Prof. Krasnodębski: "Wszystkie negatywne emocje – do tej pory kierowane w stronę opozycji - uderzą w Tuska i rządzących"

fot. Paweł Supernak
fot. Paweł Supernak


Rządy Tuska chwieją się w posadach. Co się dzieje? Dlaczego nic nie robisz, Tusku? – pytają strwożeni zwolennicy, jakby premier był kiedykolwiek człowiekiem czynu. Boją się o własną skórę, bo słusznie przewidują, że Tusk może pociągnąć ze sobą na dno nie tylko swoją partię, ale cały obóz władzy – pisze w Gazecie Polskiej Codziennie prof. Zdzisław Krasnodębski.


Jak podkreśla socjolog - kolaps systemu Tuska byłby polityczną i  moralną klęską zaprzyjaźnionych z nim  mediów, naukowców i artystów, którzy, jak przypomina, zainwestowali w jego uzasadnienie i obronę całe swoje jestestwo  i wszystkie emocje i wszystkie.


Krasnodębski przypomina, że jeszcze niedawno upadek rządów Platformy wydawał się nie do pomyślenia. A opozycja zastanawiając się, jak przełamać przewagę PO dochodziła jedynie do konkluzji, że:

trzeba wypadać lepiej w telewizji, zwłaszcza w TVN24, mieć lepszy PR, posługiwać się argumentami trafiającymi do lemingów, milczeć o Smoleńsku i unikać posądzenia o radykalizm.

Skąd więc dzisiejsza zmiana? Diagnozując sytuacje społeczną profesor przypomina cztery filary na których osadzony był system Donalda Tuska. Pierwszym było odwołanie się do instynktów hedonistycznych.

Obecny premier dokonał prawdziwie kopernikańskiego przewrotu w polskiej polityce. Ogłosił w 2007 r. koniec epoki potu i łez – odtąd miało być już łatwo, przyjemnie, dostatnio, jednym słowem – fajnie. Czas bolesnych reform się skończył, Polacy mieli już tylko odcinać kupony od tego, czego do tej pory dokonali, korzystać z życia

- pisze Krasnodębski. I rozwija swoją myśl:


Czas polityki też się skończył. Nie trzeba rządzić, wystarczy zarządzać. Nikt na nas nie czyha. Możemy więc zakończyć spory z  Niemcami i  Rosją. Zamiast bawić się w rzecznika regionu, krajów słabych i biednych, możemy sprzymierzyć się z silnymi, stać się najlepszym sojusznikiem Niemiec, nie silić się na własną politykę zagraniczną. Zamiast wytykać Unii jej mankamenty, możemy wzbić się na wyżyny euroentuzjazmu, spijając europejskie miody. Ten rewolucyjny program płynięcia z głównym prądem odpowiadał psychice przywódcy, który nigdy z wielkiej pracowitości i energii nie słynął. Odpowiadał też nastrojom społecznym. Po burzliwym okresie porywinowym i  polepperowym ludzie byli złaknieni harmonii, po latach wyrzeczeń chcieli wreszcie poczuć się jak na Zachodzie.



Drugim filarem tego systemu, na który wskazuje Krasnodębski, był niemal całkowity brak kontroli władzy przez główne media i a także ich aktywne wspieranie rządu. Jak zauważa autror  dziennikarze, po skutecznych czystkach w mediach publicznych, zaczęli pełnić funkcję nieformalnych rzeczników prasowych rządu.


Takiej usłużności wobec władzy nie było od czasu PRL u, i  to w  czasach jego rozkwitu. Sojusz był szeroki i obejmował także postkomunistów. PO zakończyła czas rozliczeń z przeszłością komunistyczną – odtąd każdy donosiciel mógł spać spokojnie

– przypomina socjolog.


Kolejny wyznacznik rządów Tuska, to według niego przyzwolenie na system zbiorowej korupcji w myśl hasła "Żyj i pozwól żyć innym".

A zarobić było można, bo Unia sypała pieniądze, trwała też dobra koniunktura gospodarcza. Rozbudowana administracja pozwalała pchnąć na posady krewnych i znajomych

-  pisze Krasnodębski. Czwarty filar rządów to było umiejętne podsycanie nienawiści do braci Kaczyńskich i PiS-u.

Tradycyjna w Polsce niechęć do polityków skierowano  na polityków opozycji, otaczając sympatią tych, którzy budowali Polskę i chronili przed kaczyzmem. Kuba Wojewódzki i wielu innych skutecznie zarządzali tymi emocjami, posługując się drwiną i obelgą

– pisze profesor.


Jak podkreśla autor artykułu funkcjonowanie takiego systemu wzmacniała dodatkowo osoba premiera, który prezentował się jako człowiek na luzie, elokwentny przyjacielski, szczery i budzący sympatię. Zwolennicy widzieli w nim kogoś na wzór polskiego JFK lub lepszą, bo  pozbawioną wad komunistycznej przeszłości i nadwagi, wersję Aleksandra Kwaśniewskiego.

Ale jak twierdzi Krasnodębski teraz filary całego systemu się zachwiały. Między innymi dlatego, że zabrakło kasy z Unii, a politycy obozu rządowego, mając świadomość, że nadchodzi koniec i cztery jeszcze łapczywiej napychają sobie kieszenie. Równocześnie skutkiem uprawianej programowo niefrasobliwości pogłębiły się wcześniejsze problemy Polski od zapaści demograficznej po emigrację zarobkową. Dodatkowo prawdziwy format premiera i stan państwa uwidoczniła tragedia smoleńska.


Jak zauważa autor tekstów można się teraz spodziewać, że część "niezależnych" ekspertów dotąd sprzyjających Tuskowi niebawem zacznie ustawiać się w "kolejce na Nowogrodzkiej". Co będzie dalej?



Być może Tuskowi uda się wygłosić kolejne expose być może Polacy jeszcze raz mu zawierzą

- pisze Krasnodębski.


Bardziej jednak prawdopodobne jest, że jacyś politycy PO spełnią rolę Malenkowa, Berii Chruszczowa i zakończą "kult jednostki" , ratując władzę partii w nowym układzie koalicyjnym, ze znacznie mniejszym poparciem niż do tej pory

– prognozuje. Jego zdaniem coraz bardziej  prawdopodobne jest też,  że z uwagi na sytuacje całej Europy nastąpi załamanie całego systemu, a w konsekwencji:

Wszystkie skumulowane negatywne emocje – do tej pory umiejętnie kierowane w stronę opozycji uderzą w Tuska i rządzących. Po sześciu, siedmiu latach rządów rachunek zostanie wystawiony. I bardzo zaboli on Donalda Tuska

– przewiduje prof. Krasnodębski.

ansa/GPC

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...