Piotr Cywiński dla wPolityce: Ambicje Tuska. Szykuje nam się triumwirat PO, PSL i SLD, czyli niekompetencji, nepotyzmu i hochsztaplerstwa

Donald Tusk i dzienikarka TVN Katarzyna Kolenda -Zaleska na premierze filmu o Zbigniewie Brzezińskim. Fot. PAP / Jacek Turczyk
Donald Tusk i dzienikarka TVN Katarzyna Kolenda -Zaleska na premierze filmu o Zbigniewie Brzezińskim. Fot. PAP / Jacek Turczyk

„Tusk przypomina repetenta, który z dwójami na koniec kolejnego roku prosi o promocję do następnej klasy, bo przecież ma dobry stopień z wuefu…”

Mały Hans napisał w wypracowaniu, że jego mama jest prostytutką.

- Hansi, przecież możesz mówić, że twoja mama jest politykiem… - radzi mu nauczycielka.

Na to Hans: - Mogę, ale się wstydzę.

Jeśli oprzeć się na tym niewybrednym niemieckim dowcipie, nasi sąsiedzi niezbyt poważają swoich polityków. Powodów mieli do tego ostatnio sporo i to akurat w odniesieniu do najwyższego autorytetu etyczno-moralnego, jakim z założenia ma być urząd prezydenta. Ten przed-przedostatni, Horst Köhler mu było, sam ustąpił, gdyż doszedł do wniosku, że nie cieszył się w społeczeństwie należytym szacunkiem. Przedostatni, Christian Wulff musiał wyprowadzić się z berlińskiego Zamku Bellevue, ponieważ mieli z żoną wielką słabość do różnorakich grantów. Ale, jak nie patrzeć, ich już nie ma, a Joachim Gauck, były obrońca praw człowieka w NRD, potem szef „urzędu oczyszczania”, który ściga sprawców zza biurek i służalców komunistycznego systemu zniewolenia, skutecznie odbudowuje prezydencki wizerunek, zaś kanclerz Angela Merkel cieszy się sympatią dwóch trzecich rodaków i reelekcję ma już prawie kieszeni.

O opiniach naszego społeczeństwa o politykach lepiej nie mówić. Premier Donald Tusk jest w sytuacji dokładnie odwrotnej niż jego koleżanka z Berlina: krzywa PO spadła na łeb i szyję, a trzy czwarte Polaków nie ma do niego zaufania. Jednak Tusk nie traci rezonu i po raz kolejny usiłuje rozniecić wśród obywateli ducha optymizmu, zgodnie z hasłem: „Polaku, nie bądź ponury, rozwiń skrzydła, dziób do góry!”.

Zadanie zaiste karkołomne, bo czy może napawać radością fakt, że około 2 mln młodych Polaków musiało emigrować z Polski za chlebem? Żadna praca nie hańbi, ale - czy jest to powód do dumy, że Polki i Polacy, aby móc utrzymać swe rodziny muszą zmywać talerze po gościach w brytyjskich knajpach, czyścić Irlandczykom ubikacje i - za przeproszeniem - myć tyłki zniedołężniałym, niemieckim rencistom? Czy taka perspektywa ma cieszyć 270 tys. młodych ludzi z wyższym wykształceniem, którzy daremnie szukają w kraju miejsca pracy? Jak łatwo obliczyć, gdyby polscy emigranci wrócili do ojczyzny, liczba bezrobotnych wzrosłaby u nas z obecnie 2,2 mln (w tym, co należy podkreślić, 1,9 mln bez prawa do zasiłków), do ponad 4 mln ludności, a więc zrównalibyśmy się z największymi eurobankrutami Grecją i Hiszpanią, gdzie nie ma zatrudnienia aż ok. 27 proc. obywateli. Pomijam już fakt, ilu Polaków pracuje na umowach „śmieciowych”, które nie zapewniają im komfortu życia ani dziś, ani w przyszłości.

