Nałęcz cieszy się z wyborów z 1989 roku i sugeruje, że wygrana Kaczyńskiego nie musi oznaczać zmian politycznych

Fot. Prezydent.pl
Fot. Prezydent.pl

4 czerwca nie mogło być inaczej. W sympatycznej rozmowie gwiazda polskiego dziennikarstwa, która karierę zawdzięcza reżimowemu radiu, w rozmowie z byłym działaczem komunistycznym Tomaszem Nałęczem komentuje wybory z 1989 roku.

Nałęcz mówiąc w Radiu Zet o wyborach z 1989 roku wskazywał, że to "wielka, polska radość i wielkie, polskie zwycięstwo". Zaznaczył, że tego samego dnia mieliśmy do czynienia z "wielką katastrofą wolności w Chinach i z potworną masakrą".

Doradca prezydenta był pytany, czy polska delegacja powinna tego dnia być obecna w Chinach. Nałęcz zaznacza:

Dzisiaj każdy polski polityk musi godzić z jednej strony bieżące, żywotne interesy, z drugiej strony wierność tamtej tradycji. Jestem przekonany, że pani marszałek Kopacz tak też będzie w Chinach postępowała, że nie zapomni o tym. (...) Ja czekam na zachowania polskiej delegacji i pani marszałek. Jestem przekonany, że to będą zachowania godne też tej polskiej tradycji 4 czerwca, i że będą też tam takie zachowania, które będą przypominały o tym, o tej drodze polskiej do wolności.

Dodaje, że ws. terminu "prezydium sejmu decyzję podjęło jednomyślnie". Decyzji o dacie wyjazdu zdecydowanie broni:

No jesteśmy zainteresowani stosunkami z Chinami. Z drugiej strony w grę wchodzi ten argument historyczny. Zdecydowano się pewnie mając przemyślany sposób postępowania w Chinach, bo to jest moim zdaniem czynnik rozstrzygający, żeby jednak jechać w tym terminie. Wykluczam sytuację, zbyt dobrze znam panią marszałek Kopacz i pozostałych wicemarszałków, żeby zapomniano, co znaczy 4 czerwca dla Polski i dla Chin.

Zdaniem Nałęcza jednak nie najważniejsze są słowa, ale sama obecność:

Sama obecność polskiej delegacji, ja na przykład należę do osób, które uważają, że polska delegacja w tym czasie, w Chinach, to jest też przypomnienie polskiej drogi do wolności i myślę, że i znaczna część Chińczyków będzie mogła o tym pamiętać, jeśli tylko ta informacja dotrze do nich.

O tym, że zapewne wizyta Kopacz zostanie przez chińską propagandę wykorzystana do celów politycznych zgodnych z potrzebami politycznymi Pekinu, Nałęcz nie mówił, a Monika Olejnik nie pytała.

Pytała za to o to, co dziś ludzi władzy boli zdaje się najbardziej. O sprawę kolejnych sondaży politycznych, które pokazują wzrost poparcia dla PiS i spadek PO.

Tomasz Nałęcz zaznacza, że Platforma może jeszcze odbić się i wyjść na prostą:

Premier Tusk jest politykiem ogromnych jeszcze możliwości i myślę, że ci, którzy go w tej chwili grzebią, popełniają zasadniczy błąd. Dzisiaj mamy do czynienia z różnymi ruchami tektonicznymi na polskiej scenie politycznej, różne, dotykają one i prawicę i Platformę i lewicę, ale wydaje mi się, że premier Tusk jest ciągle jednym z rozgrywających na tej scenie. Owszem, Platforma jest dotknięta pewnym przesileniem, tą klątwą połowy kadencji, ale myślę, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Lepiej, że to ma miejsce dwa lata przed wyborami niżby miało miejsce pół roku przed wyborami.

Na szczęście Tomasz Nałęcz uspokoił, jak się zdaje, red. Olejnik. Ale tylko na chwilę.

Powiedział bowiem coś, co chyba zaskoczyło redaktor. Stwierdził, że zarówno w PiS jak i w PO są "ruchy tektoniczne". Przyrównanie PiS i PO Olejnik podburzyło krew w żyłach. Nagle kurtyna opadła:

Monika Olejnik: No tak, ale jednak prezes PiS a szef PO to są dwie różne postaci.

Tomasz Nałęcz: Ależ oczywiście, zgadzam się z panią w stu procentach.

Monika Olejnik: Jarosław Kaczyński ma wyznawców, a Donald Tusk ma członków partii, także to jest...

