NASZE ARCHIWUM. 50 lat temu, 28 sierpnia 1963 r. Martin Luther King Jr. wygłosił swe słynne przemówienie „Mam takie marzenie”. Głosił, że „chwała Pañska się objawi, razem ją wszelkie ciało zobaczy”.

Amerykański historyk Philip Earl Steele:

Przypadająca w tym roku 50. rocznica przemówienia „Mam takie marzenie” Martina Luthera Kinga Jr. zabarwiona jest tęsknotą inną niż dotychczas. Bodaj po raz pierwszy od pół wieku „kakofonię brzdęków naszego narodu” tak silnie przepajają lęki i złowróżbne znaki. Rzadko się zdarzało, by Amerykanie równie dobrze jak obecnie zdawali sobie sprawę, że potrzebny jest im człowiek na miarę Kinga – ktoś, kto wskrzesi „piękną symfonię braterstwa”.

Głębokie rozbicie społeczeństwa amerykańskiego i rozpacz towarzysząca wielu Amerykanom, gdy myślą o przyszłości swego kraju, sprzyjają marzeniom, także o profetycznym przywódcy w rodzaju wielebnego Kinga.

Amerykanie usiłują teraz zdefiniować na nowo – czy to w wersji świeckiej, czy religijnej – swoją tożsamość jako „narodu wybranego”. I w tych staraniach ponoszą klęskę. Niczym po biblijnych czterdziestu latach „błąkania się po pustyni”, pragną usłyszeć kogoś takiego, jak King, kto z całą mocą zapewni ich, na wzór hebrajskich proroków, że „jako naród dotrą do ziemi obiecanej”.

Przemówienie „I have a dream” utrzymane jest w tonie biblijnej jeremiady. Tak jak u hebrajskich proroków, zaczyna się od przypomnienia ludowi o przymierzu, następnie jest potępienie go za odstępstwo od wiary, a na koniec zostaje przedstawiona porywająca wizja zbawienia, która spełni się, o ile lud wróci do przymierza i będzie go przestrzegał.

Żarliwie i z przekonaniem mówił King o amerykańskich wartościach. Ciskał gromy na Amerykanów za to, że nimi wzgardzili. I podkreślał, że jeśli urzeczywistnią swoje credo, „chwała Pańska się objawi, razem ją wszelkie ciało zobaczy”.

Nowy, pełny przekład przemówienia Kinga „Mam takie marzenie”, który poniżej publikujemy, pomoże polskiemu czytelnikowi zrozumieć, dlaczego przed laty, w okresie walk o prawa obywatelskie, Amerykanie dostrzegli w Kingu cechy proroka, i dlaczego nieustannie – choć bezskutecznie po dziś dzień – dążą do ziemi obiecanej.


Mam takie marzenie! Orędzie Martina Luthera Kinga Jr. z 28 sierpnia 1963 r.

Jestem szczęśliwy, że mogę dziś razem z wami uczestniczyć w czymś, co przejdzie do historii jako największa demonstracja na rzecz wolności w dziejach naszego narodu.

Równo wiek temu wielki Amerykanin, w którego symbolicznym cieniu dziś stoimy, podpisał Proklamację Emancypacji. Ten doniosły dekret dał światło nadziei milionom czarnych niewolników, którzy cierpieli w płomieniach palącej niesprawiedliwości. Stał się dla nich radosnym świtem koñczącym długą noc niewoli.

Ale sto lat później czarny wciąż nie jest wolny. Sto lat później czarny jest nadal skrępowany w kajdanach segregacji i w łańcuchach poniżenia. Sto lat później czarnoskóry wciąż żyje na samotnej wyspie ubóstwa pośrodku wielkiego oceanu dobrobytu. Sto lat później czarny nadal poniewiera się na marginesach amerykańskiego społeczeństwa, jak wygnaniec na własnej ziemi. Dlatego właśnie przyszliśmy tu dziś, by uwyraźnić tę haniebną sytuację.

W pewnym sensie przyszliśmy do stolicy naszego kraju, by zrealizować czek. Kreśląc wspaniałe słowa Konstytucji i Deklaracji Niepodległości architekci naszej republiki podpisywali weksel, którego dziedzicem miał być każdy Amerykanin. Ten weksel był obietnicą, że wszyscy ludzie – tak, czarni tak samo jak i biali – mają zagwarantowane „niezbywalne prawa do życia, wolności i dążenia do szczęścia”.