Ale, co tam, cieszmy się, w Zimbabwe, gdzie bezrobocie wynosi 82 proc., ludzie mają jeszcze gorzej. Aż dziw bierze, że Tuskowi propagandyści jeszcze na to porównanie nie wpadli. Bo o Niemczech, gdzie umowy „śmieciowe” należą do rzadkości, a spośród 82 mln społeczeństwa pracy nie ma zaledwie 5,4 proc. obywateli, z których żaden nie jest pozbawiony świadczeń socjalnych, lepiej nie mówić. Jakoś w dobie kryzysu żaden Niemiec czy Anglik talerzy po Polakach zmywać nie musi. Można bez końca pytać, jak to się dzieje, że zakotwiczonym u nas niemieckim (i nie tylko) koncernom w ich własnych krajach opłaca się zatrudniać ludzi na stałych umowach o pracę za krotność polskich pensji, bo przecież pytać każdy może - odpowiadać nikt nie musi. Co więcej, w latach 2007-2012 powstało w RFN 2 mln nowych miejsc pracy. Cóż za opatrzność czuwa nad Niemcami, że w wieku tzw. poprodukcyjnym mogą cieszyć się życiem na plażach Majorki, podczas gdy ich polscy rówieśnicy wegetują na emeryturach uwłaczających ludzkiej godności? Ale, jasne, starcy w Zimbabwe mają jeszcze gorzej…

Na wszystko jest oczywiście wytłumaczenie, słowo-wytrych: „kryzys”. Czy Austrii, Luksemburga, Malty, Holandii, Danii, Czech, Wlk. Brytanii, a nawet Rumunii, gdzie bezrobocie waha się w granicach od 4,9 do ok. 7 proc., kryzys nie dotyczy? Rząd Tuska poczytuje sobie za sukces nawet lichy półprocentowy wzrost gospodarczy w naszym kraju, który w chwili, gdy spółka z ograniczoną odpowiedzialnością PO-PSL obejmowała władzę, był ponad dziesięć razy większy. Idźmy dalej: czy na naszej „zielonej wyspie” pozostało coś jeszcze do sprzedania? Wszystko, co było wartościowe z polskiego majątku narodowego przeszło już w obce ręce, od mieszalni majonezu „Winiary”, należącej obecnie do „Nestlè”, po banki. A propos finansów: deficyt budżetowy w naszym czekoladowym gnieździe po zaledwie pięciu miesiącach wynosi bez mała 100 proc. całorocznego planu - „Orzeł może”… Dług publiczny, który będzie musiało spłacać kilka następnych pokoleń, eksplodował do sumy ponad biliona złotych. Ale jedyne, co niepokoi ministra Rostowskiego, głównego księgowego premiera Tuska i autora „vincentyzacji” polskiej ekonomii, to elektroniczna tablica Balcerowicza z szaleńczo przeskakującymi cyferkami w centrum Warszawy, że wspomnę jego apel z jego listu otwartego: „Leszku, zdejmij ten licznik!”.

Bo przecież jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Propaganda sukcesu pisz-wymaluj jak za I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, tego od czekolady van Houtena na kredyt w polskich sklepach i perfum Masumi firmy Coty, którymi pachniała każda kucharka. Pamiętacie, jak to się skończyło…? Snucie analogii nie jest bynajmniej bezpodstawne. Niedawno gliwiccy towarzysze z SLD, spadkobiercy PZPR, wystąpili z wnioskiem o uhonorowanie zasług Gierka dla ich miasta i nazwanie tamtejszego ronda jego imieniem. Przecież, jak utrzymuje przewodniczący lewicy, były premier Leszek Miller, komuniści w Polsce „coś” zbudowali. Efekty tej budowy można zobaczyć m.in. w serialu „Alternatywy 4”, choć po prawdzie sprawa wcale nie jest śmieszna. Trzeba być skrajnym hipokrytą, żeby kilkudziesięcioletnie zacofanie w stosunku do poziomu rozwoju zachodniej Europy nazywać „dorobkiem”. W tych samych Gliwicach, w Centrum Onkologii przeprowadzono niedawno pierwszy w Polsce przeszczep twarzy, nie przesłoni to jednak faktów, że częściej słyszymy o trupach z powodu źle funkcjonującej służby zdrowia; w ocenie unijnych ekspertów, opieka medyczna w naszym kraju jest na najniższym poziomie w całej wspólnocie 27 państw. Już tylko z tego powodu rząd Tuska powinien znaleźć się na politycznym aucie. Bo, czy sukces gliwickich lekarzy można przypisać na konto PO-PSL?

