Ilu jest homoseksualistów wśród duchownych Kościoła katolickiego? Według różnych szacunków od 10 do 60 proc., ks. Jacek Prusak, psychoterapeuta i publicysta zajmujący się problemem homoseksualizmu w Kościele, twierdzi, że najbardziej prawdopodobna liczba to pomiędzy 25 a 40  procent. Jeśli tak rzeczywiście jest, to znaczy, że mamy do czynienia z bardzo jaskrawą nad-reprezentacją. To znaczy, że homoseksualistów jest w Kościele kilkakrotnie (dziesięciokrotnie?) więcej niż przeciętnie w społeczeństwie.

Już choćby z tego – przecież minimalistycznego – powodu należałoby coś z tym zrobić. Czyli – mówiąc wprost – doprowadzić do zmniejszenia tej nad-reprezentacji. Przecież gdyby udowodniono, że w Kościele mamy jaskrawą nad-reprezentację otyłych, albo anorektyków, nikt by się nie dziwił, że i katolicka opinia publiczna, i hierarchia postrzega to jako sytuację niezdrową.

To byłby punkt widzenia całkiem świecki, dbający tylko o to, żeby Kościół nie odróżniał się drastycznie swoim składem osobowym od reszty społeczeństwa. Ale w stosunku do Kościoła, instytucji – bądź co bądź – głoszącej pewne przesłanie religijne i nieodłączne od niego przesłanie moralne, można chyba wymagać więcej. Wydaje się w szczególności, że sami katolicy, a tym bardziej duchowni katoliccy powinni od niego wymagać więcej. Bo przecież otyli, ani anorektycy nie wchodzą swoim sposobem życia (jedząc nadmiernie albo nie dość) w tak rażący konflikt z nauczaniem Kościoła. To nauczanie wszak uważa aktywny homoseksualizm za grzech. Nie jestem teologiem moralnym, ale jeśli dobrze rozumiem przesłanie dokumentów watykańskich na ten temat, każdy akt homoseksualny jest grzechem ciężkim. A zatem stawia księdza (zakonnika, zakonnicę), który się go dopuścił, w położeniu niemożliwym do tolerowania ze względu na jego codzienną misję. Taki ksiądz, aby podjąć swoje normalne obowiązki, powinien natychmiast się wyspowiadać i solennie obiecać poprawę. No dobrze, ale co wtedy, gdy, zgodnie z modną dziś pedagogiką „zgody z samym sobą”, taki ksiądz popada w ów stan permanentnie? Ten człowiek głosi coś radykalnie innego, niż robi. Spowiada, uczy dzieci religii, odprawia mszę, a wieczorem uprawia seks z – powiedzmy – ministrantem. To jakiś obłęd. Nie rozumiem, dlaczego wielu ludzi Kościoła godzi się z tym tak, jak można się pogodzić z – dajmy na to – skłonnością księży do posiadania dobrych samochodów.

Jak wiadomo, obowiązują obecnie w Kościele zalecenia Jana Pawła II o weryfikowaniu orientacji seksualnej kandydatów do seminariów i – dalej idące – zalecenia Benedykta XVI o nie dopuszczaniu do kapłaństwa kandydatów homoseksualnych. Uważam te zalecenia za zdroworozsądkową reakcję na falę skandali seksualnych w Kościele, z których większość ma charakter homoseksualny (na co słusznie zwraca uwagę ks. Dariusz Oko). Gdyby było tak, że orientacja homoseksualna kandydatów do kapłaństwa pozostaje w uśpieniu, można byłoby argumentować za nieuwzględnianiem tego kryterium w naborze do seminariów. Tak jednak nie jest.

Po prostu homoseksualiści wśród duchownych znacznie częściej niż heteroseksualiści nie przestrzegają celibatu. Dlatego zakazy oby wspomnianych papieży mają sens.

Dlatego z pewnym dziwieniem przeczytałem artykuł ks. Jacka Prusaka w ostatnim „Tygodniku Powszechnym”, w którym ubolewa on nad zamiarem przeprowadzenia homoseksualnej czystki w Kościele, gdyż, - jak pisze – „nie bierze [ona] pod uwagę, że wielu cenionych duszpasterzy to księża homoseksualni” (Kościelne tabu, „Tygodnik Powszechny”2 czerwca 2013).

Ks. Prusak stoi na stanowisku „niedyskryminacji” homoseksualistów w Kościele, uważając, że nie ma znaczących różnic pomiędzy profilem psychologicznym seminarzystów homo- czy heteroseksualnych. Może i nie ma, nie badałem tego, nie wiem. Ale wiem dwie rzeczy. Po pierwsze, więcej skandali seksualnych w Kościele ma charakter homo- niż heteroseksualny. Po drugie, dla Kościoła homoseksualne złamanie celibatu jest większym upadkiem moralnym, niż jego złamanie heteroseksualne. Póki więc katolicka doktryna moralna jest taka, jaka jest, coś z niej chyba dla Kościoła wynika.