Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił wniosek o zabezpieczenie powództwa, czyli o zakazanie dziennikowi „die Welt” używanie sformułowania „polski obóz”. To oznacza, że do końca procesu "die Welt" może kłamać w najlepsze. Jeśli wyrok będzie dla niego korzystny, będzie mógł to robić już zawsze.

Na dodatek podjęcie decyzji o oddaleniu wniosku o zabezpieczenie powództwa zajęło sądowi prawie miesiąc, choć przepisy obligują go do siedmiodniowego terminu. Podjęcie bardzo podobnej decyzji wobec Polaków, niemieckiemu sądowi zajęło... kilka godzin.

Proces cywilny wytoczył „die Welt” jesienią ubiegłego roku Zbigniew Osewski ze Świnoujścia, który stracił cierpliwość do „pomyłek” popełnianych przez niemiecką gazetę w kontekście twórców obozów zagłady podczas drugiej wojny światowej na terenie okupowanej Polski.

Niemcy zakatowali mojego dziadka w obozie pracy w Iławie. To był podobóz Stutthof. Z tego co zdołałem się dowiedzieć, to dziadek zmarł w czasie ciężkiej pracy przy rozbudowywaniu węzła kolejowego w Iławie. Dlatego nie mogę pogodzić się z tym, że Niemcy fałszują historię nazywają własne obozy polskimi. Zamierzam sprawę doprowadzić do końca

- mówił pan Osewski w wywiadzie dla wPolityce.pl.

CZYTAJ WIĘCEJ: NASZ WYWIAD. Zbigniew Osewski, który pozwał "die Welt" za "polski obóz koncentracyjny": "Nie dostałem żadnego wsparcia od naszych władz"

W Unii Europejskiej sądy jednego kraju mogą wydawać wnioski o zabezpieczanie powództwa w innym kraju należącym do wspólnoty. Dlatego też w marcu tego roku pan Osewski, a miesiąc później (9 kwietnia) jego pełnomocnik – Lech Obara - złożyli wnioski o zabezpieczenie powództwa w postaci zakazania „die Welt” używania sformułowań obrażających Polaków – „polski obóz zagłady” i „polski obóz koncentracyjny”. Zrobili to dlatego, że w lutym tego roku „die Welt” ponownie sfałszował historię nazywając niemiecki obóz w Sobiborze polskim, a więc wyglądało to na zupełne lekceważenie polskich praw, gdyż trwał proces!

Można w sumie uznać, że działanie „die Welt” to recydywa. Chyba tylko takie określenie rodem z prawa karnego pasuje do nagminnego obrażania nas przez tę gazetę

- powiedział nam mec. Lech Obara.

Na dodatek, choć Sąd Okręgowy zgodnie z prawem miał tydzień na podjęcie decyzji o przyjęciu lub oddaleniu wniosku, to zajęło mu to... prawie miesiąc. Dopiero 6 maja sąd wniosek oddalił. Powodów oddalenia wniosku jeszcze nie znamy – uzasadnienie jest w drodze do pana Osewskiego i mec. Obary.

Dlaczego jednak sądowi rozpatrzenie wniosku zajęło tak dużo czasu? Dlaczego przekroczony został przepisowy termin?

Jak zwykle w takich sytuacjach zapewne wynikało to z jakiegoś rozkładu pracy w tym referacie. Być może – a nie badałam tego pod tym kątem – sędzia była na urlopie lub na zwolnieniu lekarskim. Albo po prostu wykonała tę czynność (rozpatrzenie wniosku – przyp. red.) przekraczając termin, co się bardzo często zdarza z uwagi na ilość spraw

- tłumaczyła nam sędzia Maja Smoderek, rzecznik prasowy ds. cywilnych w warszawskim Sądzie Okręgowym.

Decyzja polskiego sądu i jego opieszałość jest doskonale widoczna na tle podobnej sprawy, którą wobec Powiernictwa Polskiego, pozwanego przez Erikę Steinbach, podjął niemiecki sąd w Kolonii.

Do Izby Cywilnej kolońskiego sądu 15 sierpnia 2007 r. wpłynął wniosek o zabezpieczenia powództwa od Eriki Steinbach, szefowej Związku Wypędzonych. Chodził o zakazanie rozpowszechniania słynnego plakatu z twarzą Steinbach obok twarzy esesmana i rycerza krzyżackiego. Sąd koloński przychylił się do żądania obywatelki Niemiec i zakazał Powiernictwu Polskiemu używania tego plakatu. Decyzję o tym sąd podjął... 15 sierpnia, a więc w tym samym dniu, którym wpłynął wniosek. Niemiecki sąd – identycznie jak polski – ma na taką decyzję, także siedem dni.

Mecenas Lech Obara zapowiedział już, że będzie odwoływał się od decyzji warszawskiego sądu.

Uważamy, że wniosek spełnia wszystkie wymagania, aby zakazać „die Weltowi” kłamania na nasz temat i obrażania nas.

O determinacji pozywającego „die Welt” i mimo przeciwności ze strony polskiego wymiaru sprawiedliwości, świadczy fakt, że podwyższył on kwotę zadośćuczynienia żądanego od niemieckiej gazety fałszującej historię. Było 500 tysięcy na dom dla chorych dzieci w Świnoujściu, a jest jeden milion złotych.

Teraz tylko potrzeba sprawiedliwości. Najlepiej rychłej.

 

Sławomir Sieradzki

 

CZYTAJ TAKŻE: Mec. Lech Obara: "Trzeba zacząć Niemcom uświadamiać, że zaczynają się procesy, poważniejsze reakcje z naszej strony i ich kłopoty"