Śmierć pojedynczego człowieka jest tragedią. Śmierć milionów tylko statystyką

- wasz wspólnik w zbrodniach, Józef Wissarionowicz Stalin

W sześćdziesiątą dziewiątą rocznicę Powstania Warszawskiego, w którym byli oboje moi Rodzice.

/recenzja z filmu made in Germany/

Mordowaliście. Wieszaliście. Z okien domów wyrzucaliście niemowlaki i inwalidów. Wyłapywaliście na ulicach ludzi i rozstrzeliwaliście ich pod ścianą. Staliście się wtedy hańbą Europy. Także świata, choć komunistycznych Chin nie udało się Wam w zbrodniach przegonić. Kim był brat dziadka niemieckiego ambasadora w Polsce, mordując na przedpolach Warszawy w 1939 roku? Nazista? Czy może Niemcem, którego przodkowie uczestniczyli w spaleniu Kalisza? Tyle, że wcześniej. W czasie pierwszej wojny światowej. Nazistów wtedy nie było. A może po prostu nie wiecie, gdzie jest ta Calisia? Nie wiecie też pewnie, co działo się tam w upalne sierpniowe dni 1914 roku? Zamierzacie obchodzić w zbliżającym się roku rocznice w związku z waszymi pradziadami? Może tez film byłby dobrym pomysłem? Tadzio miał sześć lat, kiedy go wtedy mordowaliście. Nie. Nie w czasie Drugiej Wojny Światowej. Wcześniej o jedną wojnę.

Kim była rodzina kanclerza Schroedera i Eriki Steinbach, która dzisiaj obściskuje aktywistka DDR-Jugendverbandes - dla niewtajemniczonych: organizacja będąca w komunistycznych Niemczech odpowiednikiem Hitlerjugend - Angela Merkel? Czy byli to naziści? Czy byli to Niemcy? Schludni. Lejący łży przy skaleczonym piesku i zasłuchani w muzykę jednego z klasyków. Jak czynił to komendant obozu w Auschwitz Rudolf Hoess. Kim są dogorywający dziś Niemcy, którzy brali udział w wymordowaniu milionów ludzi różnych ras i różnych narodowości? Rozpłynęli się? Czy może jak zastępcy Hitlera admirałowi Doenitzowi odpowiedzialnemu za strzelanie do marynarzy statków zatapianych przez niemieckie - bo przecież trudno o łodziach podwodnych powiedzieć "nazistowskie" - u-booty, dajecie im rentę zapraszając, podobnie jak i kiedyś jego, na... wykłady!

Mieszkałem w Niemczech w Monachium - jako uchodźca z Polski, ale już obywatel USA - blisko dziesięć lat. Mówię waszym językiem i rozumiem wiele z waszej kultury. Kultury Goethego i Beethovena. Kultury światłych umysłów i niepojętego zdziczenia waszych ojców i dziadów. Mieszkając w Niemczech, jako pisarz i syn profesora literatury (jego brata Henryka - i brata także wcześniej zamordowanego Tadka - torturowaliście na Pawiaku, a potem zamordowaliście w Mauthausen. NIGDY, odwiedzając księgarnie, nie zobaczyłem ANI JEDNEJ KSIĄŻKI na temat waszych obozów zagłady. A szukałem ich. Uważałem za oczywiste, że gdzieś można je dostać. Owszem. Znalazłem publikację dotyczącą wojny, ale przedstawiającą zdjęcia niemieckich ofiar w Bydgoszczy w roku 1939, jak informował podpis, ofiar polskich fanatyków. Tak oto wygląda stan rzeczy. Krajobraz wymieciony, jak wymiecione zostały archiwa dotyczące takich, jak zbrodniarz wojenny Weizsaecker. Nie, nie mam na myśli byłego prezydenta. Chodzi o prezydenckiego tatusia - tak, tak, zbrodniarza wojennego - i jego akta wykradzione z tych archiwów. Takich akt wykradziono zresztą dziesiątki tysięcy! Pisała o tym amerykańska prasa.

Oburzacie się, że was podsłuchujemy? Że nie zasługujecie na to? Więc powiem wam coś z mej amerykańskiej perspektywy. Ameryka nie ma do was zaufania. A nie ma dlatego, że próbujecie wtłaczać setki kłamstw w ładnie wyglądającym opakowaniu. Są one niczym zatrute cukierki, jakie zrzucali dzieciom piloci Luftwaffe w czasie nalotów na Polskę we wrześniu 1939 roku. Ameryka nie ma i nie będzie miała do was zaufania, dopóki wszem i wobec nie powiecie, że wasi ojcowie i dziadkowie (nazizmu wtedy nie było) byli mordercami. Że pławili się we krwi tysięcy ofiar. Milionów ofiar. Że Kalisz, Ravensbruck i Auschwitz to wasze dzieło!

