Gdy okazało się, że Juliusz Machulski obsadził w swojej nowej komedii Adama „Nergala” Darskiego, który stał się popularny po tym, jak w prostacki sposób podarł Pismo Święte na scenie i obrażał wielokrotnie wyznawców Chrystusa, po ludzku zrobiło mi się smutno. Dlaczego?

Machulski jest autorem najinteligentniejszej filmowej krytyki komunizmu w PRL. Mam na myśli „Seksmisję”, której komuniści nie potrafili nawet odpowiednio ocenzurować. To ten syn wybitnego aktora Jana Machulskiego zrealizował też błyskotliwy „Vabank”, nowatorski „Kingsajz” czy „Deja vu”. Machulski to też solidny producent odpowiedzialny za filmy Krzysztofa Krauzego, Agnieszki Holland, Marka Koterskiego i Jerzego Stuhra. Jego wkład w rozwój naszej kinematografii jest niezaprzeczalny. Jako reżyser Machulski stracił niestety formę po realizacji „Kilera” w 1997 roku. Od tego czasu z lepszymi bądź gorszymi (częściej) skutkami powraca z nową komedią. Niezależnie od formy Machulski nie zniżał się jednak do robienia tanich skandalów w celach promocyjnych.

Machulski należał do pokolenia artystów, którzy mówili tylko poprzez kino. To ono, a nie marketing, miało wyrażać opinie artysty o świecie. To się niestety zmieniło. Machulski powiedział na początku roku w wywiadzie dla IAR, że od dawna chciał zaproponować rolę w jakimś swoim filmie wokaliście satanistycznego zespołu Behemoth.

On ma taką teutońską, klasycznie nordycką urodę. Zapytałem go, czy chciałby zagrać w filmie, on przeczytał scenariusz, zgodził się - i jestem bardzo zadowolony z tego, jak zagrał.

Pomysł na „AmbaSSadę” wydaje się być ciekawy i daje szeroki wachlarz możliwości realizacyjnych szalonej komedii. Nie jestem przeciwnikiem popkulturowego żonglowania tematami nawet tak dramatycznymi jak wojenne. Quentin Tarantino zrobił świetne „Bękarty wojny”, zaś Hitler od dawna pojawia się w najróżniejszych parodiach. Nie zamierzam więc oceniać samego filmu Machulskiego, szczególnie, że nie miałem go okazji obejrzeć. Nie dziwi mnie natomiast, że Adolfa Hitlera w filmie gra jeden z najlepszych polskich aktorów Robert Więckiewicz, który poszerza swój repertuar filmowy, co jest zrozumiałe w przypadku szanujących się aktorów.

Jak jednak odebrać obsadzenie w filmie Nergala? Trudno uwierzyć, że Machulski odkrył nagle wielkie umiejętności aktorskie muzyka, które spowodowały decyzję o jego zaangażowaniu do filmu. Nergal jest znany szerokiej publiczności (nie chodzi o fanów jego muzyki) dzięki żenującym, skrajnie prymitywnym antykatolickim akcjom i haniebnym wypowiedziom. Darski stał się wręcz symbolem dzisiejszej płytkiej i chamskiej walki z katolicyzmem.

Mimo określenia go mianem „jasełkowego satanisty” przez uchodzącego za jednego z najważniejszych polskich kapłanów, większość katolików musi czuć się, pisząc delikatnie, obrażona scenicznymi działaniami człowieka, który podarł Pismo Święte. Dopuszczałem do niedawna do świadomości, że może Machulski naprawdę chciał jedynie dać ekranową szansę lubianemu muzykowi. To on w końcu umożliwił debiut aktorski Pawłowi Kukizowi („Girl Guide”). Jednak po obejrzeniu najnowszego klipu promującego film moje wątpliwości zostały rozwiane.

"No to się zaczęło" – tak napisał Nergal swoim profilu Facebookowym po opublikowaniu klipu. Jak można odczytać jego słowa? Jednoznacznie. Ruszyła machina promocyjna filmu zbudowana na tanim epatowaniu skandalem. Nergal w mundurze zbrodniarza z SS śpiewa bliską sercu piosenkę o zniszczonym przez nazistów mieście? „Ha,ha,ha - ubawimy się po pachy, a prawica zapewni nam darmową reklamę, rozdzierając szaty z powodu zdrady kraju przez Machulskiego, który niedawno mówił o potrzebie realizacji filmu o Smoleńsku w stylu Borata” - pewnie myślą pijarowcy nowej produkcji Machulskiego. Czy dam im tę satysfakcję? W żadnym razie.

Mnie piosenka promująca „AmbaSSadę” nie szokuje, ani nie obraża. Mnie ona żenuje. Na naszych oczach autor arcydzieł polskiej kinematografii zamienia się w taniego prowokatora. Taki widok może jedynie smucić miłośnika kina. Zwykli widzowie również muszą czuć zwykły niesmak. Czy tak teraz wygląda błyskotliwość twórcy „Seksmisji”?