Rocznica Powstania Warszawskiego dzieli polskie społeczeństwo - stwierdza niemiecka prasa, która szczegółowo opisuje rocznicowe obchody. Szczegółowo, nie znaczy obiektywnie.

Lewicowy dziennik Neues Deutchland relacjonując rocznicowe uroczystości w stolicy pisze:

Na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie rozgrywały się w ubiegłym tygodniu żenujące sceny. Znowu było widać, jak głęboko polskie społeczeństwo rozdarte jest pod względem politycznym i ideologicznym. (...)

Bo w oczach niemieckich dziennikarzy w stolicy działy się rzeczy straszne:

Uczestników oficjalnych obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego, w tym prezydenta Komorowskiego i premiera Tuska, wygwizdano. Członkowie skrajnie prawicowego Obozu Narodowo-Radykalnego, 'Solidarni 2010“, Rodziny Radia Maryja i ugrupowanie 'Polska Walcząca' zakłócały przebieg uroczystości nawet w czasie modlitwy. Były polski minister spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski, sam uczestnik powstania, nazwał ich 'motłochem'.

- relacjonuje gazeta. Dziennik odnotowuje też, że:

Po tym, jak usunęli się uczestnicy oficjalnej uroczystości, pojawił się szef PiS Kaczyński, by złożyć wieniec. Został entuzjastycznie powitany przez swoich zwolenników

Niestety argumentów do złośliwych komentarzy dostarcza dziennikowi także polski ekspert, niemcoznawca Julian Bartosz, który tak objaśnia niemieckim czytelnikom stosunek Polaków do powstania:

Nie tylko lewica, lecz także racjonalnie myślące, kręgi demokratyczne od dłuższego czasu zadają sobie pytanie, które zostało w następujący sposób sformułowane w ostatnim wydaniu tygodnika "Przegląd": Kto ponosi odpowiedzialność za śmierć 200 tys. cywilów? Podczas 63 dni powstania, wylicza autor artykułu, na każdego poległego powstańca, przypadło 13 zabitych cywilów. Około 40 tys. cywilów zostało już w pierwszych dniach zrywu zamordowanych na Woli i Ochocie przez jednostki pomocnicze Wehrmachtu i SS.

- wylicza Bartosz.

A Neues Deutschland reasumuje:

Odpowiedzi na pytanie o odpowiedzialność za tę - jak się ją określa - 'tragedię antyczną', znane są już od kapitulacji powstańców 3 października 1944 roku”. Mówi się o błędnej ocenie sytuacji na froncie przez szefostwo Armii Krajowej, ignorowanie wyraźnych poleceń rządu londyńskiego, by nie rozpoczynać powstania, braku kooperacji z aliantami i braku kontaktów ze zbliżającą się Armią Czerwoną – wszystko to było efektem kalkulacji politycznej.

Witając ‘bolszewików’ chciano być 'gospodarzami we własnym domu'. Spory o te kwestie wciąż toczą historycy przeciwstawnych szkół ideologicznych. Pomiędzy „szaleństwem” i „nakazem moralnym” jest jeszcze tylko euforia warszawiaków w pierwszych dniach powstania i ich przekleństwa, kiedy coraz wyraźniej było widać, że powstanie jest bez szans na powodzenie."

 

No cóż, niemiecki pragmatyzm – przynajmniej ten w wydaniu Neues Deutschland patriotycznych motywacji nie uwzględnia. Determinacji uciemiężonych Warszawiaków nie rozumie. Nie musi. Jednak ze względu na rolę Niemiec w opisywanych wydarzeniach, elementarne poczucie przyzwoitości nakazywałoby, jeśli nie przeprosiny - to przynajmniej taktowne milczenie. Bo nawet jeśli Polacy mają problem z oceną powstania, jeśli  nie mogą się pogodzić z  ilością przelanej krwi, to Niemcy są ostatnią nacją, która ma prawo pouczać ich tym zakresie. Ostatnią, która mogłaby ich oceniać. Choćby od tamtych wydarzeń upłynęło nie 69 a 690 lat.

ansa/ Neues Deutschland/ dw.de