Artykuł ukazał się na portalu SDP.PL.

Fotograf Tomasz Niewiadomski kupił tygodnik „Przekrój”. Nie w kiosku, a od Grzegorza Hajdarowicza. I nie gazetę, ale wszystko, co jest z nią związane: autorskie prawa majątkowe, znaki towarowe, domeny i tytuł. Zapłacił 7 milionów złotych, ale tylko 4 mln w gotówce, reszta w usługach świadczonych przez 5 lat.

Dużo to, czy mało? Znawcy rynku twierdzą, że za dużo. Że Niewiadomski grubo przepłacił, bo „Przekrój” nie ma już szans na sukces jakim byłoby choćby osiągnięcie progu rentowności. Brakło mi w tych fachowych komentarzach dopowiedzenia, ile zatem wart jest ten kawałek polskiej kultury? Milion? Chyba też za dużo. Może 600 tysięcy? (Na tyle wiosną Forbes wyceniał markę „Tomasz Lis”). Obawiam się, że odnosząc wycenę do szans na rynkową reaktywację doszlibyśmy do złotówki.

To oczywiście czysta spekulacja, bo pojawił się „hobbysta” – jak nowego właściciela „Przekroju” ocenia medialny rekin Zbigniew Benbenek. Ot, miał taki kaprys, to sobie kupił, jak stary model samochodu, albo obraz. Chociaż nie, bo obraz to jednak inwestycje z szansą na wzrost wartości. A „Przekrój” – zdaniem znawców rynku – to papier śmieciowy. A zatem, gdyby ów dziwak wydający swoje pieniądze w sposób całkowicie nieracjonalny się nie pojawił, pewnie tytuł umierałby w konwulsjach jeszcze parę miesięcy. Niczym Norwid we francuskim przytułku.

Analogia odległa, ale jakaś jest. Idźmy więc jej tropem. Instytucje narodowej kultury dysponują funduszami, które pozwalają na skupowanie z rynku cennych dla naszego dziedzictwa eksponatów - z przeznaczeniem dla muzeów. Może czas pomyśleć również o otoczeniu miłosierną opieką ginących gatunków, ostatnich tytułów ważnych dla historii polskiej prasy. Dużo byśmy nie wydali z państwowej kasy, ot, złotówkę, albo dwie, za to wstydu byłoby mniej. I wcale nie trzeba by takiego raroga od razu zamykać na wieki wieków w magazynie. „Przekrój”, gdyby nie trafił do prywatnej kolekcji, mógłby się wówczas znaleźć w swoistym publicznym depozycie. Prawa do tekstów Gałczyńskiego, Mrożka, Kerna, Waldorffa, rysunków Lengrena czy grafik Mroza – to chyba też jakiś kawałek naszego dziedzictwa? Dziś to się „nie sprzedaje”, ale może kiedyś wróci na nie moda. Medycyna (i kultura) notuje takie przypadki.