Fundacja DKMS-Polska próbuje ratować nadszarpnięty wizerunek i wycofuje się z procesów o ochronę dóbr osobistych przeciwko hematologom z Katowic, którzy trzy lata temu w programie „Misja specjalna” krytycznie wypowiadali się na jej temat.

We wtorek pełnomocnik DKMS-Polska podczas rozprawy o ochronę dóbr osobistych przeciwko doc. Mirosławowi Markiewiczowi z Kliniki Hematologii i Transplantacji Szpiku w Katowicach niespodziewanie zakomunikował, że fundacja rezygnuje z dalszego procesu. Sąd Okręgowy w Katowicach umorzył sprawę.

Dlaczego DKMS-Polska zmieniła politykę? Można jedynie się domyślać, że ma to związek z głośnym wyrokiem, jaki w grudniu ubiegłego roku zapadł w procesie wytoczonym o ochronę dóbr osobistych o prof. Sławomirze Kyrcz-Krzemień, która jest szefową Kliniki Hematologii i Transplantacji Szpiku w Katowicach oraz konsultantem wojewódzkim w dziedzinie hematologii.

Zapadł wówczas miażdżący wyrok, którego skutki wizerunkowe Fundacja DKMS-Polska będzie jeszcze długo odczuwać. Otóż sąd stwierdził, że fundacja lobbowała za przeprowadzaniem przeszczepów polskich dawców szpiku w Niemczech, i uprawiała turystykę transplantacyjną. Pełnomocnik DKMS-Polska stwierdził także, iż fundacja wycofuje także apelację, która została wniesiona od niekorzystnego wyroku w procesie przeciwko prof. Kyrcz-Krzemień.

Dlaczego wybitna lekarze i naukowcy przez ponad dwa lata byli narażeni na stres tłumaczenia się ze swoich prawdziwych wypowiedzi? To proste - Fundacja DKMS-Polska poczuła się urażona wypowiedziami prof. Sławomiry Kyrcz-Krzemień i dr hab. Markiewicza w programie „Misja Specjalna” w 2010 roku. Wówczas ujawniono, że dane dawców szpiku zarejestrowanych przez DKMS-Polska są przekazywane do Centralnego Narodowego Niemieckiego Rejestru Dawców (ZKRD), o czym dawcy nie są nawet informowani. Dochodziło do paradoksalnych sytuacji - polscy dawcy szpiku, zamiast oddawać szpik w kraju, byli wywożeni na pobranie do Niemiec. Trafiali najczęściej do prywatnej firmy - kliniki, gdzie pobierano im szpik. W tej firmie udziały ma jeden z obywateli niemieckich zasiadających w Radzie Nadzorczej DKMS-Polska. Chodzi o prof. Gerharda Ehningera i firmę Cellex. Właśnie o całej tej patologicznej sytuacji wypowiadała się m.in. prof. Kyrcz-Krzemień oraz dr hab. Mirosław Markiewicz.

Fundacja DKMS-Polska została ustanowiona przez spółkę DKMS (Deutsche Knochenmarkspenderdatei Gemeinnutzige GmbH) z Tuebingen w październiku 2008 roku. DKMS to jedna z największych baz danych dawców szpiku na świecie. Nie zajmuje się „poszukiwaniem dawców” - nie posiada takich uprawnień, ani w Polsce, ani za granicą. W Polsce bardzo prężnie działa jej „córka”, czyli Fundacja DKMS-Polska, która rekrutuje polskich dawców do niemieckiego rejestru ZKRD.

Już wyrok Sądu Okręgowego w Katowicach w grudniu 2012 r. potwierdził, że pani profesor mówiąc o „układzie” nikogo nie zniesławiła.

Uzasadnienie wyroku ukazało przy okazji dosyć perfidną taktykę wobec pozywanych naukowców i dziennikarzy. Otóż po krytycznym artykule czy materiale, niemal natychmiast do redakcji czy autora przychodzi kilku stronicowe domaganie się sprostowania, przeprosin - a w przypadku odmowy ich zamieszczenia – pozew z żądaniem wysokiego zadośćuczynienia. Nic dziwnego, że krytyczne artykuły o Fundacji DKMS ukazują się rzadko. „W ocenie sądu nie jest tak jak twierdzi strona powodowa [czyli Fundacja DKMS-Polska – przyp. AB], że wypowiedzi strony pozwanej istotnie naruszyły jej dobra osobiste. Strona powodowa wyjmując z kontekstu wypowiedzi pozwanej uwypukliła i podnosiła  te okoliczności, które w ocenie sądu miały skutkować korzystnym rozstrzygnięciem dla strony powodowej” – uzasadniał sąd w procesie prof. Kyrvcz-Krzemień.

