Rzeczpospolita Bezbronna. Gdy wokół Polski jest wiele potencjalnych zagrożeń, priorytetowym staje się pytanie o stan polskiej armii

Fot. PAP/Maciej Kulczyński
Fot. PAP/Maciej Kulczyński

Szwajcaria – leżący w Alpach kraj uchodzi za jedno z najbezpieczniejszych państw na świecie. Mimo to Berno ma plany przyspieszenia rozwoju armii i lepszego jej wyszkolenia, choćby na wypadek rozruchów wywołanych rozpadem strefy euro. Tymczasem Polska – kraj o kluczowym znaczeniu geostrategicznym - ma niecałe 100 tys. żołnierzy i przestarzały sprzęt, a władze nie okazują minimum zaniepokojenia sygnałami płynącymi ze Wschodu.

Generał Sławomir Petelicki powiedział kiedyś, że gdyby dzisiaj Polskę zaatakowała Białoruś, to czołgi Łukaszenki znalazłyby się w Warszawie po kilkudziesięciu godzinach. Zresztą gen. Petelicki często i krytycznie odnosił się do sytuacji w polskiej armii, słusznie skądinąd zauważając, że od kilkunastu lat jest “konsekwentnie rozbrajana”. Z kolei zza wschodniej granicy od kilku lat dobiegają niepokojące pomruki budzącego się niedźwiedzia.

W 2009 roku w Obwodzie kaliningradzkim oraz przy granicy Białorusi z Polską i Litwą odbyły się największe po zakończeniu zimnej wojny wspólne manewry wojsk rosyjskich i białoruskich pod kryptonimem Zachód 2009. Jednocześnie w tym samym czasie przeprowadzono wyłącznie rosyjskie manewry pod kryptonimem Ładoga 2009. Ze względów strategicznych eksperci uważają je za wspólne manewry, w których w sumie wzięło udział ok. 30 tys. żołnierzy. To co najbardziej powinno w tych ćwiczeniach niepokoić to fakt, że obie armie ćwiczyły atak na kraje bałtyckie i Finlandię oraz symulowany atak atomowy na Polskę, desant na naszym wybrzeżu oraz tłumienie powstania wywołanego przez polską mniejszość na Białorusi.

We wrześniu 2011 roku Rosja i Białoruś przeprowadziły na poligonach rakietowych manewry pod nazwą Tarcza Związku 2011. Podczas trwających tydzień ćwiczeń przetestowano m.in. operacje obronne z użyciem systemów S-300 i S-400 Triumf (które znalazły się w Obwodzie kaliningradzkim).  Za kilka miesięcy rosyjskie i białoruskie wojska ponownie przeprowadzą manewry pod kryptonimem Zachód 2013. Nieoficjalnie mówi się, że weźmie w nich udział 20 tys. żołnierzy, a kluczowym momentem ćwiczeń będzie symulowany prewencyjny atak nuklearny na Warszawę. Eksperci uważają, że manewry mogą być poszerzone o próby naruszenia polskiej cyberprzestrzeni. W tym samym czasie w Polsce oraz na Litwie i Łotwie swoje manewry pod kryptonimem Steadfast Jazz 2013 przeprowadzi NATO. Ma w nich wziąć udział ok. 3 tys. żołnierzy.

Z pewnością nie jest przypadkiem fakt, że Rosja i Białoruś regularnie ćwiczą atak na Polskę i kraje bałtyckie, w tym z użyciem broni atomowej. Trudno pozbyć się wrażenia, że scenariusz ten może być w niedalekiej przyszłości zrealizowany. Jest przy tym zastanawiające, że Polska i Niemcy, kraje należące przecież do Paktu Północnoatlantyckiego nie przeprowadzają wspólnych manewrów. Berlin woli ćwiczyć razem z rosyjską armią niż se swoimi sojusznikami z NATO. Powietrze wypełnia się duchem Rapallo. Dzisiaj podobnie jak 90 lat temu Niemcy przyjeżdżają do Rosji by ćwiczyć na zbudowanych przez siebie symulatorach. Strona polska zdążyła niedawno odtrąbić sukces, ogłaszając że wspólne manewry niemiecko-rosyjskie zostały odwołane. Tak naprawdę jednak zostały przesunięte na następny rok.

