Polski Gibraltar

Wielka Brytania i Hiszpania spierają się o Gibraltar. Polska i Niemcy także mają spór terytorialny. Dotyczy Zatoki Pomorskiej. A właściwie należy już pisać „miały spór”. Bo Hiszpanie od ponad 300 lat walczą o swoje interesy na Gibraltarze, a politycy Platformy właśnie oddali polski interes walkowerem. Tak więc w stosunkach polsko-niemieckich bez zmian.

 

Złego początki

Kilka dni temu przez media przemknęła krótka informacja o nowej eskalacji sporu hiszpańsko-brytyjskiego o Gibraltar. Przypomnijmy, ten skalisty kawałek półwyspu należy do Wielkiej Brytanii od wygranej wojny z 1704 r. Formalnie przyznał go jej traktat z Utrechtu (1713).  I przez tyle lat Hiszpania nie może się z tym pogodzić. Walczy o jego odzyskanie, mimo że miejscowa ludność dwukrotnie wypowiedziała się w referendów za obecnym statusem (1967, 2002).

Publiczne przypomnienie sporu stanowi doskonałą okazję, by na jej kanwie przypomnieć, że podobny problem terytorialny miała Polska. Dotyczył on wód Zatoki Pomorskiej i bezprawnego zagarnięcia przez naszego zachodniego sąsiada pasa wód, na którym znajduje się tor podejściowy do portu w Szczecinie i Świnoujściu.

Ten spór jest o wiele młodszy niż hiszpańsko-brytyjski. Pochodzi zaledwie z okresu istnienia NRD. Od zakończenia wojny ujście Odry było kością niezgody świadomie rzuconą przez Stalina między Polskę a jej sąsiada. Spór o wody i Szczecin, który stanowił konkurencję dla portów Meklemburgii, miały stanowić jeden z sieci elementów uzależniających geopolitycznie od Moskwy oba kraje.

Nie pomogła nawet umowa zgorzelecka o granicy (1955), która uregulowała granice lądową, ale rozgraniczenia wód zatoki nie dotknęła. A kiedy w latach 70. XX w. poszła plotka, że na dnie Zatoki Pomorskiej odkryto złoża gazu, a do grona chętnych do eksploatacji włączył się ZSRR, wiadomo było, że łatwo nie będzie. W efekcie próby uporządkowania sprawy trwały aż do 1989 r., czyli do końca istnienia NRD i PRL. Dopiero rosnące poparcie dla Solidarności wpłynęło na Honeckera, który chcą dać Jaruzelskiemu argument przed pamiętnymi wyborami do sejmu kontraktowego, w maju 1989 r. zgodził się podpisać stosowna umowę. W niej NRD wycofała się z jednostronnie ustalonej linii delimitacyjnej w ten sposób, że sporny odcinek północnego toru podejściowego do Szczecina i Świnoujścia weszły w skład  morza terytorialnego Polski lub na morzu otwartego. Wydawało się, że w momencie zjednoczenia Niemiec, konflikt o wody Zatoki Pomorskiej, a w ten sposób sprawa całej zachodniej granicy jest  ostatecznie załatwiona.

 

Podstęp nowego sąsiada

Niespodziankę zrobiła jednak zjednoczona Republika Federalna Niemiec. W procesie inkorporowania przez nią NRD, oba państwa niemieckie zawarły z czterema mocarstwami (USA, Wielka Brytania, Francja i ZSRR) traktat dotyczący sytuacji zjednoczonych Niemiec, znany powszechnie jako traktat 2+4. Z jego mocy Berlin był zobowiązany zawszeć z Polską umowę potwierdzającą granicę zachodnią. I faktycznie taką zawarł. Tyle, że jak zwykle wystawił do wiatru naszych naiwnych dyplomatów.

W umowie Honecker-Jaruzelski zapisano, że odcinek północnego toru podejściowego a także kotwicowisko nr 3 nie będą stanowić obszaru szelfu kontynentalnego, strefy rybołówczej, ani wyłącznej strefy ekonomicznej Niemiec. Za to ustępstwo, dawne NRD otrzymało od Polski zgodę na zajęcie innego fragmentu wód, poprzez przesunięcie na wschód swej strefy rybołówczej. Wizualnie, uzyskany w ten sposób przez Polskę tor podejściowy do portów w Szczecinie i Świnoujściu, pojawia się na mapach jako klin polskich wód terytorialnych wchodzący między dwie strefy niemieckie.