Okazuje się, że wy nie chcecie wiedzieć, co wasi ojcowie wyprawiali. Nie chcecie wiedzieć, jak wasze matki witały niemieckich żołnierzy w czeskich Sudetach. Nie chcecie wiedzieć, że wasi ojcowie i dziadkowie wyprawiali na tamten świat setki tysięcy ludzi, bynajmniej nie tylko Żydów. Dlatego wasza współczesna mowa jest mową kłamstwa. Jest taką samą mową - mówię to w odniesieniu do filmu, który propagujecie - jaką posługiwaliście się, kiedy mieliście w dłoni bat i drug kolczasty.

To u was żyli i żyją zbrodniarze z Wehrmachtu - udowodnił to Jochen Boehler - którzy uczestniczyli w masakrze jeńców wojennych w Ciepielowie czy masakrze ludności cywilnej, jak miało to miejsce w Złoczewie we wrześniu 1939 roku. To u was pobierają rentę dogorywające resztki komanda, które wymordowało w ciągu paru dni kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców warszawskiej Woli! Czy zdajecie sobie sprawę, ile osób trzeba zatrudnić, żeby w kilka dni zabić kilkadziesiąt tysięcy ludzi? Zabiliście ich w czasie powstania warszawskiego w 1944 roku. Córka hitlerowskiego oficera (czyli z definicji bandyty) tamtych lat pogardy, Erika Steinbach o tym powstaniu dopiero się niedawno dowiedziała. A czy wielu z was w ogóle wie, co zrobiliście w 1939 roku z profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego, tego samego, w którego murach studiował Mikołaj Kopernik?

To u was zakwitł intelektualny muchomor w rodzaju Gunthera Grassa. Członka Waffen SS, który przez lata okłamywał świat wspierany przez wasze media. Wspierany także przez tych, którzy obudzili się dopiero, kiedy Grass postanowił wypowiedzieć się, co myślą jego rodacy na temat Izraela i Żydów. Gdyby powiedział to w odniesieniu do Polaków czy Czechów, to śmielibyście się w głos, jak zaśmiewał się przez lata przy piwie Horst Ruppert, morderca francuskiego pisarza o dziwacznym nazwisku Saint-Exuperry.

Jako pisarz i obywatel Stanów Zjednoczonych wzywam was do przyjęcia pokornej postawy wobec morza zbrodni, których dokonaliście. Na Polakach, Żydach, Cyganach, Karaimach, Czechach, i Słowakach, Tatarach, Anglikach, czy tylu innych narodowościach. Wasze były komory gazowe. Wasze było Gestapo. Wasze były obozy zagłady. Wasz był Wehrmacht i wasze było SS.

Symbolem waszego "wygnania" pozostanie na wsze czasy Józef Cyppek. Wasz produkt. Wasze dzieło w poniemieckim Szczecinie 1952 roku, w którym tylu z was musiało napędzać koniunkturę dla współczesnego muzeum "wypędzonych". Sprawdźcie sobie, kim był ten pobratymiec tatusia Eriki Steinbach! Kim był ten z natury schludny Niemiec? Wśród was takich Cyppków były setki tysięcy. My w Ameryce wiemy o tym. Kłamać możecie tym, którzy od was zależą. Ale tutaj nie jesteście proszonymi gośćmi. Ameryka dwukrotnie w XX wieku musiała przywoływać was do porządku. Chcecie teraz wmówić nam, Amerykanom, ze Dachau i Mauthausen, to złudzenie? Przeszłość? Polskie obozy śmierci?

Ale nie wyjaśniłem, dlaczego stajecie się hańbą świata dzisiaj, współcześnie. Otóż pod przykrywką tego co "europejskie", chwytacie za gardło wasze wczorajsze ofiary. Przykładem Grecja. Robicie to w białych rękawiczkach. Nie zdając sobie sprawy, że są one utytłane we krwi. Krwi waszych ofiar. Nie ofiar nazizmu, ale ofiar Niemiec, które dzięki tym ofiarom mogą uniknąć recesji w ten sam sposób, jak w gospodarce dzięki podbojom uniknął ich wasz poprzednik, wasz Fuehrer, który także chciał odmienić świat. Jego imię znacie dobrze. Znacie lepiej niż miliony tumanione propagandą w rodzaju filmu "Nasze matki, nasi ojcowie". Nie, nie. Nie myślę o Bismarcku. Jego zresztą też należałoby przedstawić.