Zaniepokojenie polskich władz powinno budzić zwiększenie wydatków wojskowych przez Rosję oraz dozbrajanie Białorusi przez swego wschodniego sąsiada. W 2011 roku Mińsk otrzymał od Rosji pierwszą baterię systemu obrony powietrznej Tor-M2, która będzie stacjonować w leżącym przy granicy z Polską obwodzie brzeskim. Docelowo Rosja ma dostarczyć 10 takich baterii. Rosja zamierza też rozmieścić na Białorusi do 2015 r. pułk wojsk lotniczych wyposażony w myśliwce, a w przyszłym roku dostarczy jej 4 dywizjony rakietowych systemów przeciwlotniczych S-300. Sama Rosja także zamierza istotnie wzmocnić potencjał wojskowy m.in. budując kilkadziesiąt nowych okrętów wojennych.

Władimir Putin nie ukrywa swojej tęsknoty za Związkiem Sowieckim, dlatego bez względu na koszty kontynuuje swoją neoimperialną politykę względem NATO, a zwłaszcza Polski i małych krajów bałtyckich. W tę politykę wpisuje się remilitaryzacja Obwodu kaliningradzkiego, w którym stacjonują m.in. baterie rakiet Iskander i broń atomowa.

Gdy wokół Polski jest wiele potencjalnych zagrożeń, priorytetowym staje się pytanie o stan polskiej armii. Niestety odpowiedź na nie nie napawa zbytnim optymizmem. Okazuje się, że nasze siły zbrojne to niedobitki po nieudanym eksperymencie pełnego uzawodowienia przez b. szefa MON Bogdana Klicha. Zamiast nowoczesnego wojska mamy słabą i źle zarządzaną armię.

Istotnym problemem jest liczebność polskich sił zbrojnych. Obecnie wynosi ona ok. 100 tys. żołnierzy, w tym: wojska lądowe – 46 tys., siły powietrzne -  16 tys., marynarka wojenna – 8 tys. oraz pozostałe (m.in. Żandarmeria Wojskowa i zabezpieczenie wojsk) – 30 tysięcy żołnierzy. Ta liczba jest zdecydowanie za niska, wziąwszy pod uwagę fakt, że polskie granice z Rosją, Białorusią, Niemcami i Ukrainą są trudne do obrony ze względu na brak naturalnych przeszkód. Co prawda w razie konfliktu zarządza się powszechną mobilizację, ale trzonem w dalszym ciągu pozostaje regularna armia.

Wobec tego trzeba się zastanowić nad możliwymi rozwiązaniami odnośnie stanu liczbowego polskiego wojska. W grę wchodzą tutaj dwie koncepcje. Pierwsza, która postuluje budowę armii małej, ale świetnie wyszkolonej i wyposażonej (przygotowany przez Romualda Szeremietiewa projekt reformy pod nazwą Tarcza i miecz). Pomysł ten wydaje się bardzo dobry, ale tylko pod warunkiem, że wprowadzi się powszechny system szkoleń dla obywateli, podobny do tych, które obowiązują w Szwajcarii czy Izraelu, gdzie każdy obywatel jest przeszkolony i gotowy na ewentualny konflikt zbrojny. Drugą koncepcją jest stopniowe zwiększanie liczebności armii docelowo do ok. 150 – 175 tysięcy żołnierzy. Może to jednak znacznie zwiększyć wydatki na obronę i odbić się na jakości sił zbrojnych.

