wPolityce.pl: Panie marszałku, ma Pan w swoim dorobku kilka dobrych kadencji w Sejmie. Jak pan ocenia, czy koalicja PO-PSL jest stabilna?

Ludwik Dorn, Solidarna Polska: Widać co prawda pewne chybotanie, ale nie ma poważniejszych przesłanek, by koalicja się rozpadła.

A jak odbiera Pan takie słowa Jarosława Gowina z dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, które są wręcz wypowiedzeniem posłuszeństwa? Czy cierpliwość Donalda Tuska nie jest jeszcze wyczerpana?

Sądzę, że ta cierpliwość jest już dawno wyczerpana, natomiast przewodniczący PO nie ma takich możliwości dyscyplinowania członków swojej partii, jakie posiada choćby prezes PiS Jarosław Kaczyński. W statucie PO nie ma przepisów, dających przewodniczącemu partii możliwość zawieszenia każdego członka Platformy na dowolnie długi czas bez podania przyczyn. Inaczej Tusk już dawno by z tej możliwości skorzystał. Ma on jednak ograniczone możliwości.

Przy okazji dyskusji o tym, co się dzieje w Platformie i jej słabnących notowaniach, często kreślone są wizje mówiące o przedterminowych wyborach. Czy taki scenariusz uważa pan za możliwy?

Rzeczywiście od Platformy odeszła dość potężna grupa elektoratu. Część z nich szuka wsparcia swoich nadziei w ofercie lewicowej. Z kolei jeśli chodzi o PiS i Solidarną Polskę, to są to przepływy głosów zupełnie śladowe. Dlatego wśród rozczarowanych Platformą nie następuje zjawisko przerzucania głosów i poparcia prawicowej opozycji – czy to PiS, czy SP. Proszę zwrócić uwagę na wyniki sondażowe: w Platformie rzeczywiście nastąpiło osłabienie, ale najsilniejszej partii opozycyjnej poparcie nie rośnie, bądź przybywa jej mało, co jest zaskakujące. Także w tym przypadku nie widzę istotniejszych przesłanek, by podjęto decyzję o przedterminowych wyborach. Jeśli zaś doszłoby do utraty paru posłów przez PO, to wedle mej, być może ułomnej, wiedzy, Tusk ma zabezpieczenie w postaci paru posłów z Ruchu Palikota.

Uważa Pan, że decyzję o ucieczce do przodu i przedterminowych wyborach może zastąpić zainteresowanie opinii publicznej wewnętrznymi sporami w Platformie i wyborami na jej przewodniczącego?

Tego typu działania i manewry miały pewną siłę rażenia, kiedy potrzebne były igrzyska. Tym razem – mówiąc obrazowo - w społeczeństwie mamy pewien kłopot z chlebem. Igrzyska, które proponuje dziś Platforma, są skierowane dla smakoszy i koneserów polityki – a niewielu ludzi w Polsce jest tak żywo zainteresowanych przeżywaniem tego typu smaczków wewnętrznych tarć wewnątrz PO, PiS, Solidarnej Polski czy jakiejkolwiek innej partii. Jeśli podliczyć widzów różnych kanałów informacyjnych, to jest to góra milion osób. Cała reszta pozostaje obojętna albo letnia.

A kolejny z prorokowanych scenariuszy – Platforma powtarzająca historię AWS i SLD, jest możliwy?

Spójrzmy na to od drugiej strony – owszem, Platforma osłabła, ale ani Solidarna Polska, ani PiS jakoś szczególnie się na tym nie wzmocniły. Mamy pewien stan zawieszenia. Pan Jarosław Kaczyński sporo jeździ po Polsce, spotyka się z ludźmi, tam rzeczywiście przychodzi sporo osób, ale daje to zaledwie 1-3% przewagi nad PO. Jeśli mamy dzisiejszą sytuację porównywać do schyłkowych rządów poprzednich koalicji, to przecież w końcówce rządów AWS-u  Sojusz Lewicy Demokratycznej miał kilkunastoprocentową przewagę. Z kolei w końcówce rządów SLD, jeśli wziąć pod uwagę opozycję, to przewaga ta była miażdżąca. Dziś mamy do czynienia z remisem ze wskazaniem. Nie rozumiem tego szalonego podniecenia, ekscytacji zarówno polityków PiS, jak i komentatorów czy blogerów o sympatiach prawicowych. Platforma rzeczywiście słabnie, wiele wskazuje, że ten proces będzie się pogłębiał, ale do odtrąbienia triumfu jest jeszcze bardzo daleko.

Mówi pan o chwili odtrąbienia triumfu. Czy w przypadku zwycięskich wyborów, na co wskazuje coraz więcej sondaży, Jarosław Kaczyński zwróciłby się z propozycją koalicji do Solidarnej Polski?

Najpierw musiałyby zostać spełnione inne warunki, także ten dotyczący Solidarnej Polski, która musiałaby przekroczyć próg pięcioprocentowy i wejść do Sejmu. Nie jest to przesądzone, ale moim zdaniem są na to szanse. Choćby z tego względu, że PiS nadal nie przebija szklanego sufitu, który wyraża się w 1-2 proc. przewagi nad Platformą, przy całkowitym braku zdolności koalicyjnej. W związku z tym, pomysłem Solidarnej Polski jest zwrócenie się do tych wyborców o przekonaniach konserwatywnych, którzy wzięli udział w ostatnich wyborach, zagłosowali na PO, ale dziś odchodzą od Platformy. Jeszcze istotniejsza jest druga grupa obywateli. Z wszystkich szacunków wynika, że ok. 20-25% obywateli w ogóle nie uczestniczy w jakichkolwiek wyborach. Natomiast ok. 30% chodzi, ale rotacyjnie – co drugie wybory. Pójdą, zagłosują na partie XYZ, po czterech latach stwierdzą, że nie był to najlepszy wybór i zostaną w domu. Ale po ośmiu latach powiedzą sobie: a może tym razem się uda i znowu pójdą do urny. To są dwa dość duże obszary, gdzie chcemy się zrealizować. A czy Kaczyński zwróciłby się do SP z propozycją koalicji? To pytanie do prezesa PiS.

A koalicja wyborcza? Poszerzenie – jak to mówi Jarosław Kaczyński – obozu patriotycznego także na listach wyborczych?

Jestem zdecydowanym zwolennikiem – jak większość moich koleżanek i kolegów – by do wyborów do Parlamentu Europejskiego pójść samodzielnie, policzyć się i poddać się kryterium wyborczemu, demokratycznemu. Tylko to definiuje polityczną siłę i polityczne możliwości partii politycznych. A gdyby po wyborach do PE, a przed wyborami do Sejmu, taka propozycja padła – to byłbym za tym, by rozważyć wszystkie „za i przeciw”, potraktować ją chłodno i podejmować decyzję bez żadnych sentymentów, jak i antypatii. Nie wykluczam takiej koalicji, ale też nie przesądzam. Nie sądzę jednak, by pana Kaczyńskiego stać było na taką propozycję. Wymagałoby to przełamania dogmatu, że tylko PiS jest jedyną prawdziwą opozycją, a cała reszta to łże-opozycja. Rozumiem, że takie rzeczy się mówi, nie jesteśmy obraźliwi, ale problem polega na tym, że pan Kaczyński jest o tym głęboko przekonany. W żaden sposób nie będziemy jednak zabiegać o zmianę zdania.

Rozmawiał Krzysztof Karwowski.