Jeśli skala niekompetencji i kłamstw w ostatnim artykule na temat abp. Hosera jest reprezentatywna dla wszystkich publikacji „Newsweeka”, to sięganie po to czasopismo uwłacza inteligencji nawet przeciętnie rozgarniętego czytelnika.

Już sama „główka” tekstu Aleksandry Pawlickiej „Karząca ręka Boga” („Newsweek”, 1-7 lipca 2013) może wprawić w osłupienie: „Z in vitro walczy jak diabeł ze święconą wodą”. Gdzież to się pani redaktor i ci, którzy zatwierdzali tekst do druku, uczyli języka polskiego? Bo w związku frazeologicznym stosowanym w poprawnej polszczyźnie diabeł przed święconą wodą ucieka albo się jej boi. Żeby z nią walczył – nic mi nie wiadomo. Widać jednak „Newsweekowi” tak bardzo zależało na obsadzeniu abp. Henryka Hosera SAC w roli diabła i na równoczesnej sakralizacji procedury in vitro, że nawet reguły języka polskiego nie były tu ważne. Ale na tym nie koniec manipulacji już w pierwszych zadaniach tekstu. Aktywności w sprawie in vitro zostaje przeciwstawione rzekome milczenie abp. Hosera na temat ludobójstwa w Rwandzie, o którym – jak sugeruje autorka – „mógłby wiele powiedzieć”. Cała konstrukcja ma wywołać w czytelniku wrażenie, że hierarcha jest obłudny i nie powinien wypowiadać się w sprawie ochrony zarodków ludzkich, skoro – jak wynika z tekstu – jest on współwinny zbrodni ludobójstwa popełnionych przed prawie 20 laty w Afryce.

Łatka ludobójcy

Oskarżenie abp. Hosera o współodpowiedzialność za zbrodnie w Rwandzie jest w tym tekście najbardziej perfidne. „Newsweek”, cytując Wojciecha Tochmana, autora książki „Teraz narysujemy śmierć”, zarzuca „panu Hoserowi”, jak go Tochman wdzięcznie nazywa, że jest odpowiedzialny nie tylko za rzekome milczenie Kościoła, ale również za mianowanie przynajmniej części biskupów z plemienia Hutu, którzy nie zrobili nic, aby powstrzymać ludobójstwo na Tutsich, chociaż wiedzieli, że jest ono przygotowane. Tochman oczywiście asekuruje się, twierdzi, że nie wie, czy to wszystko jest prawdą, ale ponoć tak się w Rwandzie dzisiaj mówi. Czyli w najlepszym razie ma chodzić o plotki, bo trudno będzie udowodnić, że pod jakąś budką z piwem (bananowym) tak się właśnie nie mówi.

Autorka tekstu już żadnych wątpliwości nie ma. Pisze wprost, że kiedy dokonywano rzezi, „Henryk Hoser był w tym czasie wysoko postawionym dostojnikiem kościelnym w Rwandzie”. Nie wie albo nie chce wiedzieć, że ówczesnego ks. Henryka Hosera w ogóle nie było w Rwandzie podczas rzezi trwającej od 6 kwietnia do 10 lipca 1994 roku. Od września 1993 roku korzystał bowiem z tzw. „roku formacyjnego”. Najpierw przebywał kilka miesięcy w Jerozolimie, potem w Polsce na szkoleniu w Szpitalu Klinicznym Akademii Medycznej w Warszawie na Bródnie, a wiosną 1994 roku rozpoczął intensywny kurs języka włoskiego w Rzymie przed trwającym od 10 kwietnia do 8 maja I Synodem Specjalnym dla Afryki. W Synodzie ks. Hoser – jeszcze nie biskup – uczestniczył jako jeden z zaproszonych ekspertów. To nie jednak przeszkadzało „Newsweekowi” w umieszczeniu pod podobizną dzisiejszego biskupa warszawsko-praskiego podpisu: „Arcybiskup Henryk Hoser w czasie ludobójstwa był w Rwandzie nuncjuszem apostolskim”.

Tymczasem ks. Hoser do Rwandy wrócił dopiero 5 sierpnia 1994 roku, czyli miesiąc po ustaniu rzezi, jako mianowany Wizytator Apostolski. Ówczesny Nuncjusz Apostolski w Randzie abp Giuseppe Bertello (1991-1995) opuścił bowiem Rwandę wraz z innymi dyplomatami na początku rzezi. Jego następcą w został abp Juliusz Janusz. Tak więc Nuncjuszem Apostolskim w Rwandzie ks. Hoser nigdy nie był, nie był także wówczas arcybiskupem, a jego rola polegała ma łagodzeniu skutków konfliktu w życiu rwandyjskiego Kościoła.

