Już niedługo Donald Tusk będzie polskim premierem. Daty wskazują, że najwyżej pół roku. Około 180-200 dni

PAP/Radek Pietruszka
PAP/Radek Pietruszka

Donald Tusk zarządził "przyspieszenie". Ponieważ premier wie, że realne przyspieszenie w sprawach kraju, zwłaszcza gospodarki, jest w przypadku tej ekipy niemożliwe - bo naruszałoby zbyt dużo interesów - ogłoszono przyspieszenie partyjne. Wybory szefa partii - po raz pierwszy bezpośrednie - mają odbyć się w lipcu albo sierpniu. Czyli o 3-4 miesiące szybciej niż planowano.

Tuskowi zaczęło się wyraźnie spieszyć. Trudno mu się dziwić, bo - jak wszystko wskazuje - premierem przestanie być najdalej za pół roku. Sam to zresztą zapowiedział.

Niektórzy namawiają mnie do tego, żebym kandydował w wyborach na szefa Komisji (Europejskiej) i te głosy powtarzają się dość często, ale jak państwo się domyślacie, to nie jest czas do podejmowania tego typu decyzji (...). Pozwólcie, że w Warszawie, a nie w Brukseli, będę mówił o tym, co mam zamiar robić sam ze sobą

- stwierdził premier przed środowym szczytem UE.

Oczywiście, teoretycznie Tusk może jedynie budować swój wizerunek, ale jednak "namawiają mnie do kandydowania" to dużo dalej niż wcześniej stosowane "miło mi, że tak słychać". Do tego, dodaje Tusk, "te głosy powtarzają się dość często". Wyraźna oznaka, że polski premier o stanowisko zabiega sam, choć oczywiście woli jawić się jako człowiek uproszony przez innych.

Pokusa przejścia do struktur unijnych w przypadku premiera ubabranego w Smoleńsk, a w związku z tym stale zagrożonego sankcją, okaże się zapewne nie do odparcia.

Co ważne, wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się równo za rok - prawdopodobnie w przedziale od 22 do 25 maja przyszłego roku. I co jeszcze ważniejsze - po raz pierwszy partie polityczne mają prezentować w czasie kampanii swoich kandydatów do stanowiska szefa Komisji Europejskiej. Który z kolei zostanie wybrany w lipcu 2014 rok.

A więc Tusk rzeczywiście nie ma czasu. Jeżeli chce zastąpić Jose Manuela Barroso, to najpóźniej w lutym, marcu i kwietniu musi objeżdżać kontynent promując swoją EPP - Europejską Partię Ludową (zwaną zwyczajowo ugrupowaniem chadeckim). A przecież musi mieć też czas na przygotowanie się do tej roli - jakiś porządny kurs językowy, jakieś lekcje unijnych reguł gry, jakieś zakulisowe spotkania, obiecany żonie bardzo długi urlop (każdy polityk obiecuje żonie bardzo długi urlop, żeby znosiła bieżące przeciążenia), wreszcie poukładanie spraw w kraju. Teoretycznie mógłby kandydować na szefa Komisji Europejskiej z funkcji premiera kraju, ale w sytuacji załamania gospodarczego mogłoby to pogrzebać jego partię już na dobre; biedniejący Polacy natychmiast oskarżyliby Tuska, że zajmuje się swoją karierą, a nie polskim bezrobociem. I byłby to zarzut słuszny.

Z kalendarza wynika, że stanowisko premiera Tusk musi oddać najpóźniej w okolicach Bożego Narodzenia.

Po co mu więc odnowiony w szybkim tempie - zapewne już w lipcu - mandat do kierowania Platformą? Ano po to, by z pozycji możliwie silnej poukładać klocki. Musi namaścić następcę (następczynię), musi ustabilizować sytuację. Rzekomy kryzys wewnętrzny w partii, narastające konflikty, to tylko pretekst. Zresztą, owe konflikty narastają właśnie dlatego, że partia gra już na czas po Tusku, że kandydaci do władzy wyczuli szansę. Dlatego każdego dnia coraz śmielej rzucają wyzwanie.

A więc jeszcze pół roku. Około 180-200 dni. Można kupić 200 centymetrową miarkę krawiecką, i odcinać codziennie jeden centymetr. Szybko minie.

Kogo namaści Tusk na następcę? Sądzę, że będzie to jakiś "ponadpartyjny autorytet". Ale kontrolowalny. Chyba, że włączy się prezydent Komorowski. Wówczas premierem będzie Grzegorz Schetyna. Ale na krótko. Bo to będzie słaby premier.

 

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kup wSklepiku.pl: Dwumiesięcznik "Na poważnie" nr.9/10 (marzec-kwiecień-maj 2013)

Tytuł numeru to "Giganci Ducha", a w środku m.in. rozmowa Marcina Wikły z prof. Andrzejem Zybertowiczem pt. "Nie wystarczy być obywatelem raz na cztery lata". Poza tym stałe felietony Piotra Zaremby i Ryszarda Czarneckiego oraz artykuły: Michała Komudy "Wokół płonącego Getta", Pawła Skibińskiego o "Recepcie na Uniwersytet", a także prof. Aleksandra Nalaskowskiego, Mileny Kindziuk i prof. Jana Żaryna.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...