Setki tysięcy młodych bezrobotnych Polaków to ludzie z wyższym wykształceniem, absolwenci kierunków humanistycznych - politolodzy, socjolodzy, psycholodzy czy dziennikarze. Te kierunki na większości uczelni nie mają limitów miejsc i kończą je rocznie setki osób, dla których rynek zatrudnienia nie jest w stanie zaoferować odpowiedniej ilości miejsc pracy.

Ministerstwo szkolnictwa wyższego zarzeka się, że od jakiegoś czasu organizuje przeróżne kampanie promocyjne, które mają zachęcać młodych ludzi do podjęcia nauki na kierunkach i uczelniach ścisłych. Jednak, jak się okazuje - nie chodzi tu chęci, ale o błędy w podstawie programowej dla uczniów podstawówek. Już na początku swojej edukacji dzieciom ograniczane jest myślenie matematyczne - to program z potencjalnych uzdolnionych matematyków czy fizyków robi humanistów.

Taką tezę sformułowała po swoich badaniach prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska.

Zdolnych matematycznie dzieci jest więcej niż połowa, a wśród nich sporo wybitnie uzdolnionych. Jednak różnie się to rozkłada w grupach wiekowych. W grupie 5-latków co piąte dziecko jest wybitnie uzdolnione, w grupie 6-latków co czwarte dziecko wykazuje się wysokimi uzdolnieniami matematycznymi. W grupie pierwszoklasistów wybitne uzdolnienia wykazywał tylko co ósmy uczeń. Miało to miejsce już po ośmiu miesiącach nauki w szkole. Okazało się też, że dzieci szkolne były mniej twórcze, mniej odważne i wykazywały się mniejszym poczuciem sensu

- wyjaśnia w rozmowie z "Gazetą Prawną". Te dane przerażają. Polski system edukacji jest skonstruowany tak, że dziecko utalentowane nie pogłębia swojego talentu, a dziecko mniej zdolne, nie stara się nadgonić swoich braków. Program jest stworzony pod ucznia "przeciętnego". Różnice w rozwoju umysłowym dzieci mogą się wahać aż do czterech lat - na to nikt nie zwraca uwagi. Uczniowie pierwszej klasy, którzy są lepiej przygotowani do nauki i mają lotniejszy umysł szybko przestają się wyróżniać.

Kiedy do klasy trafiają dzieci po matematyce dla przedszkolaków, które liczą do tysiąca, trudno im wysiedzieć na zajęciach, na których przez np. 20 minut poznają liczbę 1, na następny dzień znowu przez 20 minut poznają liczbę 2. I tak aż do grudnia. One się nudzą, dlatego wyrywają się do odpowiedzi i przeszkadzają, bo zadają mnóstwo pytań i nie wtedy, kiedy trzeba. Dzieje się tak, bo mają rozpędzone umysły i chcą się uczyć nowego. (...) W szkole Zosia na okrzyk: Umiem liczyć do 250 otrzymuje odpowiedź: „To sobie w drugiej klasie tak policzysz, teraz liczymy do 10.

Tymczasem dzieci "słabsze" szybko zaczynają rozumieć mechanizmy szkolne i opracowuje sobie "drogę przetrwania":

Dziecko w pierwszym tygodniu pobytu w szkole orientuje się, że pani chwali za odpowiedzi jego kolegów, a milczy, gdy ono mówi. Co robi? Naśladuje innych uczniów. Powtarza bezmyślnie, nie rozumiejąc, o co chodzi. To kopiowanie powoduje, że nauczyciel nie widzi problemów. Rodzice też nie, bo syn czy córka przynosi dobre oceny. Dziecko szybko orientuje się, od kogo odpisać pracę domową, żeby było dobrze, udaje bardzo zapracowane, by nauczyciel go nie odpytywał, w domu namawia rodziców do rozwiązywania za niego zadań. I te mechanizmy się utrwalają, bo chronią przed nieszczęściem

- tłumaczy prof. Gruszczyk-Kolczyńska.

Podkreśla też, że bardzo ważne jest rozszerzenie pola badania czy dziecko jest gotowe do podjęcia nauki w szkole: takie teksty powinny być przeprowadzane nie tylko w poradniach psychologiczno - pedagogicznych, ale także w naturalnym środowisku przedszkolaka. Podczas takich badań dostajemy wiarygodną informację - np. czy sześciolatek powinien iść już do szkoły czy może warto poczekać jeszcze rok.

Tłumaczyłam, żeby nie mówić rodzicom, że się obniża wiek szkolny, tylko tłumaczyć, że jeżeli dziecko jest dojrzałe, powinno iść do szkoły. Ale nic nie było w stanie przekonać ministerstwa do zmiany. Zobowiązania partyjne były najważniejsze. Jedyna rzecz, jaką udało mi się przeforsować, to właśnie badanie dojrzałości jeszcze w przedszkolu.

- komentuje reformę obniżającą wiek szkolny Edyta Gruszczyk-Kolczyńska, dodając:

Teraz to jeden wielki skandal. Jak można wprowadzać reformę, jeżeli zabiera się pieniądze na modernizację szkół,a zarazem utrzymuje, że młodsze dzieci mają iść do pierwszej klasy?! Różnice w wyposażeniu szkół są tak wielkie, że rodzice się przeciwko temu burzą i nie ma się czemu dziwić.

 

mc, gazetaprawna.pl