Ofiary wojny i III RP. "Warto, żeby dzieci i wnuki ofiar pamiętały o tym, wrzucając kartkę do urny wyborczej"

Inscenizacja bitwy pod Mławą podczas obchodów 74. rocznicy wybuchu II wojny światowej 31 bm., w Uniszkach Zawadzkich k. Mławy.  PAP/Tomasz Waszczuk
Inscenizacja bitwy pod Mławą podczas obchodów 74. rocznicy wybuchu II wojny światowej 31 bm., w Uniszkach Zawadzkich k. Mławy. PAP/Tomasz Waszczuk

Ofiary wojny i  III RP

Ofiary zbrodni niemieckich zostały w procesie pojednania oszukane dwa razy. Pierwszy raz przez Niemców, drugi raz przez własny kraj. W tym ostatnim przypadku sprzedały ich władze III RP, w szczególności rządzące obecnie środowisko polityczne w kolejnych swoich odsłonach: jako Kongres Liberalno-Demokratyczny, Unia Wolności i jej sukcesorka Platforma Obywatelska.

Komuniści i faszyści

Dzień 1 września to dobry moment do refleksji. Mimo usilnych starań POprawnych POlitycznie  władz, ciągle jeszcze nie wygasła w narodzie polskim pamięć o krzywdzie doznanej w 1939 r. – o napaści Niemiec na Polskę i zbrodniach dokonanych w trakcie wojny na Polakach. Dziś, w kolejną rocznicę, warto też przybliżyć mniej znane fakty, a mianowicie kilka wątków procesu, w jakim nasz zachodni sąsiad usiłował zadośćuczynić za dokonane krzywdy. Tym bardziej, że cechuje się on nie tylko niemiecką chęcią jak najtańszej zapłaty za zbrodnie „matek i ojców”, ale przede wszystkim bezprzykładnym cynizmem polskich polityków sprawujących wówczas władzę. Nie bójmy się tu mocnych słów. W jego trakcie III RP ofiary niemieckich zbrodni po prostu zdradziła.

Żądanie odszkodowań dla ofiar wojennych prześladowań sięga okresu PRL. Problem ten był jednym ze sztandarowych haseł relacji z Niemcami. Oczywiście tylko Niemcami zachodnimi. Wobec NRD sprawa była zamknięta, ponieważ w 1953 r. Polska na polecenie Moskwy zrzekła się wszelkich reparacji wobec bratniego, socjalistycznego państwa. Roszczenia te, przynajmniej w wersji konieczności zadośćuczynienia dla ofiar terroru i prześladowań, kontynuowała wobec RFN, sukcesora faszyzmu. Jeszcze w 1968 r., kiedy Bonn starało się o przyjęcie do ONZ, Warszawa zaoponowała, sygnalizując, że państwo zachodnioniemieckie nie rozliczyło się do końca ze swoją przeszłością wobec ofiar z Europy Wschodniej. Wyliczyła polskie roszczenia na sumę 326 mld DM. Dlatego w procesie normalizacji stosunków dwustronnych na początku lat 70. XX w. do agendy włączono i ten aspekt. Po długich negocjacjach Niemcy Zachodnie – podkreślmy, że niechętnie, bo oczekiwały potwierdzenia, że zrzeczenie się reparacji w 1953 r. obejmuje także ich – zgodziły się wypłacić sumę 1 mln DM na rzecz polskich ofiar niemieckich eksperymentów pseudomedycznych. Podział tej sumy zostawiono stronie polskiej. I komuniści te wypłaty przeprowadzili. Są tylko dwie uwagi. Zamiast pieniędzy, ofiary otrzymywały wypłaty rzeczowe: parasole, serwisy, ubrania, książki itp. Dewizy ukradł skarb państwa. Wypłaty zakończono w 1982 r.

Umowa dżentelmenów

Kiedy w 1990 r. Niemcy się jednoczyły, obok sprawy zachodniej granicy, wróciła kwestia odszkodowań dla ofiar zbrodni niemieckich. Uzgodniono, że Polska stworzy Fundacje Polsko-Niemieckie Pojednanie, która będzie wypłacać środki, jakie strona niemiecka na ten cel przeznaczy.