Jeśli osiągnięciem ma być wielki przekręt z OFE, to istotnie, zrealizowany został perfekcyjnie. Czy jest nim kompromitująca budowa dróg i autostrad? A może stan naszej armii, z czołgami Leopard z niemieckiego demobilu? Albo koncert Madonny na Stadionie Narodowym? A może rekordowa liczba podsłuchów i kontroli naszych bilingów przez organy ścigania, krytykowana de facto przez UE już dwa lata temu? Przykładami podobnych „sukcesów” i różnorakimi danymi można sypać jak z rękawa. Przytaczane przeze mnie liczby są oficjalne i aż strach pomyśleć, co jeszcze wyłoni się z szuflad rządowych biurek w chwili objęcia władzy przez inną ekipę, po dokonania tzw. bilansu otwarcia.

Wszystko można sprzedać jako sukces. Nawet pracę Polaków za granicą - w końcu nie każdy robi „na zmywaku”, wielu fachowców sobie tam poradziło i awansowało, a gdyby nie byli zmuszeni do emigracji, byliby bezrobotni... Czyli, punkt dla PO. Co oczywiste, premier Tusk wolałby, żeby żadnego bilansu otwarcia nie było i zapowiada, że nie odda pola bez walki. Wierzy, że przekona wyborców do pozostawienia rządowego steru w rękach jego partii. Wobec sondażowej słabości koalicyjnych partnerów, premier snuje wątek, z kim ewentualnie mógłby kontynuować swe dzieło. Jak zwierzył się „Polityce”, im dłużej jest premierem, „tym bardziej staje się w jakimś sensie socjaldemokratą”. A ponieważ:

W Polsce miliony ludzi potrzebują albo drogowskazu, albo opieki, albo pomocy,

zagaja Tusk, przeto

na horyzoncie pozostaje tak naprawdę tylko SLD, jako ten domniemany, potencjalny partner. (…) Wśród partii opozycyjnych SLD pod szefostwem Millera wydaje się, przy wszystkich garbach, partią umiarkowaną i obliczalną.

Zatem scenariusz jest już napisany: jeśli PO nie wystarczy do utrzymania się u władzy głosów zdobytych przez kółko samopomocy PSL, można będzie dokooptować postkomunistów, a może nawet stworzyć koalicję wyłącznie z nimi. Dinozaur PZPR, reprezentant lewicy po liftingu, potem Samoobrony, a obecnie przewodniczący Miller zaciera ręce. Ten sam Miller, który ze stanowiskiem szefa rządu pożegnał się atmosferze największych skandali od plajty komunizmu: „afery starachowickiej” i „grupy trzymającej władzę”. Dla przypomnienia, pierwsza dotyczyła mafijnych powiązań ludzi ze świecznika SLD, w tym byłego wiceministra spraw wewnętrznych Zbigniewa Sobotki, którzy ostrzegali przestępców o działaniach policji i narażali funkcjonariuszy - jak podkreślono przy wydawaniu sądowych wyroków - na niebezpieczeństwo, za co trafili za kraty. Skazaniec Sobotka wyszedł z więzienia przed terminem, dzięki ułaskawieniu przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, które podpisał w ostatnich dniach swego urzędowania. Kwaśniewski był też jedną z pierwszoplanowych postaci z „grupy trzymającej władzę” w korupcyjnej „aferze Rywina”, kandydata na strażnika medialnych interesów SLD. Rzeczywiście lewica jest przy jej „wszystkich garbach” bardzo obliczalna…

Dziś PO, PSL i SLD jednoczą siły i środki przeciw ich wspólnemu, śmiertelnemu wrogowi - Prawu i Sprawiedliwości. Jak zgodnie przestrzegają, comeback ekspremiera Jarosława Kaczyńskiego może oznaczać tylko jedno: wtrącenie Polski w czarną dziurę.

