"Warto uważnie śledzić, co będzie się działo po wrocławskiej akcji. Gdzieś na zapleczu rządu rodzi się większy plan." NASZ WYWIAD z Mariuszem Pilisem po incydencie z Baumanem

Fot. PAP / Maciej Kulczyński
Fot. PAP / Maciej Kulczyński

wPolityce.pl: Po incydencie na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie grupa narodowców głośno protestowała przeciw zapraszaniu na uczelnię Zygmunta Baumanna, aparatczyka z Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w okresie stalinowskim, znów mamy nierównowagę w komentowaniu zdarzenia przez medialny mainstream, a zwłaszcza władzę. Ministrowie rządu Donalda Tuska dostali jakiegoś szału – minister nauki Barbara Kudrycka przesłała filozofowi list pochwalny z przeprosinami, minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz mówi o uderzeniu w podstawy cywilizacji, a sam premier Tusk prorokuje „wstęp do poważnego nieszczęścia”.

Mariusz Pilis, reżyser filmowy, publicysta, dokumentalista, autor filmu „Bunt Stadionów”: - Trzeba zacząć właśnie od tego, kim był Zygmunt Bauman i kim jest dziś. W latach 50. był zatwierdzany na stanowisko szefa Oddziału Propagandy i Agitacji Zarządu Politycznego KBW. Przez jakiś czas był czynnym dowódcą w polu - łapał, być może i coś więcej (to wszystko jest do sprawdzenia w papierach IPN) dość duże ilości partyzantów z okresu powojennego. To jest jeden element jego biografii, przeciwko któremu protestowali we Wrocławiu młodzi ludzie. Z drugiej strony prof. Bauman jest niebywale wpływową osobą w Europie, mającą bardzo szerokie koneksje i będącą w stanie przenieść na Zachód informacje kształtujące wizerunek Polski.

Z jednej strony nie dziwi mnie więc, że w jego obronie stają najwyżsi urzędnicy. Z drugiej – mając na uwadze historyczną przynależność Baumana w okresie najbardziej szalejącego stalinizmu – że przeciw jego wizycie na uniwersytecie protestują młodzi ludzie, których ruch stanowi dziś poważne zagrożenie dla władzy. Ten ruch świadczy o tym, że ktoś stracił kontrolę nad tą najbardziej aksjomatyczną narracją, jaką w Polsce prowadzi się od kilkudziesięciu lat.

Ta akcja bije bardzo poważnie w środowiska, które fundują nam socjologiczne i różnego rodzaju społeczne przemiany, których polskie społeczeństwo w dużej mierze nie akceptowało, ale do pewnego momentu siedziało cicho. Teraz ustami radykalnych młodych ludzi wychodzi i głośno mówi, czego sobie nie życzy.

 

Jednak to, co mówi władza, podlane jest antykibicowskim sosem i pachnie przymiarkami do kolejnej wojny rządu z fanami piłki nożnej pod pretekstem walki z chuliganami, stanowiącymi przecież na stadionach ledwie jakiś promil. Haniebna przeszłość Baumana nie ma tu znaczenia.

Ewidentnie widać pewną grę. Od kilku miesięcy obserwuję kolejne ruchy władzy mające na celu jakąś rozprawę z młodymi ludźmi reprezentującymi środowisko kibicowskie czy narodowe. Od czasu do czasu przebijają się głosy niezadowolenia ze strony Donalda Tuska. Pan premier pozwala sobie na komentarze, które daleko wykraczają poza ocenę np. kryminalnych zachowań pojawiających się w ostatnim czasie, a próbuje je powiązać z walka polityczną. Pokazuje to, że gdzieś na zapleczu rodzi się jakiś większy plan. Ta akcja, do której władze Wrocławia ani uniwersytet nie były przygotowane, jest elementem z potencjałem do wykorzystania w bardzo krótkoterminowych celach politycznych. Warto to uważnie śledzić. Natomiast to, że nasze władze - ustami ministra spraw wewnętrznych, nauki czy pana premiera - występują w obronie człowieka szczycącego się swoją stalinowską kartą, jest co najmniej dziwne i dyskusyjne.

 

Nie wiem, czy władze nie były przygotowane na jakieś incydenty. W internecie pojawił się film, który dowodzi, że na długo przed rozpoczęciem spotkania z Baumanem policja w reżyserce nad aulą drobiazgowo ustalała wszystkie szczegóły zabezpieczenia. Antyterroryści czekali w gotowości. Czegoś się więc tam spodziewano, a może nawet – zaryzykujmy hipotezę – na coś liczono.

Obecność sił policyjnych próbujących zabezpieczyć to spotkanie świadczy o dobrej inwigilacji środowisk, które to przygotowywały i próbie wcześniejszego zabezpieczenia się przed ewentualnym zagrożeniem. Ale w tym materiale widać też poważne zaskoczenie porządkowych tym, że niemile widziana grupa jest spora i nie za bardzo wiadomo, co z nią zrobić. Jedno jest pewne – z jednej strony mamy kompletną niekompetencję służb, a z drugiej jest dla mnie okazją do wspomnień z lat 80. W moich czasach studenckich milicja obywatelska miała niepisany zakaz wchodzenia na tereny uniwersyteckie i tego się trzymała. Kilkakrotnie widziałem takie sytuacje. Jeżeli dziś dochodzi do tego, że na Uniwersytecie Wrocławskim interweniuje policja, to muszę zapytać: do jakich czasów wracamy? Do ‘68 roku? Do regulowania życia uniwersyteckiego przez siły porządkowe? Czy we Wrocławiu doszło do zagrożenia życia, zdrowia? Nie, ludzie wykrzykiwali swoje poglądy i to wydaje się ciągle trzymać w formule debaty. Choć jest to, przyznaję, zachowanie radykalne. Użycie sił porządkowych oceniam bardzo krytycznie, bo to mi przypomina najgorsze momenty z moich czasów studenckich.

