NASZE MATKI, NASI OJCOWIE – polska wersja alternatywna...

W 2008r. TVP S.A. ogłosiła konkurs na film o wysiedleniach Polaków przez Niemców w czasie II wojny światowej; warunkiem udziału w nim było opowiedzenie historii prawdziwej, udokumentowanej. Napłynęło w sumie 98 prac, spośród których jury wybrało do realizacji właśnie moją „story” (tytuł roboczy: :”Ojczyzna wam będzie matką”), w której opisałem fragment wojennego życia mego ojca, Stanisława Makowieckiego.


Poniżej link:
http://www.polskatimes.pl/artykul/37953,polacy-i-niemcy-wspolnie-zrobia-film-o-wysiedlonych,id,t.html

Po roku pracy napisany scenariusz dwugodzinnej fabuły i 7 odcinków serialu telewizyjnego został zaakceptowany i odebrany zarówno merytorycznie, jak  i artystycznie przez telewizyjnych recenzentów.

Zapłacono mi za poświęcony czas i wysiłek i  ... gotowe scenariusze powędrowały na coraz bardziej zakurzoną półkę, na której to leżą do dnia dzisiejszego.

Ogromne zainteresowanie wykazał natomiast dziennikarz niemiecki, który specjalnie przyjechał do Polski, żeby wypytać mnie, jak bardzo moja opowieść szkalować będzie naród niemiecki. Moja odpowiedź, że „scenariusz zawiera tylko prawdę historyczną” poważnie go zaniepokoiła...

W tzw. międzyczasie kierownictwo Agencji Filmowej zmieniło się wielokrotnie, ale żadna z kolejnych ekip nie była zainteresowana produkcją polskie wersji „Unsere Mütter, unsere Väter”...

Być może trzeba będzie czekać na kolejna zmianę w kierownictwie Agencji Filmowej... I całej TV...

Być może mój film nigdy nie powstanie. Być może sam napiszę  powieść o tamtych okrutnych latach, gdy łamane były po kolei wszystkie przykazania Dekalogu...

Ale być może – przy okazji zamieszania związanego z emisją  serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” – znajdą się w kraju jacyś ludzi dobrej woli (i z możliwościami produkcyjnymi), którzy spróbują opowiedzieć naszą wersję II wojny światowej wg gotowych już, profesjonalnych scenariuszy... Czego bym sobie, Państwu a zwłaszcza mojemu żyjącemu jeszcze ojcu Stanisławowi bardzo życzył...

Poniżej drukuję pisane pospiesznie i na kolanie streszczenie wojennych losów Staszka Makowieckiego, które posłużyły mi za kanwę do napisania scenariusza. Filmowa opowieść jest zapewne barwniejsza, pełna hollywoodzkich zwrotów akcji, zawiera obowiązkowy wątek romansowy, sceny batalistyczne etc. etc. To poniżej nie jest  nawet treatmentem (streszczeniem fabuły). Jest to po prostu chronologiczna opowieść o prawdziwym życiu jednej z polskich rodzin. Bo tak naprawdę – to prawie w każdej polskiej familii przechowuje się takie historie. Tylko dlaczego w Polsce nikt nie chce ich nagrywać?

OJCZYZNA  WAM  BĘDZIE  MATKĄ – II wojna światowa z perspektywy „Ziemi Dobrzyńskiej”...

W sierpniu 1939r. w powiatowym Rypinie (Ziemia Dobrzyńska) czuło się już wyraźnie wiszącą w powietrzu wojnę. Koncentracja wojsk niemieckich za niedaleką granicą nie uszła uwadze polskiego wywiadu. Okoliczna mniejszość niemiecka (ok. 7% populacji) – ciesząca się znacznymi przywilejami – nie kryła się zbytnio ze swymi prohitlerowskimi sympatiami, a ewangelicki pastor Krushe (członek NSDAP) – pod pretekstem spotkań „psalmowych” – intensywnie mobilizował do działania germańską V kolumnę.

Na rypiński posterunek policji docierały liczne sygnały o podejrzanych księżach i zakonnicach, którzy pojawiali się nagle w okolicy; ze względu na wysportowane sylwetki „duchownych” podejrzewano, że pod tym pacyfistycznym przebraniem kryją się niemieccy sabotażyści i szpiedzy.

W tym czasie w odległej od Rypina o 8 km wiosce Linne Teofil Makowiecki przekazywał  swemu synowi Staszkowi gospodarstwo; w związku z powszechną mobilizacją musiał stawić się w jednostce w Toruniu.  Dla uczestnika Bitwy Warszawskiej z 1920r wojna nie była czymś nowym; Teofil martwił się jedynie, czy  żona z dziesięcioletnim chłopakiem i jego trzema siostrami poradzą sobie z  ciężką pracą na roli i przy inwentarzu. 

