaki działania wysokiej temperatury.

Tu były ciała w ponad 90 procentach wyglądające jak spalone

- mówił wskazując na jeden z obszarów.

W sektorze 11 i 12 są jedynie fragmenty ciał. To są jedynie organa ofiar. Te sektory są zaraz za ulicą Kutuzowa, co oznacza, że już wtedy rozszczelnienie kadłuba miało miejsce

- dodał Zagrodzki.

Potem przeszedł do kolejnej części swojego wystąpienia, w którym zanalizował wyniki badań toksykologicznych w kierunku karboksyhemoglobiny.

Przytoczył wyniki badań ciał cztery ofiar, w których wskazał, że znaleziono karboksyhemoglobinę, choć prokuratura mówiła, że nic takiego nie znaleziono. Co ciekawe wśród czterech ciał jedno należało do osoby palącej, ale to nie ono miało najwyższe odczynniki karboksyhemoglobiny.

Tlenek węgla może się dostać do organizmu jedynie przez płuca

- mówił Zagrodzki.

Zaznaczył, że liczba tlenku węgla jest ważnym wyznacznikiem tego, co może się dziać z ciałem.

Na koniec zaprezentował zdjęcie wykonane w czasie sekcji zwłok jednej z ofiar. Na fotografii widać było część kości żuchwy oraz zębów. Zagrodzki zaznaczył, że tak wygląda ciało, które - zgodnie z oficjalnymi danymi - miało znajdować się poza strefą ognia.

Niech mi ktoś w takim razie wyjaśni, skąd wzięły się te czarne ślady?

- mówił Zagrodzki.

Wystąpienie Stanisław Zagrodzkiego, szczególnie dokumentacja zdjęciowa, wywołała ogromne emocje osób zgromadzonych na sali. Wywiązała się po nim dyskusja, w której jako pierwsza zabrała głos Zuzanna Kurtyka.

Czy dostał Pan zgodę na wykorzystanie zdjęć na tej konferencji? Jeśli my rodziny smoleńskie nie będziemy szanować siebie, nie możemy liczyć na szacunek innych. Jeśli składamy pisma z protestami do MSZ po publikacjach zdjęć w internecie, to nie możemy tak działać wobec siebie

- mówiła Kurtyka.

Obecny na sali prof. Olejnik poparł jej stanowisko:

Nawet jeśli takie zdjęcia są dostępne publicznie, to nie wynika z tego prawo do pokazywania takich zdjęć na konferencji naukowej.

Również socjolog Barbara Fedyszak-Radziejowska wskazała, że "pokazywanie ciał było zupełnie zbędne dla tego wykładu".

Na głosy krytyki odpowiedział sam Stanisław Zagrodzki.

Komisja badania wypadków łże jak suka. Jedną z ofiar, które były spalone, była osoba mi bliska. Nie może być tak, że trwa orgia, a ja mam milczeć. Ktoś musi w końcu przełamać zmowę milczenia. Krytyka spowodowała, że usłyszeliście, co sądzę w tej sprawie. Każdy z medyków sądowych, do jakich się zgłaszałem, mówił, że nie będzie się zajmować tą sprawą, nie będzie się upolityczniać. Kto z was tu szacownych może przeczytać te protokoły, kto może zainteresować się tą sprawą

- powiedział prelegent.

Po przerwie wrócono do tematyki omawianej przez Stanisława Zagrodzkiego.

Dr Grażyna Przybylska-Wendt wskazuje, że fotografie ciał i obrażeń muszą być brane pod uwagę w śledztwie smoleńskim.

One wiele wnoszą do badania katastrof. Zaznaczyła, że żeby wyjaśnić przyczyny tragedii smoleńskiej należy, przeanalizować wszelkie badania i dokumenty sekcyjne

- wskazuje medyk sądowa.

Głos zabrał również Dariusz Fedorowicz, brat śp. Aleksandra Fedorowicza, tłumacza śp. Lecha Kaczyńskiego, który zginął w Smoleńsku.

Jako członek rodziny ofiar oraz lekarz chcę powiedzieć, że niezmiernie trudno oddzielić ból od fachowości. Zdajemy sobie sprawę, że nie da się wrakowiska oddzielić od ciał i fragmentów ciał. Chodziło o to, by wykazać fałszerstwa i dezinformacje, których dopuszczają się organa mające wyjaśnić przyczyny tragedii. Obraz, jedno zdjęcie więcej niż tysiąc słów powie. Powiem obrazowo, jeśli ciało leży do ziemi, w błocie. To nie może to świadczyć o pożarze na ziemi. Jedyna część, która nie ulegnie zwęgleniu to będzie właśnie to, co leży skierowanie do tego błota. Jak to więc udowodnić jeśli nie pokazując zdjęcia?

- mówił Fedorowicz.

***

W ciekawym wykładzie mec. Małgorzata Wassermann przedstawiła wnioski płynące z porównania rosyjskiej dokumentacji medycznej z wynikami ekshumacji ciała jej ojca, śp. Zbigniewa Wassermanna.

Po szesnastu miesiącach od śmierci mojego ojca doszło do ekshumacji. Odbyła się ona 29 i 30 sierpnia 2011 r. Pierwotnie badania miały być przeprowadzone w części w Krakowie a później we Wrocławiu. W Krakowie usłyszeliśmy, że mamy zabrać zwłoki i się wynieść ze szpitala. Lekarze pojechali więc ze włokami prosto do Wrocławia. Oto, jaka była wola i chęć…

- mówiła Wassermann.

Dodała, że dokument polski liczy blisko 100 stron.

Protokół sądowo-lekarski sekcji zwłok przeprowadzonej w Moskwie spełnia wymogi formalne: posiada nagłówek, oznaczenie czasu i miejsca badania, dane osób uczestniczących

- mówiła, jednak zaznaczyła, że poza tym, że dokument spełnia wymogi formalne, zawiera rozbieżności.

I to szokujące. "W trakcie sądowo-lekarskiej sekcji zwłok wykonanej w Moskwie pobrano do badań dwa fragmenty wątroby. W 1989 r. Zbigniew Wassermann miał usunięty pęcherzyk żółciowy, Mimo to w protokole w Moskwie opisano prawidłowy pęcherzyk żółciowy wraz z zawartością żółci…" - wynika z opinii polskich biegłych, które omówiła mec. Wassermann.

CZYTAJ więcej o wystąpieniu mec. Małgorzaty Wassermann

***

W kolejnym wystąpieniu Jacek Jabłczyński z portalu "Pomnik Smoleńsk" zaprezentował niektóre nieścisłości widoczne w raportach MAK i komisji Millera. Zaznaczył, że tym zajmuje się portal "Pomnik Smoleńsk".

Staramy się znajdować nieprawidłowości w zapisach raportów komisji Millera i MAK. I publikujemy je na portalu. Z tekstów wynika, że nieprawidłowości jest ogromna liczba. One nie zmieściłyby się w 20-minutowym wykładzie

- mówił. Zaznaczył, że jego wystąpienie będzie dotyczyło jedynie systemu sterowania klapami w samolocie.

Dodał, że klapami steruje dwukanałowy układ elektryczny, a dźwignia ma pięć położeń, co wynika z instrukcji obsługi. Zaznaczył, że zgodnie w danymi technicznymi czas chowania/wychyleń klap to 18-23 sek.

Czas wychylenia jest ważny

- wskazał Jabłczyński.

Dodał, że przy rozsynchronizowaniu klap następuje zatrzymanie ich, bowiem tak działa system ratunkowy. Prelegent prezentuje następnie czasy wychylania się klap w zależności od kąta. Czas wychylenia pomiędzy kątami to ok. 4 sek.

Jabłczyński wskazuje na opisy wychylenia klap. MAK i KBWL pisze, że były one wysunięte jak "do lądowania", a wychylenie miało 36 stopni.

Prelegent opisuje również wskazaną lokalizację klap i centropłata. Okazuje się, że lokalizacja centropłata jest opisana inaczej w jednym i w drugim raporcie.

Przesunięcia są dość istotne. Istnieje około 30 metrów różnicy między oboma raportami

- wskazuje wykładowca.

Czy KBWL dokonało analizy położenia tych elementów już po przeniesieniu części wraku? Tego nie wiem, ale są istotne różnice

- mówił dalej.

Zaprezentował również zdjęcia z raportu Millera, które pokazują klapy wychylone w 36 stopniach.

Jednak gdy uwzględni się długość śrub, które wychylają klapy, okazuje się, że są istotne różnice. Biorąc pod uwagę długość śrub okazuje się, że klapy są wychylone w sposób niesymetryczny. W jednej widać 92 zwoje śruby, a 71 zwojów w drugiej. To oznacza, że klapy nie są wychylone tak samo

- tłumaczy Jabłczyński.

Prezentuje również dwa zdjęcia pokazujące wał napędowy. Na jednym zdjęciu wał jest dobry, a na drugim uszkodzony. Analizuje następnie wizualizację KBWL, która pokazuje, że pomimo przesuwania wolantu przez pilota samolot nie podnosi się. Dodaje, że na prezentacji zajmuje to około 3 sekund.

Jabłczyński zaznacza, że widać również nielogiczność w zapisach dotyczących dźwięków słyszanych w kokpicie tupolewa. Okazuje się, że odgłos tłumaczony jako dźwięk uderzenia w brzozę jest w innych minutach zapisu w raporcie MAK i komisji Millera. Dodaje, że to może oznaczać, że odgłos w MAK był wcześniej niż przelot nad brzozą.

Biorąc pod uwagę prędkość samolotu to można oznaczać, że odgłos odnotowany przez MAK był słyszany 100 metrów przed brzozą

- tłumaczy Jabłczyński.

Wskazał na końcu dwa zdjęcia, które pokazują część skrzydła. Na jednym widać fragment blachy, której nie ma na drugim. Zdjęcie zostało opatrzone pytaniem: co jest prawdą?

Na koniec Jacek Jabłczyński pytany był m.in. o liczbę nieścisłości między raportami MAK i komisji Millera. Prelegent tłumaczy, że jest ich wiele, a część z nich wychodzi dopiero na jaw.

Liczba tych nieścisłości jest bardzo duża. Zapraszam na nasz portal, opisujemy tam te nieścisłości na bieżąco

- zakończył Jabłczyński.

***

Marcin Gugulski mówił na temat „Rejestrator MARS-BM a postępowania wyjaśniające przyczyny katastrofy TU-154M”.

Jak przedstawił się prelegent - od trzech lat współpracuje z zespołem parlamentarnym, jest publicystą (m.in. portalu wPolityce.pl), wcześniej przez cztery lata był analitykiem, pracownikiem cywilnym Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Gugulski skupił się na wiedzy, brakach w niej i wątpliwościach dotyczących nagrania z rejestratora głosowego MARS-BM.

Zaczął od wskazania, że prawo nakazuje badającym korzystanie z oryginalnych nagrań rejestratorów- o ile takowe się zachowały.  Choć, jak pokazują wypowiedzi m.in. premiera Donalda Tuska, prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta czy członka KBWLLP Piotra Lipca – oryginalne zapisy czarnej skrzynki nie są konieczne…

Co ciekawe, Andrzej Seremet wypowiadała się w tej sprawie dwojako. Niedawno, bo 9 września 2013 mówił, że w tym roku nie będzie możliwe zakończenie śledztwa, m.in. ze względu na brak oryginałów rejestratorów.

Gugulski przedstawił zagadkową chronologię odnajdywania rejestratora MARS-BM i dalszych jego losów.

W dniu katastrofy o godz. 11:02 według MAK znaleziono dwa rejestratory – nie wiadomo przez kogo. Komisja Milera w swoim raporcie twierdzi, że to strona rosyjska je znalazła, lecz nie podaje, o której godzinie.

Tymczasem o godz. 10:30 telewizja Rossija24 pokazała film wykonany na miejscu katastrofy przez pracownika TVP, an którym widać rejestrator w momencie, gdy zegar na nagraniu wskazuje godzinę 8:50,01.

Gugulski przytoczył relację funkcjonariusza BOR obecnego 10 kwietnia w Smoleńsku:

„Zadzwonił do mnie konsul RP w Moskwie pan Michał Greczyło i przekazał mi prośbę ministra Klicha, aby przekazać stronie rosyjskiej prośbę o nierozpoczynanie badania skrzynek bez udziału strony polskiej”.

Jak się okazało, prośba ta nie została spełniona.

Zanim polscy specjaliści pojawili się na miejscy tragedii, ówczesny rosyjski minister ds. nadzwyczajnych Siergiej Szojgu stwierdził bowiem w rozmowie z mediami, że odnaleziono rejestratory i „rozpoczęła się ekspertyza, która wyjaśni przyczyny katastrofy”.

Oznacza najprawdopodobniej, że już wtedy Rosjanie skopiowali zapisy CVR (rejestratora głosowego) i zrzut danych z FDR (rejestratora danych) – wnioskował Gugulski. Choć, zaznaczył, to oczywiście niejednoznaczna przesłanka.

Jak referował dalej, w nocy z 10 na 11 kwietnia rejestratory przetransportowano do Moskwy. Nie było przy tym – według relacji Edmunda Klicha m.in. na komisji obrony narodowej, 10 lutego 2011 r. przedstawiciela RP.

31 maja 2010 r. podpisano memorandum między stroną polską (Jerzy Miller) a rosyjską (sefowie Komitetu Śledczego i MAK), według którego MAK miał zabezpieczyć i przechowywać opieczętowane przez obie strony oryginały zapisów rejestratorów. Przekazanie ich Polsce miało zostać dokonane po zakończeniu rosyjskiego śledztwa lub dochodzenia sądowego.

Przekazane wtedy nagrania (opisane jako wierne kopie oryginałów), jak wiemy zawierały jednak wady.

Następnie Gugulski przeszedł do opinii fonoskopijnej Instytutu Ekspertyz Sądowych.

Badano taśmę zdeponowaną w MAK. Stwierdzono, że – zgodnie z oświadczeniem Wiktora A. Trusowa [specjalisty MAK] – została ona wyjęta z rejestratora MARS-BM znalezionego na miejscu katastrofy.

Gugulski zaznaczył, że ograniczono się do stwierdzenia, kto przekazał materiały do badania i co przekazujący stwierdził, co do miejsca i czasu ich odnalezienia

Natomiast „nie stwierdzono ubytków w warstwie magnetycznej taśmy. Stan taśmy należy ocenić jako bardzo dobry”.

Badano też 7 wykonanych na CD przez stronę rosyjską dowodowego nagrania utrwalonego na taśmie MAK.:

- kopia z kwietnia (nie wiadomo, kiedy dokładnie wykonana) dla Komitetu śledczego FR

- z 31 maja (bez 17,5 sek.)

- z 9 czerwca (zaszumiona)

- z 11 lutego

- z 1 czerwca

- z 15 czerwca (dwie kopie wówczas wykonano – nie wiadomo, dlaczego)

Prelegent dodał, że kopie te różnią się znacząco – m.in. długością nagrania – nawet o 20 sekund!

Dalej wskazał na dobrze już znane rozbieżności między odczytami (dotyczące m.in. rzekomej obecności gen. Błasika w kokpicie, rzekomego uderzenia w brzozę czy wypowiedzi innych pasażerów niż członków załogi, jak również pilotów).

Gugulski postawił otwarte pytania:

- Czy taśma udostępniona biegłym jest tożsamą taśmą, która znajdowała się w rejestratorze MARS-BM?

- Kiedy zostanie zlecona analiza dotycząca weryfikacji słów specjalisty MAK Wiktora Trusowa o oryginalności taśmy?

Wskazał, że międzynarodowa praktyka zna przypadki wznawiania postępowań ws. katastrof, gdy rejestratory były po jakimś czasie odnalezione bądź nie były wcześniej możliwe do badania.

Zdaniem Gugulskiego ujawniono nowe okoliczności lub dowody istotne dla sprawy, w związku z czym jest konieczne wznowienie postępowania przez KBWLLP.

 

 

***

Grzegorz Szuladziński, pierwszy prelegent II dnia Konferencji, zaczął od tego, że od lat zajmuje się wytrzymałością materiałów. Wskazał później na braki danych, dotyczących tupolewa. Zaznaczył jednak, że jest na tyle wiele innych wiadomości, że można było na ich podstawie odtworzyć skrzydło. Wyliczył później co wiadomo o skrzydle. Mówił m.in. że znamy geometrię zewnętrzną, dane podobnych samolotów, co pozwoliło zrekonstruować skrzydło.

Przedstawił model części skrzydła. Zaprezentował również model skrzydła, który pokazuje różne grubości blachy oraz strukturę budowy skrzydła. Wyjaśnił również, które elementy konstrukcji odpowiadają za niwelowanie jakich naprężeń.

Zaprezentował wykresy naprężeń w modelu skrzydła i wskazał, w których miejscach naprężenia przekraczały dopuszczalne wymiary. Zaznaczył, że w ostatecznym modelu wszystkie dane się zgadzają.

Postawił następnie problem: co się stanie ze skrzydłem, gdy narastała będzie prędkość? Wskazał wykres ugięć na końcu skrzydła. Dodał, że fala przemieszczająca się po skrzydle potrzebuje czasu.

Dr. Szuladziński zaznaczał, że po skonstruowaniu modelu skrzydła trzeba przeprowadzić próbę wytrzymałościową konstrukcji.

Na wirtualnej próbie złamania skrzydła zauważyli państwo dwie linie złamania. Liczby wskazują, że wskaźnik bezpieczeństwa jest znacznie większy niż wynika z wymogów. Mamy więc model skrzydła, gotowy do dalszych prac badawczych

- skwitował próbę zobrazowaną na specjalnym filmiku.

Po wykładzie było kilka pytań. Dr. Szuladziński pytany był m.in. o to czy zna prace prof. Jana Błaszczyka, który również prezentował model skrzydła.

Z poprzedniej konferencji znam prace prof. Błaszczyka, ostatniego wystąpienia nie. Rok temu widziałem podejście konstruktora samolotów. On może znać się bardzo dobrze na strukturze, ale nie znać się na dynamice. (...) Wykład prof. Błaszczyka był poprawny, jeśli chodzi o konstrukcję samolotu, ale nie wnosił wiele do wyjaśniania wypadków lotniczych. (...) Mój referat nie miał na celu wyjaśnienia wypadku w Smoleńsku, ale miał pokazać budowę modelu skrzydła, który potem będzie wykorzystywany. Następne badania proszę obserwować na moim kanale Youtube

- mówił dr. Szuladziński.

Następnie odpowiadając na pytanie przyznał, że istotny jest sposób zamontowania skrzydła.

Jeśli skrzydło zamontujemy w centropłacie obniżają się drgania. Ona jest bowiem sprężyście zamontowana

- wskazał Szuladziński.

Na końcu na prośbę jednego z uczestników wyjaśnił, jakie są jego związki z lotnictwem. Przyznał, że jest to zgodne z jego wykształceniem.

Pracowałem przy projekcie Boeinga 747 w USA. W Polsce prowadziłem prace dotyczące skrzydeł. Prowadziłem prace związane z rakietami, z lotnictwem mam wiele do czynienia, choć ostatnio zajmuje się innymi tematami. Obecnie odświeżam sobie wiedzę i korzystam z doświadczenia. I muszę powiedzieć, że robię to z przyjemnością

- zakończył Szuladziński.

***

Drugi dzień II Konferencji Smoleńskiem rozpoczął Grzegorz Jemielita, który odniósł się do relacji medialnych związanych z pierwszym dniem Konferencji.

Nasza konferencja nie jest tajna. Każdy, kto chciał uczestniczyć, mógł w niej uczestniczyć. Każdy dziennikarz, każdy członek zespołu Pana ministra Millera, każdy członek komitetu Pana Laska mógł wziąć w niej udział. Każdy członek zespołu mógł zgłosić referat. Każdy mógł być na tej sali. Wystarczyło się zgłosić

- mówił.

Zapowiedział następnie wystąpienie dr. Grzegorza Szuladzińskiego, który zaprezentował sposób budowy modelu skrzydła, który będzie później wykorzystywany w kolejnych badaniach.

***
***

Poniżej publikujemy szczegółowy program konferencji:


09:00 Va. WERYFIKACJA DOKUMENTÓW I ASPEKTY MEDYCZNE

Zdzisław Gosiewski, Politechnika Białostocka

09:00 – 09:20 Gregory Szuladziński, Analytical Service Pty Ltd. ‐ Reverse engineering of Tu‐154 wing

09:20 – 09:40 Marcin Gugulski, Zespół Parlamentarny ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Smoleńskiej Tu‐154M z 10 kwietnia 2010 r. ‐ Stan zachowania zapisów z rejestratorów danych zabudowanych na Tu‐154M nr 101

09:40 – 10:00 Jacek Jabczyński, Portal „Pomnik Smoleńsk” ‐ Analiza zniszczeń samolotu Tu‐154M i weryfikacja ustaleń zawartych w raportach MAK i KBWL na podstawie dostępnych materiałów graficznych

10:00 – 10:15 Przerwa

 

10:15 Vb. WERYFIKACJA DOKUMENTÓW I ASPEKTY MEDYCZNE

Zdzisław Gosiewski, Politechnika Białostocka

10:15 – 10:35 Marcin Fudalej, Paweł Krajewski, Bronisław Młodziejowski, Sylwia Tarka ‐ Specyfikacja obrażeń ciał ofiar katastrof lotniczych w Warszawie

10:35 – 10:55 Małgorzata Wassermann, Uniwersytet Jagielloński ‐ Dokumentacja medyczna sekcji zwłok śp. Z. Wassermanna wykonanej przez stronę rosyjską, a polskie dokumenty sekcyjne

10:55 – 11:15 Stanisław Zagrodzki, Rodziny Smoleńskie ‐ Weryfikacja oficjalnych raportów ustalających przebieg katastrofy samolotu Tu‐154M z 10 kwietnia 2010 roku w oparciu o mapę dyslokacji ciał ofiar oraz analizę dokumentacji sądowo‐medycznej i badań toksykologicznych niektórych ciał ofiar

11:15 – 11:30 Przerwa

 

11:30 VIa. ASPEKTY SOCJOLOGICZNE KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ

Piotr Gliński, Instytut Filozofii i Socjologii PAN, Uniwersytet w Białymstoku

11:30 – 11:50 Tomasz Żukowski, Uniwersytet Warszawski ‐ Polacy o katastrofie smoleńskiej. Zachowania i poglądy – ewolucja – uwarunkowania

11:50 – 12:10 Radosław Sojak, Uniwersytet Mikołaja Kopernika ‐ Spetryfikowane emocje? Próba oszacowania wpływu katastrofy smoleńskiej na preferencje wyborcze Polaków

12:10 – 12:30 Barbara Fedyszak‐Radziejowska, Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN ‐ Ingerencje „władzy” w autonomię nauki: instrumenty wpływu i reakcje środowiska naukowego

12:30 – 13:30 Przerwa obiadowa

 

13:30 VIb. ASPEKTY SOCJOLOGICZNE KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ

Piotr Gliński, Instytut Filozofii i Socjologii PAN, Uniwersytet w Białymstoku

13:30 – 13:50 Jacek Kurzępa, Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej, Wrocław ‐ Młodzież, ambiwalencja, postawy, katastrofa smoleńska

13:50 – 14:10 Krystyna Lis, Uniwersytet Mikołaja Kopernika ‐ Reakcje tygodników na wybrane wydarzenia związane z katastrofą smoleńską

14:10 ‐ 14:30 Daniel Wicenty, Uniwersytet Gdański ‐ Katastrofa smoleńska a przemiany na rynku prasowym. Przypadek trzech tygodników „obozu konserwatywnego"

14:30 – 14:45 Przerwa

 

14:45 VIIa. ZAGADNIENIA PRAWNE KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ

Karol Karski, Uniwersytet Warszawski

14:45 – 15:05 Bogdan Gajewski, International Society of Air Safety Investigators ‐ Wybrane aspekty badania wypadków lotniczych w Ameryce Północnej

15:05 – 15:25 Piotr Daranowski, Uniwersytet Łódzki ‐ Kilka uwag o formie porozumienia określającego podstawę prawną i tryb badania przyczyn katastrofy smoleńskiej

15:25 – 15:45 Małgorzata Wassermann, Uniwersytet Jagielloński ‐ Badanie katastrof komunikacyjnych w postępowaniu karnym, a działania prokuratury w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem 10.04.2010 roku

15:45 – 16:00 Przerwa

 

16:00 VIIb. ZAGADNIENIA PRAWNE KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ

Karol Karski, Uniwersytet Warszawski

16:00 – 16:20 Piotr Pszczółkowski, Okręgowa Rada Adwokacka w Łodzi ‐ Prawne aspekty badania katastrofy smoleńskiej

16:20 – 16:40 Maria Szonert‐Binienda, Instytut Libra ‐ Katastrofa smoleńska w świetle prawa międzynarodowego

16:40 – 17:00 Tadeusz Jasudowicz, Uniwersytet Mikołaja Kopernika ‐ Śledztwo smoleńskie z perspektywy prawa do życia w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka

17:00 – 17:10 Przerwa

 

17:10 – 19:00 DYSKUSJA GENERALNA

Piotr Gliński, Instytut Filozofii i Socjologii PAN, Uniwersytet w Białymstoku

 

 

-----------------------------------------------------------------

-----------------------------------------------------------------

Polecamy wSklepiku.pl:"wPolityce.pl Polska po 10 kwietnia 2010 r."

autorzy:Artur Bazak, Jacek Karnowski, Michał Karnowski, Paweł Nowacki, Izabella Wierzbicka.

wPolityce.pl Polska po 10 kwietnia 2010 r.