Niezależnie od tego, jaka będzie przyszłość w 2015 r., zrobię wszystko, by była dla Polski bezpieczna, co z mojego punktu widzenia oznacza wygraną Platformy

- wyłuszcza Tusk. Czytaj: w imię wyższych racji zapomnijcie rodacy o wszystkim, co dotyczy komunistycznego bezprawia w PRL i postkomunistów pod nowym szyldem, nieważne, jaki brud ma pod paznokciami kamaryla z PSL, Rzeczpospolitą trzeba ratować przed pisowską zarazą! Okay, może i nie wszystko przez te sześć wyszło, przyznaje premier, ale w końcu rząd coś robi. Tyle, że nie chodzi o „coś”, lecz o kompetentne, sprawne i uczciwe zarządzanie krajem. Brak koncepcji i unikanie reform zarzuciły mu nawet najbardziej przychylne media z zagranicy. Donald Tusk przypomina dziś repetenta, który z dwójami na zakończenie roku szkolnego prosi o promocję do następnej klasy, bo przecież ma dobry stopień z… wuefu. Czy polscy wyborcy dadzą się znów nabrać na pustosłowie jego obietnic i straszenie złowieszczą gębą PiS-u?

Tusk miał swoją szansę na dokonanie w Polsce naprawdę wielkich przemian już w 2005r. Wówczas jednak, wyłącznie z ambicjonalnych względów i wybujałego poczucia „das-ich-binizmu” („to jestem ja”), nie dopuścił do powstania oczekiwanej i wskazanej przez wyborców koalicji PO-PiS, choć partia Kaczyńskiego, mimo zwycięstwa, gotowa była oddać Platformie większość kluczowych ministerstw. Ówczesne zachowanie Tuska przybliżył niedawno jego przyjaciel z tamtych lat, Jan Maria Rokita. Czy tym razem dla zaspokojenia swych ambicji szykuje nam triumwirat PO, PSL i SLD? Jeśli tak, to pogratulować integracji, wyborczą wizytówką tego na razie nieformalnego sojuszu mógłby być slogan: „Niekompetencja-Nepotyzm-Hochsztaplerstwo”.

Jedno jest pewne, Tusk ma cechy, które charakteryzują każdego „wytrawnego” polityka. Pierwsza, natury ogólnej, dotyczy obiegowych opinii, jakoby politycy nie potrafili myśleć: jak pisał szwajcarski teolog i publicysta Markus Rosner, „każdy polityk myśli o… następnych wyborach”. Drugą cechę ujął portugalski pisarz Fernando Pessoa w swej „Księdze niepokoju”: „Podstawową przesłanką do bycia politykiem jest zdolność do skutecznego samooszukiwania”. Stąd moja rada: Panie Premierze, proszę skorzystać z byle jakiego pretekstu i zamienić rządową posadę na jakąś synekurę w Brukseli. Tym, którzy obawiają się, że Tusk nie będzie w unii należycie bronił polskich interesów, odpowiadam: dobry polski rząd obroni je sam. Współczuję tylko następcom koalicji PO-PSL ciężkiej pracy w porządkowaniu jej spuścizny i przywracaniu w naszym kraju zdeprecjonowanemu znaczeniu słowa „polityk” społecznego uznania.

 

PS. Że nie dostrzegam niczego pozytywnego w dokonaniach rządu Donalda Tuska? A jakże! Cóż znaczy jednak mój jeden krytyczny głos wobec całego chóru jego piewców. W dziedzinie public relations PO zdobyła prawdziwe mistrzostwo świata!

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...