I tak się stało. W październiku 1992 r. fundacja została powołana, a rząd Helmuta Kohla wyposażył ją kapitałem 500 mln DM. Pozornie to duża suma. Zachwyt jednak blednie, kiedy przytoczymy kilka faktów. Po pierwsze, mogła być lepsza. Plotka mówi, że kiedy siadano do negocjacji, a kanclerz niemiecki miał w zanadrzu kwotę kilkakrotnie większą. Wyjściowo zaproponował właśnie tę sumę, a polski premier, Jan Krzysztof Bielecki, od razu się zgodził. Z fantazją odpowiedział Kohlowi, że dżentelmeni nie dyskutują o pieniądzach. Stanęło więc na 500 mln DM. Ale zostawmy plotki i nonszalancję premiera. Także zewnętrzne fakty pokazują, że rząd nie sprawdził się przy ustalaniu stawki. Przede wszystkim, w Polsce z rąk Niemców zginęło blisko 6 mln obywateli. Jeszcze więcej było prześladowanych. Dla porównania, Francuzi, których w wojnie, łącznie z żołnierzami na froncie, zginęło „jedynie” ponad 800 tysięcy, otrzymali jeszcze w 1960 r. sumę 400 mln DM. Jeśli uwzględnić siłę nabywczą marki, to rządzący wówczas Kongres Liberalno-Demokratyczny Donalda Tuska tanio sprzedał krzywdy Polaków.

Wypłaty prowadzono do 2002 r. Ogółem, po denominacji i uwzględnieniu odsetek, wypłacono 7 320 993 000 zł. Krąg odbiorców sięgnął miliona osób. Średnia jednostkowa wypłata wyniosła więc nieco powyżej 7 tys. zł.

Na dodatek wypłatami nie objęto wszystkich ofiar. Na początku lat 90. XX w. żyło ich jeszcze kilka milionów. Katalog potencjalnych odbiorców podyktowała strona niemiecka. Co ciekawe, ofiara musiała żyć w tzw. dacie ustawowej. Był to 19 luty 1993 r. Za ofiary nie uznano tych, którzy zostali zakatowani w obozach, więzieniach i na ulicach. Także ich dzieci, mimo zniszczonego w ten sposób dzieciństwa, utrudnionego startu w życie, nie zobaczyły nawet feniga. Rząd Bieleckiego zrzekł się nawet prawa do wspierania roszczeń polskich ofiar przed sądami.

Druga szansa

Jednak na przekór władzy, która na wszelki możliwy sposób odcinała się od obywateli, anioł stróż stał przy tych ostatnich. Kilka lat później, bo już w 1999 r., otworzyła się druga szansa na realizację słusznych żądań. Wtedy to obywatele amerykańscy żydowskiego pochodzenia wystąpili do sądu w USA z pozwem cywilnoprawnym przeciwko niemieckim koncernom wykorzystującym robotników przymusowych w czasie wojny. Do nich zaczęli przyłączać się także inni, w tym Polacy. Poparcie, którego rząd się zrzekł w 1992 r., okazało się niepotrzebne. Zapowiadało się nawet, że na rzecz odszkodowań, zostaną w Stanach Zjednoczonych zlicytowane majątki niemieckich firm. Chcąc nie chcą, państwo niemieckie uciekło do przodu - utworzyło własną Fundację Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość, dysponującą kapitałem docelowym w wysokości 10 mld DM (wyjściowy ponad 5 mld i kilkuletnie odsetki). W połowie zapewniły go te firmy niemieckie. Podpisano niemiecko-amerykańskie porozumienie, do którego przyłączyły się inne kraje, w tym Polska, a sądy USA zamknęły sprawę.

Przeznaczona suma znów przemawia do wyobraźni. Problem w tym, że dla obywateli polskich przeznaczono z tego jedynie 1,8 mld DM, które skierowana zostały do kręgu ok. 500 tysięcy odbiorców. Wysokość pojedynczej wypłaty z tej puli wyniosła od 1 tys. do 15 tys. DM, średnio 4 tys. zł na głowę.

Zasady były znów idiotyczne. Krąg odbiorców wyznaczali Niemcy. To ich ustawa mówiła, kogo uważają za ofiarę. Dlatego nie objęto nimi wielu grup poszkodowanych, w tym: wysiedlonych i wywłaszczonych z terenów wcielonych do Rzeszy, powstańców warszawskich, jeńców wojennych, ofiary germanizacji, pacyfikacji, robotników przymusowych wykorzystywanych do niewolniczej pracy na terenach przedwojennej Polski itp.

Smutna cena pojednania

Niemcy odnieśli sukces. Zamkniecie wypłat w 2006 r. zostało uznane za moment ostatecznego politycznego odcięcia się od przeszłości i zakończenia finansowej strony pokutowania za winy III Rzeszy. Za tak drobną sumę udało się natomiast podzielić Polaków. Po zakończeniu wypłat wielu z nich pozostało z żalem i niespełnionymi oczekiwaniami.