Jest dziś oczywistym, że Ameryka nie spłaciła tego weksla, jeśli chodzi o jej kolorowych obywateli. Ameryka, zamiast uhonorować ten święty obowiązek, dała czarnym czek bez pokrycia, czek, który został zwrócony z pieczęcią „niewystarczające fundusze”. Ale my nie dajemy wiary, że bank sprawiedliwości zbankrutował. Nie dajemy wiary, że w wielkim skarbcu szans i możliwości naszego kraju brakuje środków. Zatem przyszliśmy tu, by zrealizować ten czek – czek, który na żądanie da nam skarby wolności i gwarancję sprawiedliwości.

Przyszliśmy do tego uświęconego miejsca także po to, by przypomnieć Ameryce o palącej potrzebie dnia dzisiejszego. To nie jest czas na luksus ochłonięcia ani na odurzanie się stopniowym działaniem. Teraz jest czas, by urzeczywistnić obietnice demokracji. Teraz jest czas, by wyjść z ciemnej i opuszczonej doliny segregacji na słoneczną ścieżkę rasowej sprawiedliwości. Teraz jest czas, by unieść nasz naród ze zdradzieckich piasków rasowej niesprawiedliwości na solidny grunt braterstwa. Teraz jest czas, by sprawiedliwość stała się rzeczywistością dla wszystkich dzieci Bożych.

Zgubne byłoby dla narodu, gdyby nie dostrzegł wagi tej chwili. To duszne lato uzasadnionego niezadowolenia czarnych nie przeminie póki nie nadejdzie ożywcza jesień wolności i równości. Rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty trzeci nie jest końcem lecz początkiem. Ci, którzy mają nadzieję, że czarny musiał tylko upuścić pary a teraz będzie zadowolony, będą mieli nieprzyjemne przebudzenie jeśli naród wróci do codzienności. Nie będzie ani odpoczynku ani spokoju w Ameryce dopóki czarnoskóry nie będzie miał zagwarantowanych praw obywatelskich. Wichry buntu będą wstrząsać fundamentami naszego kraju póki nie nadejdzie jasny dzień sprawiedliwości.

Ale jest coś co muszę powiedzieć moim ludziom stojącym u wejścia do pałacu sprawiedliwości. Zdobywając nasze prawowite miejsca, nie możemy być winni nieprawowitych uczynków. Nie pozwólmy sobie zaspokajać pragnienie wolności pijąc z kielicha goryczy i nienawiści.

Prowadząc naszą walkę zawsze musimy zachować wysoki poziom godności i zdyscyplinowania. Nie możemy pozwolić by nasz twórczy bunt wyrodził się w fizyczną przemoc. Raz po raz musimy wznosić się na majestatyczne wyżyny i pokonywać siłê fizyczną siłą ducha. Wspaniały bojowy duch, który ogarnął czarnoskórą społeczność, nie może pozbawić nas zaufania do wszystkich białych braci, ponieważ wielu z nich, co udowodnili przychodząc tu dzisiaj, zrozumieli, że ich przyszłość jest związana z naszą przyszłością. Zrozumieli, że ich wolność jest nierozerwalnie związana z naszą wolnością. Nie możemy iść sami.

A w marszu musimy przysiąc, że zawsze będziemy iść naprzód. Nie wolno nam zawrócić. Są tacy, którzy pytają nas – orędowników praw obywatelskich – „Kiedy będziecie usatysfakcjonowani?”. Nigdy nie będziemy usatysfakcjonowani, dopóki czarny pada ofiarą koszmarnej, niedającej się opisać brutalności policji. Nie będziemy usatysfakcjonowani dopóki zmęczeni podróżą, nie możemy odpocząć w motelach przy autostradach i w hotelach w miastach. Nie będziemy usatysfakcjonowani dopóki cały awans społeczny czarnego to jedynie przejście z mniejszego getta do większego. Nie będziemy usatysfakcjonowani dopóki nasze dzieci odziera się z osobowości i okrada z godności znakami „Tylko dla białych”. Nie będziemy usatysfakcjonowani dopóki czarny w Mississippi nie może głosować a czarny w Nowym Jorku uważa, że nie ma za czym głosować. Nie, nie jesteśmy usatysfakcjonowani i nie będziemy usatysfakcjonowani aż „sprawiedliwość wystąpi jak woda z brzegów i prawość jak potok niewysychający wyleje”.

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy z was mają za sobą udręki i zgryzoty. Niektórzy przyszli wprost z ciasnych cel więziennych. Niektórzy z miejsc, w których pragnienie wolności wystawiało was na uderzenia burzy prześladowañ i wichrów policyjnej brutalności. Jesteącie weteranami twórczego cierpienia. Pracujcie dalej z wiarą, że niezasłużone cierpienie prowadzi do zbawienia.

