Przed seansem przeczytałem w jednej z kolorowych gazet, że Wajda plus wielki polski temat i dobrzy aktorzy musi równać się wspaniałe dzieło. I wzruszyłem ramionami. Bo gdyby tak było to Kawalerowicz nie nakręciłby koszmarnego "Quo Vadis" z Lindą, a Hofman "Ogniem i Mieczem". To nie jest żadna reguła. Ale gdy wchodziłem do kinowej sali by obejrzeć dzieło Wajdy w głowie miałem też słowa Krzysztofa Kłopotowskiego, który na tym portalu kilka miesięcy temu namawiał nas wszystkich by dać szansę temu filmowi. Bo bywa, że wielki temat wielkiemu twórcy - a za takiego Kłopotowski uznał Wajdę - potrafi się urwać, przerosnąć go i obraz może, nawet wbrew intencjom twórców, pokazać coś ważnego. Postanowiłem odrzucić więc uprzedzenia i obejrzeć film z jak najlepszą wolą. Niestety, potwierdziły się najgorsze obawy.

Dostaliśmy film płaski jak deska do krojenia, chwilami zapierający dech w piersiach swoją jednowymiarowością, brakiem dramaturgicznej osi i pustką przekazu. To propagandowa czytanka szkolna, która jest głosem w bieżącej kłótni politycznej, ale w żaden sposób nie przybliża nas do odpowiedzi na pytania o podsumowanie dorobku "Solidarności" i tego co z tym dziedzictwem zrobiliśmy.

Wrażenie to pogłębiają żałosne pokłony wobec establishmentu III RP. Mazowiecki i Geremek odmieniani są przez wszystkie przypadki kilkakrotnie, żaden z Kaczyńskich nie pojawia się nawet na chwilę, Anna Walentynowicz jest przerobiona na własną karykaturę, a Andrzej Gwiazda miga tylko - na kilka sekund - w materiałach archiwalnych. Do tego Dorota Wellman w roli Henryki Krzywonos, która w na nowo pisanej, fałszowanej, historii staje się najważniejszym motorem sierpniowego zrywu. To oczywista nieprawda.

Na dodatek Wellman grać nie umie, jest na ekranie sobą, mamy więc wrażenie, że oto do Stoczni Gdańskiej Wajda wprowadził dzisiejszy TVN. Efekt jest komiczny, choć pewnie środek ten zastosowano świadomie. W ten sposób autorzy filmu chcieli nam powiedzieć, że tam właśnie, w tej telewizji, jest dziś duch panny "S". Ktoś uwierzy? Idąc tym tropem powinien był reżyser obsadzić także 50-letniego Jakuba Władysława Wojewódzkiego w roli ofiarnego dostawcy pieczywa dla strajkujących.

Pasowałoby tym bardziej, że strajk sierpniowy w "Człowieku z nadziei" przedstawiony jest jako jakiś wesoły piknik. Dramatyzmu w tym zrywie nie ma żadnego, przełomu jakim był dla milionów Polaków nie widać za grosz. Znika całkowicie wątek odrodzenia religijnego. Komunizm jest gdzieś daleko, esbecy coś tam łażą za protestującymi i opozycją, ale bez chęci i sensu. Wałęsa o coś walczy, ale o co i z kim - nikt nie wie. Podobnie nie wiadomo, co było siłą dynamiczną tamtych zmian. Straszliwie to wszystko plastikowe, nic nie ma przyczyny. Wałęsa nigdy nie jest rozdarty, nie przeżywa żadnych rozterek, jest tylko niesiony przez nieokreślone, zewnętrzne wydarzenia niż w jakikolwiek sposób je kreuje. Przeszkadzają mu zaś rzekomo nie tyle komuniści, co koledzy ze związku.

Tu dochodzimy do roli Roberta Więckiewicza. Recenzenci podkreślali, że niemal doskonale oddał gestykulację i język Wałęsy. To prawda, że naśladuje go doskonale. Tak doskonale, że niezależnie od dalszych zawodowych losów ma pewny chleb do końca życia jako artysta kabaretowy. Wystarczy, że wyjdzie na scenę i zacznie mówić kwestiami z filmu. Ludzie przyjmą to tak jak moi sąsiedzi z sali kinowej - jako kabaret. Bo Więckiewicz Wałęsę po prostu parodiuje. W jego wykonaniu jest to postać przede wszystkim komiczna, niepoważna, żałośnie zagubiona. To co robi i mówi - także Orianie Fallaci - jest zawsze bez sensu, zawsze pokręcone, puste. I choć dzisiaj Wałęsa często tak się zachowuje, to nie jest prawdą, że zawsze taki był. Miał momenty wielkie, potrafił przemawiać sensownie. Dziś nawet jego zwolennicy nie chcą o tym pamiętać, ale przecież z jakiegoś powodu "Solidarności" przewodził. Szkoda, że reżyser nie potrafił tego pokazać.

Wrażenie zagubienia Wajdy w polskiej historii najnowszej pogłębiają jeszcze tak kuriozalne sceny jak obraz pokazujący rzucenie się wściekłego tłumu (bo to wszystko przez niego) na Wałęsę wiezionego do internowania. Skąd taki absurd wzięto? Zapewne znikąd, ale dziś nie może być filmu bez pokazania Polaków jako wściekłej dziczy.

Czy zatem cokolwiek się Wajdzie udało? Tak, te sceny w których był wolny od gorsetu politycznego. Opowieść o rodzinie Wałęsów, nagły skok z nędzy do sławy, samotność wśród setek gości, ciężkie życie pani Danuty, ale i miłość tej pary - to są najpiękniejsze momenty tego filmu. W ogromnej mierze dzięki świetnej naprawdę kreacji Agnieszki Grochowskiej.

Poza tym niestety nędza. Wygląda, że mamy na ekranach film najsłabszy w całym dorobku Wajdy. A Wałęsa, który liczył na pomnik, dostał w prezencie spektakl quasi-kabaretowy. I w tym sensie, choć przewrotnie, nadzieje Kłopotowskiego się spełniły.

PS. Szanowni komentatorzy pod tekstem. O kwestii agenturalności Lecha Wałęsy nie napisałem świadomie choć paradoksalnie Wajda opisuje to jednoznacznie - był, podpisał. Ale uznałem, że wypaczyłoby to główny przekaz mojej notatki - to po prostu bardzo słaby film, bez względu na to, jak oceniamy byłego lidera "S".