1 września Staszek nie poszedł do szkoły; oglądał za to zbombardowany szpital w Rypinie; widział umierających na trawniku poranionych pacjentów i personel medyczny. Niemcy zrzucili bomby  na szpitalny budynek pomimo tego, że dach oznakowany był ogromnym czerwonym krzyżem. A może właśnie dlatego to zrobili?...

Wkrótce przez Rypin przetoczyły się kolumny pancerne Wehrmachtu. Żołnierze niemieccy byli nawet mili, rozdawali dzieciom cukierki i robili sobie z nimi zdjęcia (które publikowano potem w niemieckich gazetach). Najgorsze miało dopiero nadejść...

Gdy do byłego budynku policji wprowadziło się SS i gestapo – dla mieszkańców Rypina i okolic zaczął się krwawy horror. Wg list sporządzonych m.in. przez pastora Krushe rozpoczęło się polowanie na polskich patriotów. Pod pretekstem inauguracji roku szkolnego  zwabiono i zatrzymano rypińskich nauczycieli. Równolegle szły aresztowania ziemian, księży, urzędników państwowych, policjantów, działaczy społecznych i in.

Pod koniec września, w porwanym mundurze wrócił do domu Teofil Makowiecki. Był brudny, wychudzony, wygłodzony  i ranny; ze względu na obecność wojsk niemieckich mógł się przemieszczać  się tylko  nocami.  Jego oddział został rozbity, front przesunął się zbyt daleko, żeby mógł dołączyć do innych, walczących w głębi kraju jednostek. Teofil zakopał pod stodołą karabin. I ze zgrozą obserwował metamorfozę swoich niektórych  sąsiadów (w Linnem mieszkało przed wojną 12 rodzin niemieckich)... 

Polaków doprowadzali na gestapo miejscowi Niemcy, sformowani w formację paramilitarną, tzw.  Selbstschutz (Samoobrona). Brali oni bezpośredni udział w okrutnych torturach i przesłuchaniach aresztowanych mieszkańców Rypina – zwykle swoich sąsiadów, nauczycieli, księży, znajomych. Piwniczne komórki przeznaczone zwykle na kartofle czy węgiel przepełnione były do granic możliwości ciasno upakowanymi na stojąco więźniami. Przez ażurowe, drewniane furty mogli oni oglądać  sceny kaźni i słyszeć krzyki męczonych na śmierć współtowarzyszy niedoli (tortury odbywały się w korytarzu łączącym  te wszystkie pomieszczenia). Było to zwykle długotrwałe okładanie pejczami rozciągniętej na beczce ofiary; jeśli śmierć nie przychodziła zbyt szybko – życie nieszczęśnika kończyła  kula, bagnet lub kolba karabinu..

W przypływie „dobrego humoru” sadystyczny komendant Knittel urządzał sobie „safari”, każąc biec do wyjścia wybranym skazańcom; nawet, jeśli jakimś cudem udało się nieszczęśnikowi dobiec do zbawczych schodów, czekał tam już na niego SS-man z karabinem...

Całymi nocami z piwnic gestapo dobiegały przeraźliwe krzyki mężczyzn i kobiet, przerywane strzałami. Na ranem oprawcy przenosili się na drugą stronę ulicy - do luksusowej, zarekwirowanej żydowskiemu bogaczowi  willi –  gdzie przy dźwiękach marszów odtwarzanych z patefonu oddawali się pijaństwu i gwałcili wybrane więźniarki. W tym czasie żydowscy wozacy wywozili zwłoki pomordowanych do zbiorowych mogił w okolicznych lasach... Cieknącą za furmankami czy ciężarówkami krew zasypywali piaskiem. Na koniec sami ginęli od strzału w tył głowy...

Rodzina Teofila miała świadomość tymczasowości swego losu. Ze względu na włączenie Ziemi Dobrzyńskiej do III Rzeszy zlikwidowano całą inteligencję polską w tym regionie. Majątki,  zakłady, warsztaty, domy i  mieszkania pomordowanych lub wysiedlonych Polaków przejmowali niemieccy osadnicy z Bawarii, Prus, Besarabii itp. Polskim uczniom odebrano prawo chodzenia do szkoły, a obowiązkiem pracy dla Niemiec objęto już 10-letnie dzieci (w Generalnej Guberni ten wiek wynosił 14 lat).