Przy okazji dostało się także Janowi Pawłowi II – tak przed kanonizacją. Nie wiem, czy bardziej dlatego, że księdza, a potem arcybiskupa Hosera cenił, czy bardziej za to, że w czasie rzezi też według autorów „Newsweeka” milczał. Tymczasem w dobie internetu nie trzeba było wychodzić z domu, aby sprawdzić, że kiedy jeszcze Bill Clinton zakazywał swoim dyplomatom mówienia o ludobójstwie w Rwandzie, to Jan Paweł II już w kwietniu 1994 roku nazwał te zbrodnie ludobójstwem i wezwał do ich zaprzestania. Ten fakt znalazł się w uzasadnieniu przyznania Janowi Pawłowi II tytułu „Człowieka Roku” amerykańskiego tygodnika „Time” w styczniu 1995 r. Czyżby nie wiedział tego „Newsweek”, niesłusznie uważany przez wielu w Polsce za prawdziwie amerykański? Niesłusznie, bo faktycznie należy do niemieckiego koncernu Axel Springer. Czy wydawcy nie zależy na opinii, jaką mu wyrabia Tomasz Lis i jego zespół?

Od trupów i kalendarzyka

W całym tekście nieprecyzyjne określenia mieszają z ewidentnymi kłamstwami. Być może po to, aby te ostatnie jakoś przeszły w atmosferze ogólnej mętności. Autorka najpierw „znieczula” czytelnika drobnymi nieścisłościami o ciężkiej gruźlicy, na którą Henryk Hoser jako dziecko chorował podczas wojny, i o śmierci jego ojca w drugim zamiast w piątym dniu Powstania Warszawskiego. By wreszcie w tym samym akapicie wypalić, że „jako lekarz przepracował kilka miesięcy w prosektorium Zakładu Anatomii Prawidłowej warszawskiej Akademii Medycznej”. W domyśle: jakież medyczne kompetencje ma ktoś, kto w całej swojej lekarskiej karierze zajmował się tylko krojeniem nieboszczyków i to zaledwie przez kilka miesięcy? Tymczasem prawdziwe doświadczenie medyczne Henryka Hosera w Polsce to nie kilkumiesięczna, a sześcioletnia praca. I nie w prosektorium, ale w Zakładzie Anatomii Prawidłowej, pod który podlegało również prosektorium. Prócz tego jeszcze kilkumiesięczna praca w szpitalu powiatowym z Ziębicach.

W celu pomniejszenia kompetencji abp. Hosera jako lekarza autorka przedstawia go jako specjalistę od regulacji urodzeń według metody prof. Johna Billingsa, którą nazywa odmianą „kalendarzyka małżeńskiego”. Pomijając fakt, że metoda Billingsa nie dotyczy regulacji urodzin, jak sugeruje Pawlicka, ale regulacji poczęć, to nazywanie jej odmianą kalendarzyka jest tak samo błędne jak nazywanie motocykla rowerem. A cel jest jeden: przedstawianie abp. Hosera jako promotora staroświeckich i nienaukowych rozwiązań dotyczących początków ludzkiego życia. Jedyną działalnością Henryka Hosera jako lekarza w Afryce wspominaną w artykule „Newsweeka” miałoby być założenie w Rwandzie Centrum Pomocy Rodzinie, którego głównym zadaniem miało być promowanie metody Billingsa. Nie ma mowy o kierowaniu przez 17 lat Ośrodkiem Medyczno-Socjalnym w Rwandzie ani o funkcji Przewodniczącego Związku Stowarzyszonych Ośrodków Medycznych w stolicy tego kraju Kigali.

Powyższe manipulacje i kłamstwa mają potwierdzać tezę autorki, że abp Hoser to żaden lekarz, ponieważ dla niego „sutanna już dawno stała się ważniejsza niż lekarski kitel”. Pawlicka, zapewne nieświadomie, wbija jednak gola do własnej bramki, kiedy twierdzi, że przysięga Hipokratesa, w której ślubował „chorym nieść pomoc, przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom” przeszkadza mu w walce o interesy Kościoła i własne. Liczy pewnie, że czytelnicy nie pamiętają, że na początku tej przysięgi stoi zasada: Primum: non nocere (po pierwsze nie szkodzić). Nie da się z tym pogodzić aborcji, eutanazji, stymulowania hormonalnego kobiet przed in vitro ani towarzyszącej tej procedurze selekcji eugenicznej i mrożenia zarodków. Chyba że niesienie pomocy chorym ma polegać głównie na ich uśmiercaniu, przeciwdziałanie cierpieniu na reprodukowaniu człowieka, a zapobieganie chorobom – na stosowaniu prezerwatyw. Ale do takiego „leczenia” nie trzeba być wcale lekarzem. Procedura in vitro, podobnie jak eutanazja czy aborcja – wbrew nachalnej propagandzie – niczego przecież nie leczy. Dlatego również ze względu na przysięgę Hipokratesa, a nie tylko ze względu na Ewangelię, abp Hoser proponuje autentyczne leczenie: ciała i duszy.

Komu niewygodny?

Powodów, dla których redaktorzy „Newsweeka” zapałali żądzą kompromitacji za wszelką cenę abp. Henryka Hosera SAC, może być wiele i są one dość czytelne. Po pierwsze, z początkiem lipca ruszył, co zaznacza autorka tekstu, rządowy program refundacji procedury in vitro. Arcybiskup zaś uchodzi za jednego za największych i najbardziej merytorycznie przygotowanych krytyków tej procedury. Doświadczony lekarz wśród członków Konferencji Episkopatu Polski jest w tym momencie sporu o godność ludzkiego życia człowiekiem opatrznościowym. Oponentom trudniej jest go lekceważyć, niż gdyby przyszło im dyskutować ze specjalistą od samej tylko teologii.

Dokładnie na tydzień przed uruchomieniem rządowego programu kierowany przez abp Hosera Zespół Ekspertów KEP ds. Bioetycznych wydał komunikat w sprawie manipulacji informacjami naukowymi dotyczącymi procedury in vitro. Przytacza w nim 33 poważne publikacje naukowe z wielu krajów, potwierdzające występowanie niepożądanych skutków genetycznych i zdrowotnych procedury in vitro zarówno w odniesieniu do konkretnych osób poczętych ta metodą, jak i do całej populacji. Komunikat zawiera stanowczy i merytorycznie uzasadniony protest przeciw okłamywaniu społeczeństwa nie tylko przez ministra zdrowia, ale także przez przedstawicieli placówek, dla których świadczenie usług in vitro jest zwyczajnym biznesem. Abp Hoser zwyczajnie im ten biznes psuje. Sprawa jest tym bardziej delikatna, że rząd zdecydował się na finansowanie z budżetu procedury, która nie tylko nie jest zabiegiem leczniczym, ale nawet nie została jeszcze unormowana w polskim prawie! Stąd tym większa histeria wśród tych, którzy nie mają kontrargumentów dla stanowiska abp. Hosera i zespołu specjalistów, którym kieruje.

Niewątpliwie, bo niechęci do tej inicjatywy nie kryje ani Aleksandra Pawlicka w „Newsweeku”, ani Katarzyna Wiśniewska w „Gazecie Wyborczej”, ostatnia fala ataków na abp. Hosera spowodowana jest również udaną pod każdym względem organizacją rekolekcji na Stadionie Narodowym dla prawie 58 tys. ludzi pod przewodnictwem ks. Johna Bashobory z Ugandy. „Newsweek” wprost zarzuca arcybiskupowi, że zaprosił kapłana z sąsiadującego z Rwandą kraju, aby zniwelować ewentualne oskarżenia o rzekomo negatywną rolę, jaką miał odegrać w rwandyjskim ludobójstwie. Zarzuca także „wrodzoną smykałkę do interesów”, bo póki co – jeszcze nie „kułackie pochodzenie”. Wcześniej wielu przedstawicieli dyktatury relatywizmu usiłowało wpłynąć na abp. Hosera, aby odciął się od ubiegłosobotniego spotkania, a najlepiej przepędził ugandyjskiego charyzmatyka. Z jednej strony przedstawiciele tzw. społeczeństwa otwartego i Kościoła otwartego w rozumieniu Karla Poppera boją się przecież masowej religijności i katolickich mas, z którymi nie potrafią rozmawiać. Świetnie się za to dogadują z tzw. „elitami”. Z drugiej zaś pamiętają ostry protest abp. Hosera przeciwko zorganizowaniu z w dniu i godzinie wybuchu Powstania Warszawskiego koncertu Louisy Weroniki Ciccone, który minister Mucha dofinansowała niezgodnie z prawem na sumę prawie 6 mln złotych. Na tym tle przewidywane powodzenie rekolekcji ewangelizacyjnych na stadionie musiało gryźć w oczy.

Sporo racji może mieć także Piotr Semka, który na portalu tygodnika „Do Rzeczy” twierdzi, że atak na abp. Hosera w „Newseeku” kierowanym przez Tomasza Lisa ma również związek z odwołaniem ks. Wojciecha Lemańskiego z probostwa w Jasienicy. Pytania o Rwandę stawiał przecież ks. Lemański Arcybiskupowi już przed paroma laty jako jeden z pierwszych! Media wykorzystujące dotąd zbuntowanego księdza w swoich atakach na Kościół podnoszą ten sam zarzut, usiłując zaszczuć Arcybiskupa na tyle, aby nie miał już sił egzekwować posłuszeństwa od ich pupila. Wiedzą bowiem, że w cywilizacyjnym sporze o człowieka i o miejsce wiary w życiu publicznym mogą stracić sojusznika, tym cenniejszego, że w kościelnych szeregach.

Jednym z powodów ataków na abp. Hosera mogą być także zawiedzione nadzieje, jakie w związku z jego powrotem do Polski wiązała „Gazeta Wyborcza” i ideowo bliskie jej media. Pisano i mówiono w nich o światłym lekarzu, obytym w świecie, nie tylko w Afryce i na Watykanie, ale również w Paryżu i w Brukseli. Nie ukrywano w nim nadziei, że zasili szeregi tzw. „Kościoła otwartego”, a nawet stanie na jego szpicy. Na Zachodzie utrzymywał przecież kontakty z bardzo wpływowym dzisiaj Prezesem Fundacji Batorego Aleksandrem Smolarem i z innymi współczesnymi moderatorami życia społecznego w Polsce. Aż tu, po powrocie do Polski, abp Hoser swoje doświadczenie z Zachodu wykorzystuje dla przeciwdziałania destrukcji Kościoła, człowieka i Polski. Głos abp. Hosera nie tylko w sprawach Ewangelii, bioetyki czy dyscypliny kościelnej, ale także w kwestii uszanowania pamięci Powstania Warszawskiego i Styczniowego czy przeciwko honorowaniu Armii Czerwonej pośród bloków, w których mieściły się katownie NKWD, brzmi dzisiaj w Warszawie najmocniej.

Przez jasne stawanie po stronie prawdy, Kościoła i narodu, abp Hoser zdobył sobie szerokie uznanie wśród duchowieństwa i wiernych w całej Polsce. A to nie tak przecież miało być… Ci, którzy się w swoich nadziejach zawiedli, tym bardziej szukają więc dzisiaj zemsty. Stąd ataki na oślep. Bo nie tylko „miłość jest ślepa”. Nienawiść też zaślepia.

 

„Newsweeka” nie kupuję

W artykule Aleksandry Pawlickiej „Karząca ręka Boga” jednym z niewielu prawdziwych stwierdzeń jest niewątpliwie to zawarte w tytule. Bo jeśli rację ma ludowa mądrość, według której: „Jak Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera”, to rzeczywiście karząca ręka Boga musiała zaciążyć nad redakcją „Newsweeka” z całą surowością. Tylko tak można zrozumieć brak rozumnego krytycyzmu redakcji wobec potoku kłamstw i prymitywnych manipulacji, które naraz w jednym tekście zmieściła Aleksandra Pawlicka.

Dla jasności zaznaczam, że „Newsweeka” nie kupuję, od kiedy kieruje nim Tomasz Lis. Zwyczajnie wstydzę się brać do ręki czasopismo, które ubliża moralności i dobrym obyczajom – począwszy od wulgarnych okładek. Co ludzie by sobie o mnie pomyśleli, widząc mnie na ulicy z czymś takim!

Artykuł Aleksandry Pawlickiej, który trafił do mnie najpierw w internetowym przeglądzie prasy, a potem w kserokopiach nadsyłanych do redakcji przez naszych Czytelników, utwierdził mnie tylko w moim postanowieniu. Bo jeśli poziom tego artykułu jest reprezentatywny dla wszystkich tekstów publikowanych w „Newsweeku” pod rządami Lisa, to ich czytanie uwłaczałoby mojej inteligencji. Myślę, że nie tylko mojej.