Zjednoczone Niemcy w zawartej z Polską umowę o granicy z listopada 1990 r. zapisały w art. 1, że oba kraje potwierdzają „istniejąca między nimi linię graniczną”, której przebieg określają umowy zawarte przez PRL z NRD. W tym artykule nawet wymieniły pełne tytuły tych umów, w tym kluczową dla sprawy umowę z 1989 r. Warszawa puchła z dumy. Dyplomatyczny sukces - rewizjonizm niemiecki został stłumiony.

Radość nie trwała długo. Panowanie nad torem podejściowym oznacza przecież ekonomiczne kontrolowanie portu, miasta, a nawet regionu. Dlatego w 1995 r. RFN zafundowała Polsce niespodziankę – jednostronnie określiła część wód Zatoki jako niemiecką wyłączną strefę ekonomiczną. W niej znalazły się wody uznawane za polskie tory podejściowe. Na dodatek wyznaczyła w tym rejonie akwen ćwiczeń wojskowych. Uzasadnienie tego działania pokazało sztukę niemieckiej dyplomacji. Otóż Niemcy poinformowali, że generalnie to oni jednak odrzucają sukcesję enerdowskich umów granicznych z Polską. Zgodnie z zapisem art. 1 traktatu z listopada 1990 r. uznają tylko „opisaną w nich linię graniczną”.

W  ten sposób wszystkie inne postanowienia tych umów, działające na korzyść Polski, stały się dla Berlina nieważne. A dla swobodnego dostępu do portów w Szczecinie i Świnoujściu kluczowe były, wspomniane wcześniej, postanowienie z art. 5 umowy Honeckera z Jaruzelskim, gdzie Niemcy zobowiązały się, że nie obejmą wskazanych tam wód ani jako szelfu kontynentalnego, ani jako strefy rybołówczej, ani jako wyłącznej strefy ekonomicznej Niemiec. W 1995 r. zrobiły to jednak.

 

Skutki słabości

Uznanie tych wód za niemiecką strefą ekonomiczną, oznaczałoby dla Polski konieczność ubiegania się o zgodę na każde działanie, nawet na czyszczenie toru, by umożliwić wpływanie statków do portów. I Niemcy do tego dążyli. Cały okres 1995-2012 cechują cykliczne incydenty. A to niemiecka straż graniczna przepędza pogłębiarki, to kłopoty mają płynące okręty, to wreszcie w tym rejonie odbywają się ćwiczenia marynarki wojennej z ostrą amunicja. Polacy nieśmiało protestowali, albo milczeli.

Na tym fragmencie morza była też polska reda. Jej wody - zgodnie z ustawą o obszarach morskich – były polskimi wodami terytorialnymi. I w ten sposób pojawił się polski Gibraltar. Zgodnie z prawem międzynarodowym, granica morza terytorialnego jest granicą państwa. Wody redy i tor podejsciowy stały się więc terytorium Polski. Z kolej w oparciu o konwencję o prawie morza (1982), ustanowiona przez Niemcy na tych samych wodach wyłączna strefa ekonomiczna jest taką częścią morza otwartego, na której państwu nadbrzeżnemu (tu: Niemcom) przysługuje szereg praw, w tym prawo do eksploatacji, zarządzania itp. W ten sposób każdy z krajów miał tytuł by sprawować tam swoje władztwo, choć na innej podstawie – Polska poprzez rozciągnięcie suwerenności, Niemcy z mocy prawa międzynarodowego (konwencja). Oba razem nie do pogodzenia.

Tyle, że niemiecki uzyskany był wbrew tytułowi polskiemu, w drodze dyplomatycznej kombinacji i niezgodnie z deklaracjami o współpracy i przyjaźni. Jako przejaw bezkompromisowego realizowania partykularnych interesów. Spór trwał do 2013 r., a więc o 250 lat krócej niż hiszpańsko-brytyjski. I zdaje się, że rząd Tuska właśnie go rozwiązał. Szkoda tylko, że na rzecz drugiej strony. W nowej treści ustawy o obszarach morskich RP, znowelizowanej w 2012 r. nie można już  doszukać się redy istniejącej na spornych wodach i kotwicowiska nr 3. Tym samym zniknęły podstawy pozwalające na rozciągnięcie na te wody polskiej suwerenności. Na placu dyplomatycznego boju toczonego od 1945 r. zostały tylko Niemcy. Jak zwykle zwycięskie.

 

 

 

-----------------------------------------------------------------------

-----------------------------------------------------------------------

Pasjonujesz się polityką? Chcesz wiedzieć więcej?

Zajrzyj na wSklepiku.pl!

Znajdziesz tam bogatą ofertę książek na ten temat!

Zapraszamy!