13 sierpnia przypada 36. rocznica śmierci niezłomnego kapłana - abpa Antoniego Baraniaka, który pozostał wierny zasadom, jakie wyznawał i spędził z tego powodu ponad dwa lata w stalinowskim więzieniu, gdzie był torturowany. Jego kaci do dziś żyją i pobierają wysokie resortowe emerytury. Nigdy nie odpowiedzieli za to, co robili w sprawie duchownego.

Antoni Baraniak urodził się 1 stycznia 1904 roku w Sebastianowie. W 1920 roku wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Salezjańskiego. W latach 1921-1924 studiował filozofię. W 1925 roku złożył śluby wieczyste w Zgromadzeniu Salezjańskim. W latach 1927-1931 przebywał w Rzymie, gdzie odbywał studia teologiczne na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Uzyskał stopień doktora. W 1930 roku przyjął z rąk abpa Adama Sapiehy święcenia kapłańskie.

W 1933 roku ks. Baraniak objął funkcję sekretarza i kapelana prymasa Polski kard. Augusta Hlonda. Po jego śmierci w 1948 roku został sekretarzem i kapelanem kolejnego prymasa – kard. Stefana Wyszyńskiego. 8 lipca 1951 roku otrzymał sakrę biskupią. Z racji swej bliskiej współpracy z prymasem, stał się jednym z najważniejszych przedstawicieli polskiego Kościoła w najgorszych dla niego czasach stalinowskich prześladowań.

W nocy z 25 na 26 września 1953 roku, kiedy do pałacu arcybiskupów warszawskich przy ulicy Miodowej wkroczyli funkcjonariusze UB w celu aresztowania kard. Wyszyńskiego, prymas sądził, że to bp Baraniak zastąpi go w pełnieniu obowiązków. Jednak już kilka godzin później także i on został zatrzymany. Rozpoczęła się wówczas jego droga krzyżowa, którą przeszedł z podniesionym czołem, chociaż zapewne wielu postawionych na jego miejscu dałoby się złamać.

Działania władzy ludowej wspomnianej wrześniowej nocy 1953 roku nie ograniczyły się jedynie do aresztowań. Równocześnie rozpoczęto akcję mającą na celu rozbicie jedności Kościoła. Niemal natychmiast po pojmaniu kard. Wyszyńskiego dyrektor V Departamentu MBP Julia Brystygierowa udała się do łódzkiego biskupa Michała Klepacza z propozycją, by przejął on kierowanie Episkopatem Polski. Komuniści usiłowali za wszelką cenę pozbyć się prymasa. Zamierzali wytoczyć kard. Wyszyńskiemu proces o działalność kontrrewolucyjną i zdradę państwa. W tym celu chcieli wymusić obciążające prymasa zeznania na jego najbliższym współpracowniku – biskupie Baraniaku.

Duchowny został umieszczony w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej. Traktowano go podobnie jak żołnierzy podziemia niepodległościowego uznawanych za największych wrogów Polski Ludowej. Przesłuchiwano go 145 razy. Przesłuchania trwały nawet po kilkanaście godzin. W ich trakcie był torturowany fizycznie i psychicznie. Przez długi czas przebywał w ciemnej, wilgotnej celi, gdzie nie dostarczano mu odzieży, ani pokarmu. Odmawiano mu pomocy lekarskiej, co spowodowało drastyczne pogarszanie się stanu zdrowia duchownego. Po wielu miesiącach trafił do szpitala więziennego, gdzie stwierdzono u niego m.in. przewlekłe zapalenie wyrostka robaczkowego i zapalenie dróg żółciowych. W czasie pobytu w szpitalu wciąż był przesłuchiwany przez funkcjonariuszy UB. W sumie, jako „tymczasowo aresztowany”, spędził w więzieniu 27 miesięcy. W okresie tym władze nie były w stanie przedstawić mu żadnych zarzutów karnych. W ostatnich dniach 1955 roku, prawdopodobnie w celu uniknięcia skandalu związanego z możliwą śmiercią biskupa w celi, przewieziono go do miejsca odosobnienia w Marszałkach pod Ostrzeszowem, a następnie do Krynicy Górskiej.

