To drugi w ciągu dwóch lat przypadek targnięcia się na życie przed kancelarią premiera. Andrzej Filipiak, który wczoraj podpalił się w Al. Ujazdowskich przebywa w szpitalu. Jest w śpiączce farmakologicznej. O jego desperackim czynie rozmawiamy z Andrzejem Żydkiem, który zrobił to samo w 2011 r. Ten były policjant i kontroler w Urzędzie Skarbowym protestował w ten sposób przeciwko tuszowaniu ujawnionych przez niego nieprawidłowości, zwolnieniu z pracy, szykanowaniu i pozostawieniu samemu sobie.

 

wPolityce.pl: - Co pan pomyślał, gdy dowiedział się wczoraj, że ktoś podpalił się przed kancelarią premiera?

Andrzej Żydek: - Pierwsza myśl? Następny biedny człowiek. Nie widział wyjścia z trudnej sytuacji życiowej, chciał coś pokazać, a wręcz wykrzyczeć. Całe szczęście, że żyje. Byłoby mi go naprawdę żal, gdyby zginął, bo i tak wydaje mi się, że nic nie udowodni. Wiem to po swoim przykładzie. Takimi ludźmi nikt się nie przejmuje. Proszę zauważyć – człowiek pochodzi z biednej wioski, bierze 30 złotych, dojeżdża do Warszawy płacąc za bilet. A przecież mógłby w takiej sytuacji pojechać na gapę. Porozmawiał ze związkowcami protestującymi przed KPRM – tak przynajmniej donoszą media – powiedział, że ma tego dość i zrobił to, co zrobił. Nerwy mu puściły. Nie wytrzymał psychicznie. Ogromnie się cieszę, że trafił do szpitala przy Szaserów, bo są tam wspaniali lekarze. Mam nadzieję, że przywrócą go do zdrowia fizycznego i psychicznego. Nie wiem tylko, czy ktoś coś z tego zrozumie. Bo to, co się ostatnio dzieje przechodzi ludzkie pojęcie.

 

Pan jest chyba jedynym, którego można zapytać o to, co kieruje człowiekiem gotowym na taki krok. Co siedzi wówczas w głowie? Jakie myśli kołaczą u osoby mającej kochającą rodzinę, a posstanawiającej odebrać sobie życie, a na pewno je zaryzykować i to w tak dotkliwy sposób?

To jest totalna bezsilność. Człowiek zderza się z murem, którego nie da się przebić. W moim przypadku dodatkowo próbowano zrobić ze mnie idiotę. Pan Andrzej, który wczoraj podpalił się przed KPRM miał niesłychanie ciężką sytuację i żadnych perspektyw.

 

To może być, czy też powinien być jakiś sygnał dla władzy? Żona Andrzeja Filipiaka mówi, że winą za swoją sytuację obarczał on rząd, którego polityka sprawia, że ludzie nie mają pracy, brakuje im środków do życia. Największe media jakoś nie zwracają dziś na to uwagi.

Pan Andrzej pochodzi z Kielecczyzny, gdzie nie żyje się łatwo, ale przecież w całym kraju jest narastający problem bezrobocia. Ludzie wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu pracy. Ci, którzy nie mają takiej możliwości, zostają i muszą sobie radzić, często w skrajnie trudnych warunkach. Kto jest odpowiedzialny za sytuację na rynku pracy, jeśli nie rząd? Po coś ten parlament wybieramy i po coś powstaje rząd. Ale rząd ma to w nosie. Czy pan Tusk się kogoś słucha? Słychać mnóstwo głosów ekspertów, że sześciolatki nie dorosły do szkoły podstawowej, a on mówi, że się nie ugnie. Zebrano milion podpisów w proteście przeciw reformie i pod wnioskiem o referendum, a pan Tusk mówi, że on to musi wprowadzić. I podpiera się na konferencji „autorytetem” pani Doroty Zawadzkiej, która podobno sama miała problemy ze swoimi dziećmi. Superniania doradza panu premierowi. Śmiechu warte. Ludzie tego nie wytrzymują. Pan Andrzej słusznie obarcza za to, co się dzieje, ten rząd i pozostałe, bo one nie były dużo lepsze .

 

A co się dzieje u pana? Czy udało się znaleźć pracę?

Po raz kolejny moje dzieci nie dostały się do przedszkola. Nie jesteśmy patologiczną rodziną, nie biję żony, nie mam założonej niebieskiej karty. Żona pracuje, ale jej zarobki nam nie wystarczają. Zaczynam się zastanawiać, czy nie szukać pracy gdzieś na nocnej zmianie. System, w którym żyjemy, jest chory. Poszedłbym do pracy, gdybym nie musiał siedzieć z czterolatkami w domu. Nie stać mnie, by płacić za przedszkole prywatne. 18 czerwca mają urodziny – jak bracia Kaczyńscy. Starszy syn chodzi do szkoły jako sześciolatek. On sobie radzi, ale inne dzieci mają kłopoty. Zostały uszczęśliwione na siłę.

 

A czy cokolwiek dzieje się jeszcze w sprawie, którą pan chciał nagłośnić? Tuż po pana desperackim kroku premier powiedział, że w Urzędzie Skarbowym, w którym pan pracował nie było żadnych nieprawidłowości. Po wielu miesiącach prokuratura stwierdziła, że owszem były, ale nie ma podstaw, by stawiać komukolwiek zarzuty. Sprawę definitywnie zamknięto?

Takie postanowienie było dla nich najwygodniejsze. Inaczej musieliby przyznać, że karalność czynów urzędników skarbowych w większości przypadków się przedawniła. Najlepiej było więc stwierdzić, że doszło do uchybień niekwalifikujących się do postępowania karnego. Ale nawet gdyby stwierdzono inaczej, nikt nie poniósłby konsekwencji – przez opieszałość prokuratury, Izby Skarbowej etc. Wie pan co jest zastanawiające? Umorzono śledztwo po trzech miesiącach. Następnie przez rok państwo polskie dawało pieniądze na prowadzenie wznowionego postępowania. Miałem różne przecieki z mediów o potwierdzaniu się tych nieprawidłowości i wykrywaniu nowych, o których nawet ja nie wiedziałem. Przez ten rok ani razu nie zaproszono mnie na przesłuchanie. Rozumie pan coś z tego? Przecież chyba powinno się zacząć od osoby, która ma dużą wiedzę w tej materii. Następnie sprawę umorzono postanawiając, jak wspomnieliśmy wyżej. Okazało się, że nieprawidłowości kwalifikowały się do postępowań dyscyplinarnych, ale to też jest już przedawnione. Aferę w majestacie prawa zatuszowano. Żyjemy w ciekawym kraju...

 

Rozmawiał Marek Pyza

 

CZYTAJ TAKŻE:

NASZ WYWIAD. Andrzej Żydek: "znów okazało się, że prawo jest dla maluczkich. Ci, którzy odpowiadają za stan finansów państwa, pozostają bezkarni"