W książce znalazły się analizy publicystów oraz wzruszające wspomnienia Czytelników związane z wydarzeniami z 10 kwietnia 2010 roku. Teksty w niej zawarte pozwalają zrozumieć, co tak naprawdę wydarzyło się w Smoleńsku.

W kolejnym wystąpieniu Jacek Jabłczyński z portalu "Pomnik Smoleńsk" zaprezentował niektóre nieścisłości widoczne w raportach MAK i komisji Millera. Zaznaczył, że tym zajmuje się portal "Pomnik Smoleńsk".

Staramy się znajdować nieprawidłowości w zapisach raportów komisji Millera i MAK. I publikujemy je na portalu. Z tekstów wynika, że nieprawidłowości jest ogromna liczba. One nie zmieściłyby się w 20-minutowym wykładzie

- mówił. Zaznaczył, że jego wystąpienie będzie dotyczyło jedynie systemu sterowania klapami w samolocie.

Dodał, że klapami steruje dwukanałowy układ elektryczny, a dźwignia ma pięć położeń, co wynika z instrukcji obsługi. Zaznaczył, że zgodnie w danymi technicznymi czas chowania/wychyleń klap to 18-23 sek.

Czas wychylenia jest ważny

- wskazał Jabłczyński.

Dodał, że przy rozsynchronizowaniu klap następuje zatrzymanie ich, bowiem tak działa system ratunkowy. Prelegent prezentuje następnie czasy wychylania się klap w zależności od kąta. Czas wychylenia pomiędzy kątami to ok. 4 sek.

Jabłczyński wskazuje na opisy wychylenia klap. MAK i KBWL pisze, że były one wysunięte jak "do lądowania", a wychylenie miało 36 stopni.

Prelegent opisuje również wskazaną lokalizację klap i centropłata. Okazuje się, że lokalizacja centropłata jest opisana inaczej w jednym i w drugim raporcie.

Przesunięcia sią dość istotne. Istnieje około 30 metrów różnicy między oboma raportami

- wskazuje wykładowca.

Czy KBWL dokonało analizy położenia tych elementów już po przeniesieniu części wraku? Tego nie wiem, ale są istotne różnice

- mówił dalej.

Zaprezentował również zdjęcia z raportu Millera, które pokazują klapy wychylone w 36 stopniach.

Jednak gdy uwzględni się długość śrub, które wychylają klapy, okazuje się, że są istotne różnice. Biorąc pod uwagę długość śrub okazuje się, że klapy są wychylone w sposób niesymetryczny. W jednej widać 92 zwoje śruby, a 71 zwojów w drugiej. To oznacza, że klapy nie są wychylone tak samo

- tłumaczy Jabłczyński.

Prezentuje również dwa zdjęcia pokazujące wał napędowy. Na jednym zdjęciu wał jest dobry, a na drugim uszkodzony. Analizuje następnie wizualizację KBWL, która pokazuje, że pomimo przesuwania wolantu przez pilota samolot nie podnosi się. Dodaje, że na prezentacji zajmuje to około 3 sekund.

Jabłczyński zaznacza, że widać również nielogiczność w zapisach dotyczących dźwięków słyszanych w kokpicie tupolewa. Okazuje się, że odgłos tłumaczony jako dźwięk uderzenia w brzozę jest w innych minutach zapisu w raporcie MAK i komisji Millera. Dodaje, że to może oznaczać, że odgłos w MAK był wcześniej niż przelot nad brzozą.

Biorąc pod uwagę prędkość samolotu to można oznaczać, że odgłos odnotowany przez MAK był słyszany 100 metrów przed brzozą

- tłumaczy Jabłczyński.

Wskazał na końcu dwa zdjęcia, które pokazują część skrzydła. Na jednym widać fragment blachy, której nie ma na drugim. Zdjęcie zostało opatrzone pytaniem: co jest prawdą?

Na koniec Jacek Jabłczyński pytany był m.in. o liczbę nieścisłości między raportami MAK i komisji Millera. Prelegent tłumaczy, że jest ich wiele, a część z nich wychodzi dopiero na jaw.

Liczba tych nieścisłości jest bardzo duża. Zapraszam na nasz portal, opisujemy tam te nieścisłości na bieżąco

- zakończył Jabłczyński.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...