Makowieccy mieli świadomość, że po wymordowaniu miejscowych elit terror obejmie w następnej kolejności  takich jak oni prowincjonalnych, średnich gospodarzy. Sąsiad zza miedzy, całkiem przyzwoity Niemiec niejaki Schmidt namawiał ich wielokrotnie do podpisania volkslisty (listy narodowej), umożliwiającej im pozostanie na gospodarstwie; Teofil za każdym razem zdecydowanie odmawiał.

Tymczasem pętla wokół Polaków na Ziemi Dobrzyńskiej zacieśniała się. Władze okupacyjne rekwirowały pod karą śmierci dosłownie wszystko: od broni myśliwskiej, przez białą broń, radia, patefony, płyty gramofonowe, aparaty fotograficzne, książki... Przymus pracy i obowiązkowe dostawy rujnowały polskie gospodarstwa. Na porządku dziennym była oficjalna grabież; obywatel Niemiec mógł odebrać polskiej rodzinie dosłownie wszystko.
Hitlerowcy spalili  bożnicę żydowską, o  co oskarżyli  ... samych Żydów, nakładając na nich za ten czyn ogromną karę finansową...  I zmuszając do rozbiórki pogorzeliska.

Niemcy spieszyli się, aby – do czasu, gdy ze względu na trwającą kampanię obowiązuje prawo wojenne – zabić maksymalną liczbę cywilów; dlatego do końca 1939r.  piwnicach gestapo w Rypinie zamęczono/zamordowano ok. 1.000 osób. Chcąc zwiększyć „przerób”  zaczęło wywozić Polaków do okolicznych lasów; tam uśmiercano ich przy pomocy karabinów maszynowych i grzebano w ogromnych dołach; w samym tylko lesie skrwileńskim zidentyfikowano po wojnie ok. 2.500 ofiar niemieckiego ludobójstwa... Dowożono również skazańców spoza powiatu; szczególnie tragiczna jest historia grupy 50 polskich harcerzy z Grudziądza;  ubrani w letnie mundurki chłopcy do końca sądzili, że jadą do Niemiec do pracy...  Za miastem ciężarówka skręciła nagle do lasu... I wyjechała już pusta...

Gdy wymordowano już całą  rypińską  elitę – okupant postanowił raz na zawsze rozwiązać problem żydowski. Ponieważ  nie było jeszcze wtedy gett ani obozu Auschwitz – wydano wszystkim rypińskim Żydom nakaz stawienia się z bagażem podręcznym na Rynku miasta. Następnie wyprowadzono ich za rogatki  i ... pod karą śmierci zabroniono wracać do domu. Kolumna Żydów z walizkami, torbami, plecakami, wózkami pomaszerowała karnie w kierunku Łodzi, wielokrotnie napadana i rabowana po drodze przez uzbrojone watahy Selbstschutsu i „normalnych”, cywilnych Niemców...   

W rezultacie w styczniu 1940r. z 3,5 tysiąca starozakonnych mieszkańców dziesięciotysięcznego Rypina zostało w mieście zaledwie ... 7 osób, reprezentujących potrzebne okupantowi profesje...

Rodzina Makowieckich cieszyła się z każdej darowanej od losu nocy spędzonej we własnych łóżkach; ich świat zawalił się 31 marca 1941.Tuż przed północą zbudziło ich ujadanie psa, przerwane strzałem... Do domu wtargnęli gestapowcy i dali im 5 minut na spakowanie się; klucz mieli zostawić w drzwiach. Akcją dowodził sąsiad zza miedzy, SS-man, niejaki Lejda. Niemiec z wściekłością zrzucił na podłogę i podeptał wiszący w salonie obraz „Bitwa pod Grunwaldem”. Bez wstydu chodził też po pokojach i szabrował to, co mu się akurat  spodobało. Furmanką odwieziono rodzinę Makowieckich na dworzec kolejowy w Rypinie, gdzie – wraz z innymi wysiedlonymi polskimi rodzinami  -  zapakowano ich do bydlęcych wagonów i przewieziono do obozu przejściowego w Toruniu, słynnej „szmalcówki” (zlokalizowanej w nieczynnej fabryce smalcu; stąd nazwa). W drodze z dworca do obozu miejscowi Niemcy szydzili z eskortowanych Polaków; stare kobiety pluły na nich, młokosy rzucały za nimi  kamieniami...
Głód, wszy, choroby zakaźne i komendant (eks-bokser), trenujący na wybranych więźniach siłę swego ciosu spowodowały, że Teofil ucieszył się  z perspektywy „przeprowadzki”  swej rodziny do obozu w Siedlcach, zlokalizowanego w zlikwidowanym getcie żydowskim. Niestety – jego radość była przedwczesna; podczas transportu stanął w obronie czci swej żony, za co  został przez strażników zatłuczony na śmierć... Wszystko to działo się na oczach jego  dzieci...      