Konsekwencje, nie tyle wytaczanych procesów przez fundację, co spraw przegranych, dotknęły dyrektorkę DKMS-Polska - Kingę Dubicką, która w kwietniu straciła stanowisko. Z moich informacji wynika, że to Dubicka była zwolenniczką pozywania autorów krytycznych wypowiedzi o DKMS-Polska.

O jej roli w działalności Fundacji DKMS-Polska wypowiedział się katowicki sąd w grudniu w uzasadnieniu wyroku w procesie prof. Kyrcz-Krzemień:

 

W toku postępowania wykazano bowiem, że do roku 2010, co zresztą potwierdziła sama świadek Kinga Dubicka [dyrektor DKMS-Polska] zeznając: >>Dokładnie do dnia 10 września 2010 roku wszelkie pobrania od potencjalnych dawców miały miejsce na terenie Niemiec<<. Świadek Kinga Dubicka stwierdziła, że pierwsze pobranie na terenie Polski miało miejsce 10 września 2010 roku. Co za tym idzie wypowiedź pozwanej w tym zakresie, że dawca jest przewożony do Niemiec, polegała na prawdzie. Użyte przez pozwaną słowo „najgorsze jest to”, które było podkreślane przez stronę powodową jako słowo sugerujące największe zło jakie może spotkać potencjalnego dawcę, Sąd uznaje za wiarygodne w tym zakresie twierdzenia strony pozwanej, że nie było to użyte w takim kontekście jak wskazywała to i próbowała wykazać przed sądem strona powodowa, ale że słowo to oznaczało, że dawca powinien mieć pobranie najbliżej miejsca zamieszkania.


Sąd przyznał tym samym rację prof. Kyrcz-Krzemień, która w programie „Misja Specjalna” powiedziała, że „najgorsze jest to, że dawca jest przewożony do Niemiec”. Profesor stwierdziła wówczas, że jest przeciwna „turystyce przeszczepowej”, czyli przypadkom wywożenia polskich dawców do Niemiec, gdzie pobierano od nich szpik. Ten szpik następnie trafiał do polskich klinik, które przeszczepiały go swoim pacjentom. Dawca zatem zamiast trafiać na pobranie szpiku do polskiej kliniki, z odpowiednimi akredytacjami i pozwoleniem Ministra Zdrowia, podróżował za granicę do firmy bez żadnych akredytacji. Również bez pozwolenia MZ.

Powodem takiego schematu działania są pieniądze. Zabieg i szpik kostny pobrany w naszym kraju jest kilka razy tańszy od tego, który był pobierany w niemieckiej klinice. DKMS-Polska przyznawała, że jest organizacją non-profit, ale otrzymuje zwrot kosztów za pobrany szpik – w kraju to ok. 25 tysięcy złotych. To dochodowy interes. Naturalnie, kiedy pobrania dokonywano w Niemczech, to było to kilkakrotnie więcej (14 tysięcy euro, czyli ok. 60 tys. zł.).

Fundację DKMS-Polska oburzyło pojęcie „turystyka przeszczepowa”. Sąd jednak stwierdził, że zgodnie z umowami międzynarodowymi, ratyfikowanymi przez Polskę (Deklaracja Stambulska)

podróże transplantacyjne stają się turystyką transplantacyjną, jeżeli wiążą się z handlem organami lub komercją transplantacyjną, albo jeśli źródła, mające zapewnić  przeszczepy pacjentom spoza kraju osłabiają możliwości danego kraju do zapewnienia usług transplantologicznych na własnym terytorium. W ocenie Sądu działalność strony powodowej, która właśnie dopuszczała możliwość pobrań tylko i wyłącznie za granicą osłabia możliwości polskiego kraju do zapewnienia usług transplantologicznych. Strona powodowa w żaden sposób nie zanegowała twierdzeń pozwanej, że w przypadku jeżeli chcemy skorzystać z rejestru ZKRD musimy się do tego rejestru o taką zgodę zgłosić, pomimo że tam zarejestrowany jest dawca pochodzący z Polski.

Sąd zajął się również lobbingiem, o którym wspominała prof. Kyrcz-Krzemień w „Misji specjalnej”:

Sąd pragnie tylko zaznaczyć, że sama świadek Kinga Dubicka składając zeznania przyznała, że publicznie wypowiadała się podczas konferencji uzgodnieniowej organizowanej przez Ministerstwo Zdrowia za możliwością dokonywania pobrań za granicą. Skoro sama świadek Kinga Dubicka przyznaje, że taka okoliczność miała miejsce, że wyrażała swój pogląd wśród znawców tematu, gdzie ważyły się losy dotyczące konkretnych zapisów, i wskazywała, iż opowiadała się za możliwością dokonywania pobrań zagranicą. Potwierdziła tym samym, że propagowała to rozwiązanie, aby było ono przyjęte w ustawodawstwie polskim, a jeżeli propagowała i popierała coś, to tym samym, biorąc pod uwagę definicję słowa lobbing, lobbowała za takim rozwiązaniem.