Drugim kluczowym problemem jest stan wyposażenia armii. Mamy przestarzały sprzęt – to fakt z którym nie ma co dyskutować. W koszarach stacjonują ponad 30-letnie radzieckie czołgi T-72, które pamiętają jeszcze pacyfikację kopalni “Wujek”, bojowe wozy piechoty BMP-1 oraz podarowane nam przez Niemców wysłużone Leopardy 2, które wycofano ze służby w Bundeswehrze. Dwa miesiące temu gen. Waldemar Skrzypczak poinformował, że MON zamierza kupić kolejnych 130 używanych czołgów Leopard 2 za kwotę co najmniej 100 mln euro. Transakcja ta (jeśli dojdzie do skutku) wydaje się o tyle nietrafiona, że zbudowaliśmy właśnie czołg Anders (w całości polska konstrukcja) i ponad 400 mln złotych można by z powodzeniem przeznaczyć na rozwój tego projektu. Jak informowała na początku października ub. roku “Rz” MON nie był zainteresowany kupnem dzieła OBRUM, choć chęć nabycia Andersa wstępnie wyraziły Indie i Malezja.

A przecież potrafimy produkować broń i to na najwyższym poziomie. Świadczą o tym choćby udane konstrukcje armatohaubicy KRAB, KTO Ryś, AMZ Tur 2, zestaw przeciwlotniczy Loara, czy system POPRAD uzbrojony w rakiety polskiej produkcji GROM. Dziwny i zarazem podejrzany jest fakt, że polska armia nie jest zainteresowana zakupem rodzimego sprzętu i uzbrojenia. Moglibyśmy być samowystarczalni pod względem wyposażenia, a pieniądze i technologie zostałyby w kraju. Co więcej fundusze pozyskane z eksportu moglibyśmy przeznaczyć na kolejne projekty i rozwój armii, tym bardziej że potencjalni nabywcy sami się do nas zgłaszają.

W najgorszym stanie jest Marynarka Wojenna. Jej stan doskonale obrazuje projekt budowy korwety Gawron, zarzuconej w lutym 2012 roku po dosłownym utopieniu 500 mln złotych. Tragiczny stan wyposażenia czyni desant na polskie wybrzeże (którego jest prawie 800 km) bardzo łatwym. W służbie mamy m.in. wycofane ze służby i podarowane nam łaskawie przez Norwegów 4 okręty podwodne, które w 2016 roku będą miały równo 50 lat i dwie liczące ponad 30 lat fregaty rakietowe będące darem USA dla Polski. Reszta to małe i równie przestarzałe jednostki, które nie są zdolne do aktywnej obrony polskiego wybrzeża. Gdyby nie zniszczono polskich stoczni, to marynarka mogłaby być stale wyposażana w nowy sprzęt, a stocznie mogłyby mieć zamówienia na kilkadziesiąt lat. Obecnie, przede wszystkim potrzebne jest zwiększenie nakładów na nowe okręty i wyszkolenie oraz ścisły nadzór nad modernizacją marynarki, by nie powtórzyła się sytuacja z Gawronem.

Aż 6,5 mld (ok. 20%) budżetu polskiej armii pochłaniają dzisiaj emerytury i renty. Dla porównania na modernizację techniczną Sił Zbrojnych RP przeznaczono w ubiegłym roku 4 mld złotych. Działalność MON i wojskowego wymiaru sprawiedliwości to ponad 300 mln zł.  Umiejętne i efektywne zarządzenie funduszami oraz likwidacja niepotrzebnych wydatków pozwoliłyby na rozwijanie innych celów. Wbrew pozorom projekt budowy polskiej tarczy antyrakietowej wydaje się dobrym pomysłem. Rozłożenie projektu na kilka albo kilkanaście lat nie obciążyłoby nadmiernie budżetu, a w zamian pchnęłoby to do przodu polskie wojskowe ośrodki badawcze i zakłady zbrojeniowe. Moglibyśmy też uniezależnić się od kaprysów Waszyngtonu i sami zadbać o bezpieczeństwo Polski.

Nie powinniśmy całkowicie polegać na członkostwie w NATO. Zamiast bezkrytycznej wiary w pomoc naszych sojuszników z Paktu Północnoatlantyckiego, powinien powstać plan samodzielnej walki z możliwymi agresorami. Doświadczenia sprzed ponad 70 lat pokazują ile mogą być warte deklaracje sprzymierzeńców. Wspomniana już polska tarcza antyrakietowa i oparcie się w większości na polskim uzbrojeniu pozwolą na zwiększenie potencjału militarnego, a zarazem szans na przetrwanie ewentualnego konfliktu.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...