Cicha spokojna wspólnota mieszkaniowa na warszawskim Mokotowie. W skrzynkach na listy na mieszkańców czeka niemiła niespodzianka. Właśnie dowiadują się, że reforma śmieciowa dociera i do nich. Dociera i już daje bolesne skutki. Wraz z wejściem w życie nowej rewolucji śmieciowej rewolucji zostanie poddany domowy budżet mieszkańców.

Na kartkach wyjętych ze skrzynek dwie strony - oświadczenie o liczbie mieszkańców oraz krótka ankieta, czy śmieci będą segregowane czy nie. Wybór nie jest łatwy. Segregacja oznacza nałożenie na siebie śmieciowego reżimu - jej brak konieczność wyłożenia na śmieci dodatkowej sumy. Mieszkańcy głowiąc się i myśląc zapewne coraz częściej zadają sobie pytanie - dlaczego śmieciowa rewolucja w Warszawie musi być taka droga?

Dla rodziny z dwójką dzieci opłata za wywóz śmieci - jak wynika z kartki znalezionej w skrzynce - wynosić będzie 56 złotych w przypadku śmieci segregowanych i aż 78,4 zł przy braku zgody na segregowanie. Z pobieżnych szacunków wynika, że koszty wywozu śmieci rosną o ok. 20-40 złotych miesięcznie (wcześniej płacono ok 9 zł. za osobę). Mieszkańcy mają więc sporo do zastanowienia.

Dlaczego ceny śmieci muszą tak wzrosnąć? Władze stolicy tłumaczą, że dlatego, iż Warszawa ma być wzorem. Czego wzorem, trudno powiedzieć. Zdaje się ma być wzorem, jak na śmieciach Polaków ukręcić kolejny dochodowy biznes. Lody zdaje się na śmieciach też będą kręcone...

W Warszawie sytuacja staje się właściwie jasna, jeśli wziąć na poważnie słowa firm, które zaskarżyły warunki przetargu na odbiór śmieci. Jak podają media wytykają one warszawskim władzom m.in., że nie wiadomo, na jakich kryteriach opierają się wybierając kontrahenta, że specyfikacja promuje miejską spółkę MPO, która dzięki temu ma największe szanse na umowę, a dodatkowo - co już wydaje się zupełnym absurdem - władze stolicy nie premiują zagospodarowywania odpadów, odzyskiwania surowców czy innych sposób odzyskiwania materiałów ze śmieci.

Firmy, które mają większą możliwość recyklingu wcale nie mają większej szansy na wygranie przetargu. Jeśli więc dać wiarę firmom, które weszły w konflikt z Warszawą, mamy sytuację jasną - Hanna Gronkiewcz-Waltz na mocy ustawy swoich kolegów z rządu szykuje się do skoku na śmieci, czyli kasę obywateli.

W Warszawie sytuacja może wyglądać tak - miasto przejmie odpowiedzialność za wywóz śmieci, na trzy lata podpisze umowę z MPO, co doprowadzi do plajty wszystkich innych firm wywozowych, które w kolejnych przetargach nie będą mogły wystartować. MPO będzie obsługiwała śmieciowe zlecenia w całym mieście. Jednak nie będzie robiła nic, czego nie robiono do tej pory - śmieci wciąż będą lądowały na składowiskach, jak do tej pory. Statystyki segregacji by się zmieniły, ale już przetwarzania  śmieci nie.

Zapewne szybko władze stolicy podjęłyby decyzje o prywatyzacji MPO i przekazaniu jej zaprzyjaźnionemu oligarsze (zapewne po obniżonej z jakichś powodów cenie). I wtedy on dyktowałby śmieciowe warunki w stolicy. Scenariusz niestety bardzo realny i bardzo prawdopodobny.

Polityka robiona wokół śmietników w Warszawie budzi spory niepokój. Wydaje się, że właśnie jesteśmy w trakcie kolejnego gigantycznego skoku na nasze kieszenie. Skoku, który jak widać już obecnie, jest zupełnie bezzasadny. Władzy znów chodzi jedynie o łatanie dziur.

I trudno mieć złudzenia - rzeczywiście Warszawa będzie w tej sprawie wzorem. Interes na śmieciach będzie robiony w całej Polsce...