Zacytuje wam fragment swej książki, która nigdy nie ujrzy światła dziennego w waszym kraju. A nie ujrzy właśnie ze względu na to, co piszę:

Stanley Moss, który był jednym z organizatorów ruchu oporu na Krecie i współautorem słynnego porwania głównodowodzącego sił niemieckich generała Kreipego, mówiąc o okrucieństwach popełnianych na ludności cywilnej, wspomina taki przypadek: "Oto historyjka oddająca mentalność typowego Huna. Przez drogę, którą jechał z dużą prędkością samochód z niemieckimi oficerami, wypadając z niej na zakręcie, przechodził mały chłopiec. Kierowca i jednocześnie oficer nie był w stanie temu zapobiec i choć bez większych szkód, wszyscy jadący wylądowali w rowie. Przeprowadzając szybką inspekcję samochodu, kierowca zauważył, że jeden z błotników jest mocno zadrapany. Gestem przywołał chłopca do siebie i kiedy ten z nieśmiałym uśmiechem na ustach przybliżył się, porwał go i gwałtownym ruchem, na kolanie, przełamał mu w pół rękę.

Mieszkając w Niemczech tyle razy słyszałem: Idiota. Nie rozumiał... Może i chciał dobrze... I zdałem sobie wtedy sprawę, że Adolf Hitler jest dla was głupkiem, nieudacznikiem, umysłowo ograniczonym, bo... przegrał wojnę! Co by było jednak, gdyby ją wygrał? Dlatego inny morderca, ludzkie ścierwo w białych kalesonach, Bismarck, jest mężem stanu. Hitler zaś nigdy nim dla was nie będzie! Mimo tego nawet, że był wegetarianinem.

Dzisiaj wszak nie on, ale wy chcecie tę wojnę wygrać. Wygrać medialnie. Tyle, że kręcąc takie filmy jak "Nasze matki, nasi ojcowie" nie przykryjecie przeszłości żadną "europejskością" i żadnym salonem odnowy. Jesteście dla świata jak doktor Mengele. Doktor też był przekonany o swych racjach i wiedział doskonale, jak uleczyć pacjenta. Jak spojrzycie w lustro, ujrzycie jego zatroskane losami świata oblicze. Stoi tam w eleganckim garniturze, jak teraz tysiące z was w Bonn, Bremie, czy Hamburgu. W takim samym garniturze, jak wasz ambasador przechadzający się dzisiaj ulicami Warszawy.

Jemu to na zakończenie dedykuję inny fragment książki, gdzie przywołuję Tadeusza Wittlina, polskiego pisarza o żydowskich korzeniach, który wyrwał się z waszych łap i także przeżył szczęśliwie wiele lat w Ameryce. Fragment ten dotyczy września 1939 roku, kiedy to waszym zdaniem było to jeszcze dwa lata do wybuchu wojny:

Na rogu Żurawiej, przed sklepem spożywczym o zabitych deskami wystawach - olbrzymia kolejka ludzi. Wyłącznie kobiety, niektóre z dziećmi. Nagle spod białych obłoków słonecznego nieba zsunął się srebrny samolot z czarnymi krzyżami na skrzydłach i nim ktokolwiek zdążył zawołać słowo ostrzeżenia, począł prażyć ogniem karabinów maszynowych w skupione przed sklepem kobiety. Wisiał w powietrzu tak nisko, że doskonale było widać lotnika w brązowej kominiarce. Należało się skryć. Wraz z gromadą przechodniów znaleźliśmy się w bramie, którą dozorca natychmiast zamknął na klucz. Pokrótce strzelanina cichnie. Widocznie samolot odleciał. Wychodzimy na ulice. Przed zasuniętą naprędce karbowaną żaluzją spożywczego sklepu leżą w kałuży krwi zabite i poranione kobiety. Ofiary niespodziewanego nalotu zanosimy do pobliskiej bramy i układamy na ziemi. Pokotem jedna przy drugiej. Jest ich dwadzieścia dziewięć. Kilkanaście z nich żyje. Jedna z kobiet kurczowo przyciska do piersi niemowlę, które trzymała na reku. Dostała postrzał w nogi. Lecz nie jęczy, nie płacze, tylko powtarza.

- Moje dziecko... moje dziecko...

- Przecież ma je paniusia przy sobie - uspokaja ja któryś z żołnierzy.

- Nie - zaprzecza kobieta. - Mój Jurek. Gdzie on? Był przy mnie. Trzymałam go za rękę...

Rozwiera zaciśniętą dłoń i pokazuje strzep skrwawionej, maleńkiej piąstki kilkuletniego dziecka.