Pomimo, że nad złamaniem bpa Baraniaka pracowało 31 ubeków, przez cały ten czas pozostał on wierny prymasowi. Nie poszedł na współpracę mimo wielkiego cierpienia, jakie mu zadawano. Choć po październiku 1956 roku wyszedł na wolność jako człowiek niebywale wyczerpany i schorowany, przez kolejne lata służył wciąż Kościołowi. Od 1957 roku sprawował funkcję metropolity poznańskiego. Organizował uroczystości milenijne w 1966 roku oraz obchody 1000-lecia biskupstwa w Poznaniu dwa lata później. Zmarł 13 sierpnia 1977 roku.

Na jego pogrzebie kard. Wyszyński mówił: „Biskup Baraniak uwięziony (...) był dla mnie niejako osłoną. Na niego bowiem spadły główne oskarżenia i zarzuty, podczas gdy mnie w moim odosobnieniu przez trzy lata oszczędzano. Nie oszczędzano natomiast biskupa Antoniego. Wrócił na Miodową w 1956 roku tak wyniszczony, że już nigdy nie odbudował swej egzystencji psychofizycznej.”

Natomiast abp Marek Jędraszewski ocenił, że „Gdyby nie abp Baraniak i jego nieugięta postawa, nie byłoby powrotu prymasa Wyszyńskiego do Warszawy po okresie uwięzienia, bez prymasa Wyszyńskiego nie byłoby kard. Wojtyły, a potem Jana Pawła II. Podsumowując, dzieje Kościoła w Polsce, Europie i świecie potoczyłyby się zupełnie inaczej, w sposób dzisiaj przez nas trudny do wyobrażenia. A za tym wszystkim stoi ta nieugięta, cicha postać człowieka, który się wtedy nie ugiął, nie załamał i jak mówił sam prymas – wziął na swoje barki odpowiedzialność prymasa za Kościół w Polsce.

Mimo swej niezłomnej postawy, która powinna być pokazywana jako wzór do naśladowania, abp Baraniak pozostał męczennikiem zapomnianym. Podejmowane są jednak próby przypominania o jego bohaterstwie. Okazją do tego była wydana w 2009 roku książka „Teczki na Baraniaka” autorstwa abp Jędraszewskiego, a chyba najbardziej znaczącym krokiem w stronę przywrócenia pamięci o wielkim polskim duchownego okazała się tytaniczna praca wykonana przez Jolantę Hajdasz, autorkę niezwykle pięknego filmu pod tytułem „Zapomniane męczeństwo”, który opowiada o losach arcybiskupa. Jak mówiła reżyser, produkcja powstała dzięki pieniądzom od wielkopolskiej SKOK. Państwowy Instytut Sztuki Filmowej nie znalazł bowiem środków na jej dofinansowanie. Nagradzany na niezależnych festiwalach film Hajdasz nie został pokazany w największych stacjach telewizyjnych. Te wolą gloryfikować swoich „bohaterów” tamtych lat – Kuronia, Geremka, Baumana, Mazowieckiego, Kołakowskiego...

Chyba najbardziej wstrząsającym aspektem historii abpa Baraniaka jest jednak fakt, iż jego oprawcy żyją w większości do dziś i nigdy nie odpowiedzieli za to, co zrobili duchownemu. W 2011 roku postępowanie w sprawie znęcania się nad nim zostało bowiem umorzone z powodu..... braku danych dostatecznie potwierdzających popełnienie tego czynu. Ubecy, którzy, jak wynika z dokumentów śledztwa prowadzili tę sprawę, śmiejąc się w twarz wymiarowi sprawiedliwości zeznawali, że pierwszy raz słyszą nazwisko arcybiskupa, twierdzili, że nie brali udziału w żadnych przesłuchaniach i wypierali się autorstwa podpisów pod protokołami. Gdyby nie wysokie resortowe emerytury pobierane z racji „służby” w UB, z pewnością w ogóle zaprzeczaliby, że mieli z tą instytucją cokolwiek wspólnego.

To, że funkcjonariusze aparatu terroru lat stalinowskich kłamią, to oczywiście nic dziwnego. Szokujące jest jednak to, że współczesne instytucje „wymiaru sprawiedliwości” dają im wiarę. Sprawa abpa Baraniaka jest, więc kolejnym dowodem na to, jak bardzo patologicznym państwem jest III Rzeczypospolita i jak wiele trzeba jeszcze zmienić, aby Polska była wreszcie naprawdę normalnym krajem, w którym upamiętnia się bohaterów walki o wolność i prawdę, a na margines wyrzuca ich oprawców.