Tomasz Nałęcz: Nie, dokładnie, tylko widzi pani, dlatego w Platformie nie ma rozłamu, bo w Platformie jest lider, a nie wódz, z wodzem się nie dyskutuje.

I wszystko jasne - PiS jest ugrupowaniem rządzonym żelazną ręką, a Tusk jest politykiem aksamitnym. Wielu - Jan Rokita, Paweł Piskorski, Zyta Gilowska - może to zapewne potwierdzić...

Nałęcz był pytany również o emisję w TVP szkalującego Polskę i polską historię niemieckiego filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Doradca prezydenta w tej sprawie zabiera głos, właściwie popierając emisję:

Mam z tym pewien kłopot, ponieważ z tych relacji, które mam na temat tego filmu, rzeczywiście obraz polskiego podziemia jest tam zakłamany i nieuczciwy, niesprawiedliwy i nie wyjaśnia tego, przynajmniej dla mnie do końca argument, że to jest fabuła, a nie dokument, bo widz dzisiaj bardzo często zaciera granice między dokumentem a fabułą. (...) Ale wie pani, moje wątpliwości, no bo mam dosyć wyrobione zdanie, że to jest nieuczciwie to, co się robi z wizerunkiem Armii Krajowej, no ale nie widziałem filmu, więc chętnie go zobaczę. I moim zdaniem będziemy mogli skuteczniej z tym filmem dyskutować, czy będziemy mogli skuteczniej o tym filmie dyskutować, ewentualnie z nim polemizować, jak go zobaczymy.

Czyli zgodnie z logiką każdy szkalujący Polskę i Polaków film powinnyśmy nagłaśniać i emitować w mediach publicznych. Przecież wszystko trzeba poznać...

Pod koniec rozmowy prezydencki minister znów wygłasza sugestie, że prezydent Bronisław Komorowski może odmówić desygnowania Jarosława Kaczyńskiego na premiera, jeśli PiS wygra wybory.

Na pytanie, czy prezydent prezydent powierzy Jarosławowi Kaczyńskiemu misję tworzenia rządu, jeśli wygra on wybory, Nałęcz odpowiada:

Tą sytuację już mamy akurat przećwiczoną nie tylko teoretycznie, ale praktycznie w roku 2011, bo już się czuł Jarosław Kaczyński zwycięzcą w 2011 roku, co może jest też pewną przestrogą przed tym triumfalizmem roku 2015 i już Jarosław Kaczyński usiłował wymusić na prezydencie Komorowskim deklarację - jak tylko wygram względnie wybory, to ja muszę mieć misję formowania gabinetu - bo rzeczywiście polska konstytucja w tym pierwszym ruchu prezydentowi powierza niczym nieograniczone prawo desygnowania kandydata na premiera i wtedy prezydent Komorowski mówił: będę lojalny wobec werdyktu wyborców, powierzę misję sprawowania rządu temu, kto będzie miał realną szansę powołania gabinetu, czyli ważne jest nie tylko to względne zwycięstwo, ale ważna jest też ta gwarancja, żeby stworzyć po względnym zwycięstwie rząd.

MO: - No nie, zawsze było tak, że misję rządu powierza się tej partii, która zwycięża, to nie znaczy, że zwycięstwo musi być konstytucyjne, albo zwycięstwo takie, że od razu już wiadomo, że będą ugrupowania, które będą tworzyły razem rząd.

TN: - Nie, nie, nie zawsze było tak. Prawdę mówiąc to bardzo rzadko tak było, akurat w polskim doświadczeniu konstytucyjnym, parlamentarnym bardzo często misję sprawowania gabinetu otrzymywali liderzy ugrupowania, które nie wygrało wyborów. Najbardziej znany przykład - przypominam, żeby już nie zawracać głowy kilkunastoma innymi - to jest przykład Waldemara Pawlaka z '93 r. SLD wygrało wybory, Waldemar Pawlak został premierem.

I tu prezydencki minister wykazuje się zaskakującymi brakami w wiedzy historycznej oraz wiedzy o polskim systemie politycznym. Bowiem desygnowanie na premiera innych polityków niż liderzy zwycięskiego ugrupowania to w Polsce rzadkość, a nie - jak sugeruje Nałęcz - norma. Wydaje się, że po słowach Nałęcza głos zabrać powinien sam prezydent. Znów bowiem nad Pałacem zawisło podejrzenie, że wybory w Polsce mogą dla ośrodka prezydenckiego nie być najważniejsze.

Tego podejrzenia prezydent nie powinien zostawiać bez wyjaśnień...

KL

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...