Radosław Sikorski stał się znów bohaterem mediów, tych polsko- i niemieckojęzycznych. Okazało się, że to szef polskiego MSZ ponoć stoi za pomysłem, by syryjskiego arsenału chemicznego nie bombardować, a poddać kontroli opinii międzynarodowej. Szef polskiego MSZ uratował świat przed wojną - przekonywali z uporem godnym lepszej sprawy dziennikarze. Sprawa działalności Sikorskiego po raz kolejny została wykorzystana politycznie do pokazania, jak Polska i jej pozycja międzynarodowa rośnie w siłę i jest mocna, ile mamy do powiedzenia.

Choć eksperci tonowali zapędy dziennikarzy, przekaz większości mediów był jasną sugestią - to Radosław Sikorski podyktował Władimirowi Putinowi i Barackowi Obamie zapis porozumienia ws. syryjskiego arsenału. Przekaz ten być może pomógł polskiemu ministrowi spraw zagranicznych. Bezczynność ego szefa polskiej dyplomacji w sposób ewidentny zagraża bezpieczeństwu narodowemu, media więc chętnie wkupują się w łaski szefa MSZ. To połechcą Sikorskiego, to pochwalą, zaspokajając jego głębokie potrzeby pokazania światu, że wspaniale kieruje polskimi sprawami.

Tym razem blask Radosława Sikorskiego i jego geniusz zdaje się oślepił dziennikarzy. Klęcząc na kolanach przez szefem polskiej dyplomacji nie pokusili się o zadanie sobie i innym prostego pytania: właściwie na czyją korzyść działa obecna sytuacja w Syrii? Co de facto oznacza rzekoma katalizująca rola Sikorskiego w tej sprawie (jeśli taka wystąpiła)?

I pewnie dobrze, że nikt publicznie tego pytania nie zadał...

Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że to, co dzieje się wokół Syrii, jest niepokojące i niekorzystne. Świetnie oddaje to retoryka wypowiedzi prezydenta Baracka Obamy oraz działalność strony rosyjskiej. Podczas gdy, Obama kategorycznie stwierdził: "Ameryka nie jest policjantem świata", Rosja wyszła z propozycją objęcia pieczą syryjskiego składu broni chemicznej. Taki obrót sprawy oznacza, że to Rosja staje się gwarantem dla pokoju i stabilizacji w Syrii oraz całym regionie. Z takiego obrotu sprawy nie może cieszyć się ani Izrael, ani USA, ani Polska i jej sąsiedzi.

Ta sytuacja oznacza, że światowym policjantem staje się w większym stopniu ten, kto nam chce pałką dać po głowie. Jeśli przejmie rolę policjanta, będzie miał większe możliwości działania, będzie miał przyzwolenie na większy margines stosowania środków w swojej strefie wpływów. To się odbije na całej Europie Środkowej. Bowiem ważniejsze dla opinii międzynarodowej może być nie to, by Rosja stosowała i szanowała międzynarodowe prawo w naszym regionie, ale to, by zabezpieczyła broń chemiczną w Syrii. Gdy postawi się na szali kolejny atak chemiczny z bezpieczeństwem naszego regionu, co przeważy? Na czym będzie bardziej zależało Obamie i naszym zachodnim sojusznikom?

Sprawa syryjska to świetny przykład, jak państwa powinny działać i nie działać w sytuacji spornej. Podczas gdy kolejne państwa Zachodu, na których opiera się NATO, kompromitują się (najpierw Wielka Brytania, a obecnie USA) Rosja wchodzi do gry i składa Zachodowi ofertę. Bezpieczeństwo w Syrii kosztem odświeżenia bliskiego - zdaje się - końca resetu na linii USA-Rosja.

I w ten układ i ofertę wchodzi Polska. Jednak nie deklaruje poparcia dla działań USA i wzięcia udziału w operacji w Syrii w zamian za powrót do współpracy USA-Polska. Zamiast tego popiera pośrednio propozycję Rosji, dając jej możliwości prowadzenia międzynarodowej gry, która może się okazać wielce kosztowna dla naszego kraju.

Oferta Sikorskiego jest żenującym przykładem partactwa lub celowego działania na szkodę Polski. Jeśli z tego typu działań szef MSZ czuje dumę, to znaczy, że ego ciśnie go bardzo mocno.

A mediom i zachwyconym propozycją Sikorskiego komentatorom zawarto zadać pytanie: Naprawdę warto śmiać się jak głupi do ruskiego sera? Lepiej chwilę pomyśleć...