Procesu wypłat przede wszystkim nie zaakceptowały osoby, które były faktycznymi ofiarami, a świadczenia nie dostały, bo nie były w stanie udowodnić formalnie prześladowań. Nie posiadały bowiem dokumentów, albo nie można ich było znaleźć w archiwach, często niemieckich. Dużą grupę stanowiły też osoby, które wystąpiły z wnioskiem, a nie należały do kręgu adresatów niemieckiej ustawy (100 tys.). Z odmową nie mogły też pogodzić się spadkobiercy ofiar prześladowań nazistowskich zmarłych przed 19 lutego 1999 r.

Niepokojący paradoks tej sytuacji polega na zmianie adresata żali i oczekiwań. Stała się nim już nie Republika Federalna Niemiec - sukcesor III Rzeszy, lecz państwo polskie. Częste były przypadki kierowania skarg na wypłacającą środki Fundację Polsko-Niemieckie Pojednanie nie tylko do sądu, ale wręcz do strony niemieckiej. I Niemcy z tego korzystali, odpowiadając, że za wypłaty odpowiada strona polska, co nie było prawdą. Polska fundacja tylko fizycznie wypłacała pieniądze. Reguły wyjściowe ustaliła ustawa niemiecka. Praktyczny skutek takiej postawy doskonale obrazuje sytuacja więzionych w czasie wojny w Potulicach. Zgodnie z prawem polskim był to obóz koncentracyjny, tak jak Oświęcim. W obydwu miejscach zabijano i znęcano się nad Polakami. Ale dla Niemców, wiele obozów koncentracyjny nimi nie było. O tym, czy miejsce kaźni jest obozem koncentracyjnym decydowały względy administracyjne - podległość dowództwu SS. W efekcie, osoby doznającej identycznych tragedii w czasie II wojny światowej w różnych miejscach kaźni, otrzymały świadczenia o znacząco zróżnicowanej wysokości. Nie dziwi, że miały żal. W konsekwencji  prowadziło to do wewnętrznych sporów między samymi ofiarami. Polityczny zysk miał Berlin, ale dzięki III RP.

Naturalnym staje się więc konieczność odpowiedzi na pytanie, dlaczego miało miejsce tak zaskakujące zjawisko. Przede wszystkim, fundamentalny błąd III RP polegał na zgodzie na narzucony przez Niemców charakter świadczenia. Chociaż forma doznawanych przez Polaków w trakcie II wojny światowej represji kwalifikuje je jednoznacznie jako zbrodnie międzynarodowe i wiąże z obowiązkiem odszkodowawczym, to sukcesor III Rzeszy uniknął takiej kwalifikacji. Polacy, inaczej niż np. Amerykanie, otrzymali je w formule „z łaski”, jako pomoc humanitarną. We wszystkich dokumentach znajdziemy potwierdzenie tego faktu, bo Niemcy zaznaczali tam formułę wypłat używając łacińskiej formuły „ex gratia”. Na to zgodziły się władze III RP. Konsekwencje były proste. Jeśli ktoś daje jałmużnę, to sam określa krąg adresatów.

Szczególnie absurdalnie taka postawa wygląda w zestawieniu z innym warunkiem - koniecznością pisemnego zrzeczenia się roszczeń. Właśnie tak - każdy kto chciał uzyskać „zapomogę”, musiał podpisać stosowne oświadczenie o zrzeczeniu się roszczeń za krzywdy. Konstrukcja w prawie niespotykana.

Wiele do życzenia pozostawiał również sam proces dowodowy przy ubieganiu się o wypłatę. Znacznie sformalizowany obowiązek udowadniania prześladowań po blisko 50 latach od zakończenia wojny spełnił w praktyce tylko jedną rolę - ograniczył krąg faktycznych odbiorców świadczeń. Pomijając już żenujący aspekt oceny, czy hitlerowcy rzeczywiście wystawiali swym ofiarom dokumenty poświadczające prześladowania, naturalnym jest przecież, że przez tak długi okres czasu nie wszyscy zachowali dokumenty z okresu wojny. W jej trakcie część archiwów uległa także zniszczeniu, a niektóre zostały wywiezione jeszcze w 1945 r. do Niemiec i ZSRR. Wreszcie poumierali świadkowie tamtych dni. Dlatego przy tak szerokim procesie wypłat, wyznaczenie rocznego terminu na poszukiwanie i złożenie udokumentowanych wniosków, stanowiło jedynie dodatkowy sposób eliminacji odbiorców.

