Jugendamty, czyli urzędy ds. młodzieży, odebrały w 2012 roku 40 tys. 200 dzieci. To o 5 proc. więcej niż w 2011 roku. Liczba odbieranych dzieci w Niemczech od kilkunastu lat stale wzrasta - mówi  Joerg Großelümern z niemieckiej organizacji Netzwerk Bildungsfreiheit (Sieć Wolnej Edukacji) w rozmowie z "Naszym Dziennikiem".

Rozmówca ND opowiada, że powodem takich  drastycznych decyzji bywa m.in. nieuznawane przez niemieckie prawo nauczanie domowe.

W 2006 roku niemiecki sąd najwyższy orzekł, że rząd może odebrać takim rodzicom prawo do opieki nad dziećmi

- mówi Großelümern. "Nasz Dziennik" przypomina też sprawę  rodziny Romeike, która uciekła z Niemiec do USA z pięciorgiem dzieci, gdy z powodu edukacji domowej zagrożono jej utratą praw rodzicielskich.

Wymierzono jej także horrendalnie wysoką grzywnę, ich dzieci do szkoły eskortowała policja. Rodzina w 2006 r. wyjechała do USA, poprosiła o azyl polityczny z powodu dyskryminacji i otrzymała go, gdyż sąd imigracyjny uznał, że w ich przypadku niemieckie władze naruszyły podstawowe prawa człowieka

- opowiada Jörg Großelümern.

Przytacza też kolejne przykłady:

Thomas i Marit Schaumowie starają się o azyl w USA. W sierpniu br. ekipa 20 osób: pracowników socjalnych, policjantów i funkcjonariuszy służb specjalnych, wtargnęła do domu Dirka i Petry Wunderlichów w Darmstadt, którzy uczyli w domu czworo swoich dzieci w wieku od 7 do 14 lat. To po prostu był atak. A powód był tylko jeden: nielegalny homeschooling. Dzieci zostały zabrane w nieznane miejsce, a przedstawiciele władz biorący udział w akcji poinformowali Wunderlichów, że w najbliższym czasie nie zobaczą swoich dzieci.

Według relacji Großelümerna, sędzia zezwoliła także na użycie środków przymusu, czyli po prostu przemocy wobec dzieci, ponieważ uznała, że dzieci mogły przejąć poglądy rodziców na temat homeschoolingu i policja może spodziewać się braku współpracy zarówno ze strony rodziców, jak i dzieci.

(Państwo Wunderlichowie kilka lat przebywali za granicą, gdzie mieli warunki do edukacji domowej, ale gdy Dirk stracił pracę, powrócili do Niemiec.)

Pod presją władz - jak tłumaczy - rodzice zgodzili się na uczęszczanie dzieci do publicznej szkoły (jak nakazał sąd), gdyż oczywiście najważniejszy był powrót dzieci do domu.

Jak zaznacza jednak  Jugendamty różnią się między sobą w zależności od regionu, miejscowych władz, samego lokalnego Jugendamtu, sytuacji rodziny.

Są na przykład rodziny prowadzące nauczanie domowe, które w ogóle nie mają problemu z Jugendamtem. Niektóre urzędy oceniają, że nauczanie domowe to nie problem i nie stwierdzają zagrożenia dla dziecka

- zaznacza.

Großelümern wyjaśnia też, że nieposyłanie dziecka do szkoły jest w całych Niemczech uznawane za wykroczenie administracyjne i tylko w Hesji jest to przestępstwo zapisane w kodeksie karnym.

W sytuacji, gdy rodzina jest otwarta, to znaczy Jugendamt może ją obserwować, a dzieci mają zewnętrzne relacje, to nie wymusza odebrania opieki. Rodzi to jednak pole do nadużyć, zachęca do składania donosów. Kilka tygodni temu pojawił się przypadek odebrania dzieci na podstawie nagrania z ukrytej kamery, która zarejestrowała dyscyplinowanie dzieci.

- opowiada. Rodzice, którzy decydują się w Niemczech na edukację domową w większości przypadków muszą zapłacić grzywnę.

Netzwerk Bildungsfreiheit, niemieckie stowarzyszenie rodziców wybierających edukację domową, jest niewielkie i ogranicza swą pomoc do porad prawnych. Nasze środki i możliwości działań prawnych są bardzo ograniczone, gdyż przegraliśmy wszystkie sprawy sądowe w ostatnich latach.

- wyjaśnia Großelümern Nie kryje też jednoznacznie krytycznej oceny Jugendamtów:

Sądzę, że są niebezpieczne dla wielu rodzin, gdyż generują możliwość szeregu nadużyć. Jeżeli rodzina jest w jakiś sposób inna, to bywa oskarżana o rzeczy, które nie są istotą sprawy. Pojawiają się fałszywe oskarżenia i nie można się przed nimi bronić, a poza tym Jugendamt działa w ścisłej współpracy z sądem rodzinnym. Naprawdę rzadko zdarza się możliwość wygrania z ich połączonymi siłami.

Jak twierdzi obie te instytucje mają prawie nieograniczoną władzę i kiedy sąd stwierdza, że dobro dziecka jest narażone na niebezpieczeństwo, to skutkuje to nakazem odebrania dziecka, a jedyną bazą do tego wyroku jest wiara w to, co mu przedkłada Jugendamt.

W większości przypadków, nie wszystkich, sąd nie prowadzi dokładnego dochodzenia, ale wierzy Jugendamtowi. Rodzice nie mają możliwości zrobienia niczego, poza odwołaniem się do sądu wyższej instancji, ale w większości przypadków to nie pomaga.

- podkreśla Großelümern.

Zwraca też uwagę, że istnieje cały przemysł czerpiący zyski z procederu odbierania dzieci rodzicom.

Na przykład rodziny zastępcze, domy opieki. To wszystko są konkretne pieniądze dla konkretnych ludzi. Na przykład państwo Wunderlichowie musieli zapłacić 4 tys. euro miesięcznie za każde dziecko z tytułu pobytu w rodzinie zastępczej, chociaż wcale nie chcieli ich oddawać. Nie każdy jest w stanie tyle zapłacić. Sądzę, że są osoby i instytucje, które na tym korzystają.

- podkreśla przedstawiciel niemieckiej organiazacji.

ansa/ Nasz Dziennik

.