Oglądam TVN-owskie „Fakty”. Na końcu miejsce dla dyżurnego wesołka, zresztą zazwyczaj średnio zabawnego, ale humor to jedno z najbardziej niewymiernych i indywidualnych zjawisk. Dziś Maciej Mazur bierze na warsztat serial „Nasze matki. Nasi ojcowie”.
Opowiada, że w serialu pokazano czołg podpisany „Rudy 102”. Miano go pokazać jako zniszczony wrak podczas bitwy na Łuku Kurskim. Zdawało mi się, że serial oglądałem dokładnie, sceny tej niestety nie pamiętam, nie mam więc pojęcia, czy to dowcip od początku do końca, czy punktem wyjścia jest realny epizod filmu.
I mało mnie to obchodzi. Już bardziej to, że „Fakty” uznają całą sytuację za okazję do doskonałej zabawy. Grożąc na końcu ustami reportera Mazura telewizji ZDF konsekwencjami za rzekomą obrazę Rudego. Co zważywszy na reputację „Czterech pancernych”, dla jednych obrazka peerelowskiej propagandy, dla innych po latach dziełka stricte rozrywkowego, ma być żartem z wszystkich „oburzonych”. W stylu: Ale jaja.
Czy można śmiać się ze wszystkiego? Ależ można. W ogólnym rechocie znika sens, znika wrażliwość, znika zdolność odróżniania prawdy od nieprawdy. I pewnie o to chodzi: trafiony, zatopiony. Problemu niemieckiego serialu już nie ma. Jest sprawa przeczulonych Polaków.
Nie raz i nie dwa dystansowałem się od panującej na prawicy kultury ustawicznego oburzania się. Choć przecież nie tylko prawica się oburza: przypomnijmy wrzawę, którą nazwałbym, umownie proBaumanowo-antyrasistowską.
Na pewno jednak to, że oburzamy się za często i za łatwo nie oznacza, że powinna nam odpowiadać filozofia „Ale jaja”. Też, dodajmy, dla każdego mocno selektywna, nie dotycząca każdej osoby czy sytuacji.
Wyobraźmy sobie, że ktoś zrobił film o czyjejś matce. I że tę matkę pomówił, próbując urosnąć czy wybielić się jej kosztem. Jeśli się tym nie przejmujesz, trzymaj przynajmniej język za zębami. Ale czy musisz rechotać? Owszem, musisz, o ile chcesz pomóc temu komuś w dokończeniu brzydkiej sztuczki.
Tak się składa, że dziś pojawiło się kilka publikacji, które są spóźnioną reakcją na tamten serial. Reakcją w duchu „Polacy nic się nie stało”. Pomińmy materiał niemieckiego ambasadora w Warszawie, który na łamach „Rzeczpospolitej” przekonuje, że znamy się jako narody zbyt słabo, ale poznamy się lepiej. Może ma dobre intencje, może nie, ale gdybym ja był ambasadorem w takich okolicznościach, napisałbym coś równie okrągłego i grzecznego.
Na łamach „Gazety Wyborczej” Bartosz Wieliński zapewnia z kolei, że film dokumentalny na temat Armii Krajowej pokazany przez ZDF już po tamtym serialu w dużej mierze załatwia sprawę. Wprawdzie można go pokazać wcześniej, bo wtedy politycy PiS i „niepokorni” dziennikarze nie mieliby pretekstu do antyniemieckiej kampanii. Ale i tak dobrze. Film dokumentalny jest dowodem (choć, jak pisze Wieliński, „skromnym”), że Niemcy intencje mają jednak dobre.
Intencje mają dobre, tak tylko im coś wyskoczyło. Albo coś nie zaskoczyło. Zastanawiam się, czy debatować serio z tego typu wypowiedziami. I na przykład tłumaczyć coś, co Wieliński wie doskonale beze mnie – że zręcznie skrojona fabuła epatująca przywiązaniem do sympatycznych bohaterów to coś całkiem innego niż najlepiej zrobiony dokument. W komentarzu brakuje choćby informacji o jego oglądalności. A „Nazi matki”, jak nazwał ten serial polski Internet, miały widownię imponującą, 25-procentową. Brak też uwagi, że ten obraz trafi na razie do prawie 20 krajów, gdzie nie będzie Szewacha Weissa, żeby prostował największe bzdury.
Zastanawiam się, czy jest sens debatować z Wielińskim, bo nie mam pojęcia, o co mu naprawdę chodzi. Ludziom na prawo od siebie skłonny jest przypisywać wyłącznie instrumentalne traktowanie niemieckiego tematu (my nie możemy mieć powodu, aby film krytykować, możemy mieć najwyżej „pretekst”). Równocześnie sam był gorącym krytykiem tego filmu, ale dziś niewiele z tego zostało – skoro dokument załatwia w jego oczach prawie wszystko, a cała sprawa to głównie kwestia rozgrywki z polską prawicą.