Wreszcie żenująca jest uzyskana kwota. Przypomnijmy, że jeszcze władze PRL w 1968 r. określiły żądanie odszkodowania dla polskich ofiar na poziomie 326 mld DM. Ostatecznie polityków III RP usatysfakcjonowało mniej niż 15% z tej sumy.

Sprzedani za pseudoprzyjaźń

Najsmutniejsza w tym wszystkim jest świadomość, że przegrana ofiar niemieckich zbrodni nie nastąpiła w skutek niewiedzy, braku doświadczenia, czy przymusu. One zostały przez polityków Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej po prostu sprzedane w sposób świadomy. Był to efekt założeń polityki zagranicznej wobec zachodniego sąsiada prowadzonych przez całe lata 90. XX w. i po roku 2007. Jako cel wyznaczono sobie szybkie zbliżenie, a ofiary wojny tylko w tym politykom przeszkadzały. Dlatego powołanie FPNP i przekazanie przez Berlin sumy 500 mln DM okrzyknięto sukcesem i zajęto się innymi sprawami. W mniemaniu polityków o wiele „ważniejszymi”.

Doskonale widać to w okresie kiedy odpowiedzialność za politykę zagraniczną przejęła matka rodzicielka Platformy - Unia Wolności. Sztandarowym hasłem stała się "wspólnota polskich i niemieckich interesów", dla której w cień usunięto prawa znaczącej grupy obywateli. Upominanie się o nich, tak jak wiele podobnych zachowań dotyczących polskich roszczeń z przeszłości, uznano za naruszające nowo zdefiniowane zasady poprawności politycznej. Kiedy w 1999 r. otworzyły się ponownie możliwości stawiania roszczeń, Geremek i Bartoszewski wystraszyli się tego bardziej niż Niemcy.

W całym toku wypłat nie dbano o interesy Polaków. Kiedy strona niemiecka oszukała Fundację Pojednanie na przewalutowywaniu marek na złotówki (wybrała gorszy kurs), rząd Jerzego Buzka, dzisiejszego prominenta PO, nie pozwolił ówczesnemu przewodniczącemu, B. Jałowieckiemu, wystąpić przeciw Niemcom do sądu. Aby wyciszyć sprawę, po prostu go wyrzucił go z roboty. Taka postawa obozu władzy, kontynuowana przez SLD, dotrwała praktycznie do wyborów w 2005 r.

Dopiero rząd PiS podjął próby jej weryfikacji. Kiedy okazało się, że strona niemiecka wydaje środki niezgodnie w własną ustawą, podjęto kroki prawne. Suma była warta tego. Chodziło o 6 mln euro. Minister A. Fotyga wyraziła zgodę na złożenie pozwu do sądu w Berlinie. Szansa na wygraną była 100%. Niestety, tuż wszczęciu postępowania nadeszła jesień 2006 r. W wyniku wyborów władze objęła Platforma Obywatelska. Rząd PO/PSL, po otrzymaniu informacji o toczącym się procesie, również w nim wsparł Niemców. Zwolnił przewodniczącego Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie pod zarzutem, że utracił on zaufanie ministra Bartoszewskiego, a następnie wycofał pozew.

Program wypłat zamknięto. Proces pojednania dobiegł końca. Jest więc kolejny sukces w stosunkach polsko-niemieckich. Dlatego nie powinny dziwić nikogo kolejne niemieckie medale, tytuły i nagrody, w tym finansowe, wręczane co roku, to premierowi, a to innym decydentom. Szkoda tylko, że nastąpiło to kosztem ofiar. I to ofiar oszukanych w tym procesie najbardziej przez własną władzę - kolejne rządy III RP. Warto, żeby dzieci i wnuki ofiar pamiętały o tym, wrzucając kartkę do urny wyborczej.

 

 

 

-----------------------------------------------------------------------

-----------------------------------------------------------------------

Bez historii nie zrozumiesz teraźniejszości!

Polecamy wSklepiku.pl:"Bitwy polskiego września"

autor:Apoloniusz Zawilski

1 września 1939 roku rozpoczął się nowy rozdział w dziejach ludzkości: III Rzesza zaatakowała Polskę i doprowadziła do wybuchu II wojny światowej. Władze Rzeczpospolitej nie uległy groźbom Hitlera i nie zdecydowały się na żadne kompromisy, które byłyby w rzeczywistości kapitulacją. "Tak się kończył - pisze Apoloniusz Zawilski - długi i bezkarny okres pokojowych zwycięstw Hitlera [...]. Kończył się okres szantażu politycznego, zaczynała się wojna [...]. Pod słonecznym, jasnym niebem pięknej polskiej jesieni 1939 roku w jednej chwili rozpętało się piekło".

Bitwy polskiego września

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...