Wracajcie do Missisipi, wracajcie do Alabamy, wracajcie do Północnej Karoliny, wracajcie do Georgii, wracajcie do Luizjany, wracajcie do slumsów i ciemnych dzielnic naszych północnych miast, ze świadomoœcią, że sytuacja ta w jakiś sposób może się zmienić i się zmieni. Nie zanurzajmy się w dolinie rozpaczy.

Mówię Wam dziś, przyjaciele, że choć i dziś, i jutro musimy stawiać czoło trudnościom wciąż mam marzenie. Jest ono głęboko zakorzenione w American dream.

Mam takie marzenie, że pewnego dnia ten naród powstanie i ziści prawdziwy sens swego credo: „Uważamy te prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi”.

Mam takie marzenie, że pewnego dnia na czerwonych wzgórzach Georgii, synowie byłych niewolników i synowie byłych właścicieli niewolników, będą mogli razem zasiąść przy stole braterstwa.

Mam takie marzenie, że pewnego dnia nawet stan Missisipi, gotujący się w ukropie niesprawiedliwości, w ukropie opresji, stanie się oazą wolności i sprawiedliwości.

Mam takie marzenie, że czworo moich małych dzieci będzie kiedyś żyć w społeczeństwie, w którym nie będzie się ich oceniało ze względu na kolor skóry, lecz ze względu na wartość ich charakteru.

Mam takie marzenie!

Mam takie marzenie, że pewnego dnia, nawet tam w Alabamie, gdzie są bestialscy rasiści, gdzie gubernator z pieniącymi ustami grozi, że prawa federalne nie będą miały tam mocy, że pewnego dnia, właśnie tam w Alabamie, mali czarni chłopcy i czarne dziewczynki będą mogli złączyć ręce z małymi białymi chłopcami i białymi dziewczynkami jako bracia i siostry.

Mam takie marzenie!

Mam takie marzenie, że pewnego dnia „podniosą się wszystkie doliny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równiną się staną urwiska a strome zbocza niziną gładką. Wtedy się chwała Pańska objawi, razem ją wszelkie ciało zobaczy”.

To nasza nadzieja. To wiara, z którą wracam na południe. Z tą wiarą będziemy mogli wyciosać z góry rozpaczy kamień nadziei. Z tą wiarą będziemy mogli przemienić kakofonię brzdęków naszego narodu w piękną symfonię braterstwa. Z tą wiarą będziemy mogli razem pracować, razem się modlić, razem zmagać się z trudami, razem iść do więzienia i razem bronić wolności wiedząc, że pewnego dnia będziemy wolni.

To będzie dzień, w którym wszystkie dzieci Boże będą mogły śpiewać z odnowionym przekonaniem: „Ojczyzno moja, o Tobie śpiewam, o słodkiej krainie wolności. O ziemi, w której moi przodkowie leżą, o chlubie pielgrzymów. Z każdego Twojego wzgórza niech wolność rozbrzmiewa”.

I tak się stać musi, jeśli Ameryka ma być wielkim narodem. Zatem niech wolność rozbrzmiewa z wspaniałych wzgórz New Hampshire. Niech wolność rozbrzmiewa z potężnych gór Nowego Jorku. Niech wolność rozbrzmiewa z wzniosłych Alleghenies w Pensylwanii!

Niech wolność rozbrzmiewa z ośnieżonych Rockies w Kolorado!

Niech wolność rozbrzmiewa z smukłych stoków Kalifornii!

Ale nie tylko tam; niech wolność rozbrzmiewa ze Stone Mountain w Georgii!

Niech wolność rozbrzmiewa z Lookout Mountain w Tennessee!

Niech wolność rozbrzmiewa z każdego „górowiska” i kretowiska w Missisipi. Z każdego wzgórza niech rozbrzmiewa wolność!

A kiedy się to stanie, kiedy pozwolimy wolności rozbrzmieć, z każdej wsi i każdej chaty, z każdego stanu i każdego miasta, będziemy mogli przyśpieszyć nadejście dnia, w którym wszystkie dzieci Boże, czarni i biali ludzie, Żydzi i goje, protestanci i katolicy, będą mogli wziąć się za ręce i wyśpiewać słowa starej murzyńskiej pieśni: „Nareszcie wolni, nareszcie wolni! Dzięki Wszechmocnemu Bogu, jesteśmy nareszcie wolni!”

przełożyła: Amber Steele-Zielińska

 

 

 

-----------------------------------------------------------------------

-----------------------------------------------------------------------

Do nabycia wSklepiku.pl:"Równość"

autor:Stuart White

Równość