Pan premier znowu dzielnie biega. Wiem, bo co drugi dzień informuje o tym naród poprzez popularne gazety. To znaczy - intensywnie myśli. Każdy kto biega lub dużo się rusza wie, że wtedy dobrze się analizuje. Co pan premier analizuje - każdy wie. Ale czy wymyśli coś co odwróci kartę? Czy to w ogóle w tym układzie możliwe?

O tym za chwilę. Bo kiedy pan premier biega i myśli pracować muszą inni. I tak gwiazdą sezonu stał się Adam Szejnfeld z Platformy, który ma z punktu widzenia lidera PO same zalety. Po pierwsze nie wydaje się by za dużo myślał. Skupia się na chwaleniu. Po drugie, szczerość bije z każdego jego słowa. Tusk - geniusz. Gowin - szkodnik. Piloci tupolewa - samobójcy. Kaczyński - podżegacz (nie precyzuję, który, bo opinia jest taka sama w odniesieniu do tego, który zginął i tego, który przeżył). Mniej więcej tak.

Poseł Szejnfeld wydaje się tak zachwycony faktem, że los powierzył jego ustom formułowanie opinii w imieniu całego wielkiego PROJEKTU, że jakiś tam spadek sondaży wydaje się mieć w głębokim poważaniu. Co to ma za znaczenie, skoro właśnie przy spadku poseł Szejnfeld błysnął? Niech więc spadają dalej - będzie go jeszcze więcej.

Dla nas - pokornych widzów mediów rządowych - to też wielka radość. Możemy dzięki panu posłowi zrozumieć więcej. Ja na przykład słuchając dzisiaj jego radosnych pokrzykiwań, że najważniejsze to grillować, weekendować, radować się i korzystać z życia zrozumiałem, że Platforma z tego dołka już nie wyjdzie. Kropką nad i była politologiczna prognoza tego mędrca, że to wszystko przez urlopy, bo ich wyborca jest teraz na plaży, za granicą, za to pisowski elektorat, ci nędzarze, siedzą w domach i wypaczają wyniki.

Przypomniało mi się dawne, nieco oklepane już, stwierdzenie jednego z polityków dawnej Unii Demokratycznej. Chłopina za nic nie mógł zrozumieć dlaczego jego partia tak słabo wypada w sondażach i wyborach. Przecież - dowodził - wszyscy, ale to wszyscy jego znajomi, głosują na jego partię... Nie mógł biedaczyna pojąć, że przyczyna jest banalnie prosta - on sam obraca się w zatrważająco wąskim kręgu towarzyskim. Zresztą, ten błąd zdarzał się często i politykom prawicy.

Dziś poseł Szejnfeld, do studia przybyły w koszuli w plażowej koszuli, jest w podobnej sytuacji. Podejrzewam, że rozgląda się wokół i widzi samych zadowolonych ludzi. Temu kwitnie firma na rządowych zleceniach, tamten uczy się biznesu w państwowej firmie, inny trójkę dzieci i dwoje pociotków usadowił w rządowych agencjach, kolejny odchamia naród finansowanymi przez władzę dziełami sztuki wykazującymi jasno bezsens polskości i wiary starej.

W głowie nie mieści się posłowi Szejnfeldowi i jego kolegom, że są jacyś ludzie, którym władza Platformy nie przyniosła polepszenia losu. Wszak wszystkich, których zna (no, z wyjątkiem Mirka Drzewieckiego), dopieszczono i każdemu umożliwiono uwolnienie drzemiącej w nich energii. Słowo zostało dotrzymane - im żyje się lepiej.

Ludzie tkwiący w tym złudzeniu nie są w stanie nic w swoim postępowaniu zmienić. Poruszają się bowiem na osi bogactwo-nędza, a kiedy nie widzą nędzy, nie rozumieją problemu. Co więcej, coś tam naprawdę zrobiono, jakieś kawałki dróg ukończono. Nie rozumieją, że rozgoryczenie milionów Polaków nie wynika z faktu, że niczego nie dostrzegają lub wpadli w skrajne ubóstwo. Owszem, tacy też są. Wystarczy przejść się na jakiś większy bazar tuż po zamknięciu. Kilkanaście osób, na pozór nie mających problemów z utrzymaniem, grzebiących w odpadkach, to strasznie smutny widok. Widziałem osobiście. Ci ludzie jednak, bądźmy szczerzy, zapewne w ogóle nie głosują.

Naprawdę rozgoryczeni są ludzie, którzy zrozumieli iż model rządzenia proponowany przez Tuska to tylko blichtr, zgoda na złodziejstwo i bylejakość, brak poważnego myślenia o rozwoju, produkcji, miejscach pracy, polityce międzynarodowej. Na dodatek ten nieznośny infantylizm wyłażący z każdego kąta. Od spraw obronnych (nic nam nie zagraża) po propagandę (wydłużenie wieku emerytalnego sprzedawane jako polepszenie losu obywateli). Dla większości z nas to co się dzieje nie niesie nędzy, ale oznacza stagnację lub kilkunastoprocentowy spadek poziomu życia. Co krok widzimy zaniżanie standardów, jakość usług publicznych jest coraz słabsza, a w służbie zdrowia woła o pomstę do nieba. To jest kres nadziei, że będzie lepiej lub chociaż tak samo. Polacy nie są naiwni, nikt nie wierzył w gołąbki same lecące do gąbki, ale na to, że dziecko po studiach znajdzie normalną pracę, a biznes rodzinny będzie się prowadziło nieco łatwiej - już tak. Każdy kto żyje tu i teraz, by użyć formuły pana premiera, widzi, że platformerska recepta nie działa.

Ale to by było dla Tuska pół biedy bo mógłby receptę zmienić. Polacy zrozumieli jednak także, że pan premier nigdy nie zamierzał na serio wdrażać niczego co pchałoby polskie sprawy do przodu. I już nikt nie uwierzy, że w czasie biegania pan premier myśli o czymkolwiek innym niż o tym jak nas znowu zwieść, nabrać, złapać na haczyk, oszukać. Wie to dziś każdy, bo każdy męczony jest sześcioma latami sztuczek i obietnic. Każdy wie, że oni powiedzą wszystko. Słowa straciły znaczenie. Słowa premiera szczególnie. Zwłaszcza w oczach ludzi środka - normalnych Polaków, średnio zainteresowanych polityką, zerkających na nią tylko od czasu do czasu. Ich nie da się już odwojować. Gdy odwrócili się do Buzka, to na zawsze. Podobnie od Millera.

Tu jest problem PO, a nie w wakacjach, na które (na szczęście!), wszyscy poza ludźmi związanymi z PROJEKTEM jeździmy mniej więcej podobnie.