Po tym filmie ma zostać taka myśl, że istniało takie pokolenie, które miało wyraźne ideały. Że teraz my tych ideałów najczęściej nie mamy - mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Robert Gliński, reżyser "Kamieni na szaniec".

ZOBACZ TAKŻE FOTOGALERIĘ: "Być zwyciężonym i nie ulec – to zwycięstwo". ZOBACZ ZDJĘCIA z planu filmowego "Kamieni na szaniec"

wPolityce.pl: Jakie miejsce w hierarchii ważności wśród pana filmów nada pan "Kamieniom na szaniec"?

Robert Gliński: To jest pytanie poniżej pasa, ponieważ zawsze jest tak, że ten film, który się robi jest najważniejszy. Film, który powstanie to jest takie nowonarodzone, czy też rodzące się dziecko i to dziecko nowe jest najważniejsze. A jak już ten film powstanie, idzie na ekrany, kursuje na kasetach czy w telewizjach to już wędruje do tej części rodziny, która funkcjonuje od lat i wtedy tam zajmuje jakąś pozycję. Natomiast wtedy, gdy się go robi to jest najważniejszy. Od rana do rana krąży wokół mnie, dosłownie, bo pracujemy od świtu do wieczora, a wieczorem jeszcze omawiamy detale i potem znowu, od nowa. Taki kołowrót bez zatrzymania.

 

A dlaczego tak się teraz porobiło w Polsce, że kino historyczne, czy też fabularne, a opowiadające o historii budzi najwięcej kontrowersji?

Bo historia wcale nie jest jednoznaczna. Ciągle odkrywamy ją na nowo. Nawet patrząc na bohaterów "Kamieni na szaniec" odkrywamy ciągle jakieś nowe rzeczy. I nie mówię tutaj o jakimś genderowskim odczytywaniu ich postaw czy preferencji. Mówię teraz o relacjach historyczno funkcyjnych, które ich łączyły wewnątrz Szarych Szeregów. Nikt nie wie o bardzo ostrym konflikcie, jaki "Zośka" miał z "Orszą" (naczelnikiem Szarych Szeregów, dowódcą Akcji pod Arsenałem - przyp. red.). Oni otwarcie walczyli o przywództwo i dopiero teraz dowiadujemy się, że właśnie to spowodowało, że "Zośka" i jego drużyna z liceum im. Batorego do Szarych Szeregów wstąpiła dopiero w 1941 roku. Odkrywa się nowe konteksty, które świadczą o postawach tych młodych ludzi wtedy. A one były bardzo namiętne, bardzo emocjonalne, a z drugiej strony bardzo idealistyczne. Przeszukiwanie tych skomplikowanych i ciekawych życiorysów jest fascynujące.

 

Czy ktoś się teraz boi tego idealizmu na tyle, że uznaje za stosowne użycie chwytów poniżej pasa, jak właśnie genderowe odczytanie ich postaw?

To jest trochę poza tym, co ja robię. Z jednej strony trudno jednoznacznie określić czy tak było, czy nie było, ale wiemy przecież, że "Rudy" miał dziewczynę i "Zośka miał dziewczynę. Więc jeśli tak, to należałoby zapytać, czy te och dziewczyny nie było połączone jakimś uczuciem. W ten sposób zaczynają się spekulacje już trochę postawione na głowie. A poza tym myślę, że taki sztucznie wywołany nie jest istotny, to jest spór na poziomie, czy ktoś woli zupę pomidorową, czy rosół. Nie przykrywajmy ważniejszych rzeczy, jakie się kryją za tym pokoleniem. I te rzeczy pokażemy w filmie, wiarę w ideały, czasami upadek tych ideałów, ale dążenie do realizacji jakichś celów. Jest też oczywiście przyjaźń, która łączy te postacie i to są takie sploty, które są naprawdę interesujące. I one w filmie będą pokazane.

 

Wobec ograniczania historii w szkołach, ciężar wychowawczy młodzieży spada trochę na filmy takie jak "Kamienie na szaniec". Czy czuje pan na sobie presję wychowawcy, który ma historię zaszczepić młodym ludziom?

Ja jestem wychowawcą, bo od lat wykładam na uczelniach wyższych, ale też często z moimi filmami jeżdżę po szkołach. Bo zrobiłem takie filmy, które miały bardzo dobry odbiór u młodych ludzi: "Cześć Tereska", "Świnki" i z tymi filmami odwiedziłem wiele liceów. Takie spotkania i rozmowy powodują, że ta młodzież zaczyna myśleć. Przecież ja nie będę im narzucał jakichś dydaktycznych poglądów, to bez sensu. Ważniejsza jest rozmowa. W jednym z liceów w Warszawie rozmawialiśmy przez cztery godziny po filmie "Cześć Tereska". Więc myślę, że to były bardzo dobre lekcje wychowawcze.

 

A co ma zostać po filmie "Kamienie na szaniec", bo rozumiem, że nie interesuje pana proste przełożenie historii z książki na ekran?

Po tym filmie ma zostać taka myśl, że istniało takie pokolenie, które miało wyraźne ideały. Że teraz my tych ideałów najczęściej nie mamy. Wcale nie musi tutaj chodzić tylko o patriotyzm, chodzi o to, że w coś się wierzy. Może to być wiara w Boga, może to być wiara w jakieś ideały świeckie, może to być wiara w dążenie do jakiegoś celu. Ale te ideały mieli wyraźne i one stanowiły sens ich życia.

 

Rozmawiał Marcin Wikło