Czy bulwersująca kombatantów, harcerzy i setki mieszkańców stolicy sytuacja podczas ceremonii na cmentarzu Powstańców na Woli zostanie wyjaśniona? Domagają się tego stołeczni radni PiS.

Wkrótce po uroczystościach na portalu wPolityce.pl opisywaliśmy skrupulatne kontrole BOR przed wejściem na cmentarz, które wielu ludziom uniemożliwiły wzięcie udziału w upamiętnieniu bohaterów Powstania. Co ciekawe, restrykcyjne działania i szczegółowy plan ochrony okazały zbyteczne natychmiast po tym, jak za drobiazgowo sprawdzanymi kombatantami i harcerzami łaskawie ujął się prezydent Bronisław Komorowski.

CZYTAJ WIĘCEJ: Skrupulatna kontrola na wolskim cmentarzu. Nadchodzi prezydent i komenderuje: „Wszyscy wchodzić”. BOR kończy pracę

Trudno ustalić, jaki był klucz wydawania kart wstępu do „strefy zamkniętej”, do której bez większego problemu wpuszczano partyjnych działaczy, miejskich urzędników czy ludzi w średnim wieku, którym z całą pewnością nie można przypisać kombatanctwa

– wraca do sprawy „Nasz Dziennik”.

Jak zauważa gazeta, złość warszawiaków potęgował fakt, że na wielkim, odgrodzonym przez BOR terenie przez prawie całą uroczystość stały setki pustych krzeseł, których nikomu nie pozwolono zająć.

Z początku miało być tak, że tylko jedna strefa, tzw. VIP, miała być pod ochroną. Do wejścia do niej miały obowiązywać zaproszenia. Na miejscu okazało się jednak, że większość terenu cmentarza jest osłonięta barierkami. Dopiero po naszej interwencji wpuszczono ludzi na część tych krzeseł. Większość stała jednak za barierkami

– relacjonuje w „ND” Piotr Milowański, radny PiS dzielnicy Warszawa-Wola.

Prezydent Komorowski złożył kwiaty przy mogile, potem przeszedł się wśród ludzi, doszedł do miejsca, w którym była bramka. Porozmawiał trochę z ludźmi, potem z funkcjonariuszami BOR i chwilę później zdecydowano się na otwarcie bramek i zaczęto powoli wpuszczać ludzi na krzesła, które do tej pory stały puste. Wtedy funkcjonariusze BOR już nie sprawdzali nikogo

–  dodaje Milowański.

Jak to możliwe, że Biuro Ochrony Rządu tak łatwo zrezygnowało ze swoich procedur?

Cała sytuacja wyglądała na wyreżyserowaną. Gdy tylko pojawił się prezydent, nagle ni stąd, ni zowąd zaczęto wpuszczać przez bramki część osób, nie poddając ich już żadnej kontroli

– pisze „ND”.

JUB/ND