 

Wspomina pan o nieprzekroczeniu granic debaty, minister Sienkiewicz twierdzi natomiast, że mamy uderzenie w podstawy cywilizacji. Mówi tak: „Uniwersytet to nie miejsce manifestacji poglądów za pomocą krzyku, to miejsce debaty w określonych ramach. Ktoś, kto chce wziąć udział, musi te reguły zaakceptować. Jeśli jesteśmy świadkami złamania tej zasady, to jest to niepokojące, bo to uderzenie w podstawy naszej cywilizacji.” Przesadził?

Świetnie! Jestem za tym, żeby zarówno pan minister Sienkiewicz jak i pan premier stworzyli ustawę i wyregulowali te sprawy tak, jak sobie życzą. Zachęcam do inwencji twórczej. Myślę, że są na tyle zmotywowani, że za chwilę będziemy mieli jakiś akt prawny w tej sprawie. Wydaje się, że nie ma lepszego elementu pasującego do układanki pt. negatywny wizerunek rządu.

 

Szef resortu spraw wewnętrznych powiedział też, że sam klub (Śląsk Wrocław), którego udziałowcem jest i który sponsoruje miasto, ma wpływ na podobne zjawiska. „Może wymuszać pewnego rodzaju zachowania, jak odbieranie wejściówek czy zerwanie z tą częścią środowiska, które jest zapleczem rasistów i neofaszystów” – tym cytatem minister dowodzi, że nie zna przepisów ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych i przepisów związkowych czy klubowych dotyczących tzw. zakazów stadionowych. One nie dają najmniejszych podstaw do odbierania wejściówek na mecze za protesty na uczelniach czy bycie mniej lub bardziej wyimaginowanym – przez ministra – zapleczem czegokolwiek.

To po pierwsze. A po drugie, mamy kolejną próbę stosowania odpowiedzialności zbiorowej, przeciwko której kibice potrafią protestować. Pokazali to niejednokrotnie. Pan minister nie rozumie specyfiki ruchów kibicowskich, a na pewno nie zna ich nieodległej historii. Przypomnę, że w Warszawie tego typu zapędy miały miejsce na Legii, gdy ITI buntowało się przeciwko kibicom, próbowało z nimi walczyć itd. Polecam analizę tych wydarzeń, bo być może wreszcie ktoś znajdzie sposób na rozmawianie z tymi ludźmi w zupełnie inny sposób. Przypominam też, że to zdarzenie we Wrocławiu nie było sprowokowane przez kibiców czy środowiska narodowe. To była reakcja na zaproszenie komunistycznego aparatczyka z okresu stalinowskiego. Reakcja spontaniczna, głośna, momentami może „nietolerowalna” jeżeli chodzi o miejsce, w którym się zdarzyła. Ale nie wolno zapominać o kontekście. W przeciwnym razie będziemy mieli różnego rodzaju teorie-humbugi, z których może wyniknąć tylko zło.

 

Dobrze zna pan środowisko kibicowskie, zrobił pan o nim film. Jak pan sądzi, w którą stronę pójdzie ta odsłona wojny rządu z kibicami? Widać, że rzeczywiście władza się przygotowuje. Wspominał pan o Legii, na której był duży konflikt, a dziś to wzorowy stadion, którym pod względem zachowania kibiców, opraw, dopingu możemy się chwalić w całej Europie (i miejmy nadzieję, że już za kilka tygodni będziemy mogli w Lidze Mistrzów). Przychodzą tam rodziny z dziećmi, kibice zachowują się bez zarzutów, poza sporadycznymi wulgaryzmami, których z obiektów sportowych chyba nigdzie na świecie nie da się wyplenić.

Powiem więcej – kibice Legii doceniają tę sytuację, widzą, że mają jako prezesa klubu człowieka, który chce z nimi rozmawiać i słuchać, co mu komunikują. Z tej współpracy i prekursorskiej postawy klubu rzeczywiście rodzi się coś bardzo ciekawego. Kibice w Warszawie odpłacają się pięknym zachowaniem. I być może to jest droga, która należy iść. Dziś mamy do czynienia tylko z zastosowaniem mechanizmów represji jako środka w dialogu między środowiskami kibicowskimi a władzą. Do czego to doprowadzi? Trudno powiedzieć, bo każdy drobny element może być wykorzystany do jakiejś rozprawy, rozdmuchania kampanii mogącej prowadzić do wariantów ulicznych. Przestrzegałbym przed tym.

W ostatnim tygodniu pan premier odniósł się do tragicznego zdarzenia w Krakowie, które wstrząsnęło całą Polską. Został zabity kibic Wisły – odcięto mu rękę i zostawiono, by się wykrwawił. To sytuacja absolutnie dramatyczna, karygodna i trzeba takie rzeczy tępić z całą surowością. Pan premier natomiast pozwolił sobie dołożyć do tego pewną nadbudowę polityczną kierując uwagę społeczną nie przeciwko tym, których należy łapać i zamykać, ale przeciwko tym, którzy próbują z tym środowiskiem w jakiś sposób rozmawiać, czy choć dostrzegają pewne pozytywne elementy, które się w nim dzieją. Widać, że przy okazji takiej tragedii pan premier ma na uwadze wyłącznie gry polityczne, w których może coś uzyskać. To nie jest dobra droga. Kibice wiedzą, że takie elementy prowadzą do eskalacji problemu, na co są przygotowani. To przecież środowiska radykalne, które nie boją się konfrontacji.

 

Rozmawiał Marek Pyza

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...