Nie chcąc podzielić losu ojca Staszek wraz z rodziną przy pierwszej nadarzającej się okazji uciekł z obozu;  po wielu perypetiach – piechotą przez pół Polski i pilnowany na Wiśle w Płocku most (odczekali do niedzieli i przeszli - mieszając się z ludźmi idącymi do kościoła) Makowieccy wrócili znowu do Rypina...
Tam każde z nich zamelinowało się u innej gałęzi rodziny (w ich domu mieszkali już niemieccy osadnicy). Staszek trafił pod opiekę wujka Rocha, brata mamy...

W związku z zapotrzebowaniem na żywność dla prowadzonej na wielu frontach wojny  terror władz okupacyjnych na Ziemi Dobrzyńskiej nieco zelżał... Sprowadzeni z Besarabii prymitywni potomkowie „herrenvolk” zupełnie nie radzili sobie z gospodarką rolną w naszym klimacie, stając się pośmiewiskiem dla „cywilizowanych” Niemców z Rzeszy... Jednak to „poluzowanie” miało swoje granice; gdy stacjonujący pod Rypinem żołnierze z „Luftwaffe” przegrali mecz piłkarski z miejscowymi polskimi nastolatkami (2:5) – przed meczem rewanżowym gestapo „zgarnęło” całą rypińską drużynę... I to mimo sprzeciwu  niemieckich lotników! Młodocianych  piłkarzy oskarżono o obrazę Rzeszy i rozesłano po obozach pracy...

Kiedy u rodziny Staszka pojawił się żandarm szukający robotników przymusowych na wyjazd do III Rzeszy – wujek bez wahania oddał Staszka-sierotę  do transportu – zapewne uratował tym od wywózki  jednego ze swoich synów... Cóż, bliższa koszula ciału...

Po upokarzającym targu niewolników (prawie jak w „Chacie wuja Toma”) dwunastoletni  chłopak trafił na 3,5 roku  do niemieckiego bauera, do nielimitowanej czasem, wyczerpującej pracy. Spał w oborze, ze zwierzętami, żywił się surową brukwią i podkradanymi świniom kartoflami, bity przez swego właściciela z byle powodu, a zwykle i bez powodu.

Kiedy pod koniec 1944r słychać już było armaty Armii Czerwonej – jako 16-letni furman Staszek zmuszony był ewakuować się wraz ze swymi  właścicielami-gospodarzami w głąb Meklemburgii.  Patrzył na wypakowane po brzegi własnym i nakradzionym majątkiem wozy, na krowy i konie doczepione do pawęży furmanek i wspominał bagaż podręczny, z którym wyrzucono ich z rodzinnego domu w Linnem...

Po dotarciu na miejsce niepotrzebnego już bauerowi niewolnika przejęła organizacja Todt; wraz z jemu podobnymi jeńcami  wiosną 1945r Staszek kopał w zmarzniętej ziemi okopy i transzeje dla wojska; jeśli nie wykonał planu 8 kubików na zmianie  - szedł głodno spać... Kilka razy omal  nie zginął podczas nalotów alianckich; z powodu zgubionej przepustki  cudem nie został rozstrzelany przez szalejących na linii frontu niemieckich żandarmów...

Kiedy na początku maja Staszek  zobaczył czołgi pancerniaków generała Maczka – wiedział już, że nic mu nie grozi. Kolejnych kilka miesięcy spędził w wojskowym lazarecie (z powodów anemii i niedożywienia stracił na jakiś czas wzrok). Wstąpił do polskiego harcerstwa w tzw. Maczkowie w Niemczech. Do kraju wrócił latem 1947r.;  sierotę do powrotu  przekonał agitator  - oficer LWP, który obiecywał patetycznie: „Ojczyzna wam będzie matką”...
Gdy w charakterystycznej bluzie wojska polskiego na zachodzie Staszek schodził ze statku po trapie na ojczysty ląd, otrzymał od pograniczników LWP pierwszą lekcję pokory...
Ojczyzna powitała go jak macocha.
A z zabudowań ojcowizny nie został nawet  kamień na kamieniu – Niemcy wybudowali na miejscu domu Makowieckich  lotnisko polowe...  

Ale powojenne losy Staszka -  to już jest opowieść na zupełnie  inny scenariusz...    

Z cyklu – znalezione w sieci – jedna z ballad, jaka miała pilotować film „Ojczyzna Wam będzie matką”... Utwór „Szloch” z płyty „Katyń 1940”: