"Super Express" publikuje wyniki dziennikarskiej prowokacji, która miała wykazać, jak nierówno i niesprawiedliwie traktowani są "zwykli" pacjenci w porównaniu z prominentnymi politykami.

Otóż, kiedy dziennikarka dzwoniła do przychodni próbując dostać się do kardiologa, termin wizyty wyznaczano jej na co najmniej rok później. Kiedy ktoś inny "załatwiał" taką samą wizytę ale dla ministra, to nawet przy braku skierowania, wizyta okazywała się możliwa już następnego dnia.

Nikt nawet nie zapytał o nazwisko czy PESEL, które muszą podawać zwykli pacjenci. Wystarczy, że minister o dowolnej porze pojawi się w gabinecie, pod którym w kolejce czekają umęczeni chorzy. Oni, by się tu dostać, musieli czekać długie miesiące.

Czy może być bardziej jaskrawy dowód niesprawiedliwości?

- pyta "Super Express".

To skandaliczne zachowanie przychodni. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Każdy pacjent powinien być traktowany tak samo

– komentuje zachowanie przychodni Krzysztof Bąk, rzecznik resortu zdrowia.

Jego zdaniem to jednostkowy przypadek, który zdarza się niezwykle rzadko, ale chyba takie zapewnienia trzeba włożyć między bajki. Sam minister zdrowia Bartosz Arłukowicz winę zwala na... "zły" system informacyjny i słabo przeszkolonych lekarzy.

Gazeta wylicza, że średnio w Polsce chory na serce musi czekać około roku na wizytę u kardiologa, w Warszawie już blisko półtora roku, a w Lublinie ponad 2 lata.

Kiedyś Urban szyderczo zapewniał, "że rząd i tak się zawsze wyżywi". Dzisiaj ta arogancja rządzących nie uległa większej zmianie, choć obecna władza stara się nie deklarować swojej buty już tak otwarcie.


kum, "Super Express"