Pan tak serio? – chciałoby się spytać. Nie wiem, co tu jest grą, co rzeczywistym poglądem. To jeden z największych koszmarów naszej, pożal się Boże, debaty. Można by nieco demagogicznie spytać: dlaczego właściwie was tak oburzają swastyki na murach Białegostoku?
Pojawił się wreszcie tekst najbardziej skomplikowany. Jarosław Giziński dowodzi na drugiej stronie „Rzeczpospolitej”, że sławetny niemiecki serial jest jednak krokiem do przodu. Musimy jedynie zbagatelizować wątek polski (komentator arbitralnie nazywa go „drugorzędnym”), i docenić, że przecież po raz pierwszy pokazano w niemieckim kinie tak plastycznie zbrodnie Wehrmachtu. Dzięki temu młodzi Niemcy dowiadują się z tego filmu o tym, że ich dziadkowie rozstrzeliwali po godzinach sowieckich komisarzy oraz polskie dzieci. A także pomagali w obławach na Żydów.
Kłopot z tym argumentem jest taki, że trudno go całkiem odrzucić. Rzeczywiście, o ile w świecie badań naukowych Niemcy już dość dawno pisali o zbrodniach swoich żołnierzy, o tyle w sferze popkultury tego tematu właściwie nie było.
Problem polega na tym, że w tej samej popkulturze nie było też bujdy, wedle której wyjeżdżający na front wschodni niemieccy oficerowie bratali się w roku 1941 z żydowskim rówieśnikiem. Nie było polskich antysemitów o tępych twarzach. I nie było wrażliwych młodych Niemców skontrastowanych z ukraińskim motłochem. Myśl Gizińskiego jest prosta: przystańmy na wizję uśrednioną, w której przyjmiemy jakąś część winy, a Niemcy będą trochę wybieleni, bo to jedyna możliwa cena za to, żeby w ogóle pamiętali, iż źle robili.
Wizja tyleż atrakcyjna, co napiszę wprost: pokrętna. Bo jeśli Niemcy do tej pory nie kręcili atrakcyjnych seriali o swoich zabawach na wschodnich terenach, to ich milczenie mogło oznaczać różne rzeczy. Niechęć do rozliczeń, ale i cichy wstyd, który jakoś tam paraliżował ich opinię publiczną. Albo to i to po trochu. Albo jedno u jednych, a drugie u innych. Fenomen tego serialu polega na tym, że proponuje się teraz ostateczne przełamanie tych niedomówień na zasadzie targu. Polacy, ośmielcie niemieckich przyjaciół swoją gotowością partycypowania w wojennych winach.
Wbrew temu co pisze Giziński, wprowadzenie do tego filmu Polaków nie jest incydentem. Reporter Mazur z TVN może sobie rechotać: tu wszystko rzeczywiście było dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. Swoje role wyznaczono Niemcom, Żydom, Ukraińcom, Rosjanom, Polakom, a nawet Amerykaninowi pokazanemu w jednej jedynej scenie – w zdobytym już Berlinie. Jest propaganda, jest i oferta.
Tyle że my się na taki targ z autorami precyzyjnie rozpisanego, propagandowego obrazu zgodzić nie możemy. Bo to jest targ kosztem naszych matek, ojców, babć i dziadków. Kto tego nie czuje, ten powinien zajrzeć w głąb samego siebie.
Jarosław Giziński zderza Niemców z obecną autorytarną Rosją, która zamierza bronić dobrego imienia swojej Armii Czerwonej drogą karnych sankcji. Ale jeśli mamy my Polacy z powodu tego rozróżnienia oddychać z ulgą, bo Niemcy jednak lepsi od Putina, to nasz forsowany marsz na Zachód, ku cywilizacji, nabiera bardzo specyficznego wymiaru.
-------------------------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------------------
Polecamy wSklepiku.pl:"Auschwitz. Medycyna III Rzeszy i jej ofiary"
autorŁErnst Klee
Na podstawie nieznanych dotychczas dokumentów Ernst Klee odkrywa historię katów w białych fartuchach, lekarzy, którzy swoim pacjentom, jeńcom wojennym, więźniom obozów koncentracyjnych wyznaczyli rolę królików doświadczalnych. Ich zleceniodawcami były znane w świecie firmy, instytuty uniwersyteckie, a przede wszystkim Wehrmacht. Klee opisuje rolę lekarzy obozowych, po raz pierwszy publikuje ich listę - wielu z nich po wojnie nadal pracowało w zawodzie.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/160587-ale-jaja-alez-nam-niemcy-zafundowali-przednia-zabawe-trwa-festiwal-po-serialu-nasze-matki-nasi-ojcowie
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.