Publikujemy wywiad z Wojciechem Pomorskim, prezesem Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech – Dyskryminacja.de, który ukazał się w miesięczniku „Moja Rodzina”.

 

9 lat temu Jugendamt zakazał Panu rozmawiać po polsku z własnymi dziećmi. Później uniemożliwił Panu kontaktowanie się z córkami. Czy może Pan przypomnieć nam wydarzenia sprzed lat i opowiedzieć o obecnej Pana sytuacji?

Od prawie 10 lat walczę przeciw przymusowej germanizacji dzieci. W 2003 r. moja była żona, Niemka, przy wsparciu Jugendamtu uprowadziła z domu w Hamburgu nasze dwie córki Justynę i Iwonę-Polonię. Wtedy jeszcze miałem pełnię praw rodzicielskich i nadzieję, na szybkie unormowanie sytuacji i częste kontakty z córeczkami. W 2009 r. sąd pozbawił mnie praw rodzicielskich. Przez te całe 10 lat moje córki widziałem łącznie jedynie przez 16 godzin. Ostatni raz miało to miejsce w lutym 2010 roku. Od tamtego czasu, czyli od przeszło trzech lat, mimo wyroku austriackiego sądu, że mam widzieć dzieci co dwa tygodnie, nie widziałem ich ani razu. Tak właśnie niemieckie i austriackie sądy „respektują” i „egzekwują” nawet swoje własne wyroki, gdy ktoś jest niewygodny i walczy konsekwentnie o godność i honor, a także o prawa swoje i dzieci, za które jest odpowiedzialny. Moje córki mają teraz 13 i 16 lat, są całkowicie zgermanizowane, wyobcowane i ekstremalnie przeciw mnie nastawione przez byłą niemiecką żonę i jej rodzinę, która jeszcze przed rozwodem często dawała mi odczuć, że Polak to ktoś gorszy, godny pogardy.

 

W takim duchu wychowywane są córki?

Tak. Gdy pierwszy raz zobaczyłem córki po 2 latach od ich porwania z domu (miały wtedy 3 i 6 lat), radości z naszego spotkania nie było końca. Dzieci rzuciły mi się na szyję, obcałowywały mnie, tuliły się do mnie, przypomniały sobie jak to było gdy miały tatusia. Gdy nadszedł czas rozstania, młodsza Iwonka płakała, gdy ją ode mnie odciągano, a obok stojąca rodzina żony robiła zdjęcia, aby „udokumentować” w sądzie i Jugendamcie, że dzieci płakały przeze mnie, a nie za mną. Nie umiały już wtedy ani słowa po polsku. Justynka pamiętała tylko, że „Brot” to chlebek i że kiedyś nazywała mnie „tatusch”. Na pożegnanie dała mi własnoręcznie zrobioną laurkę, w której widniało otoczone serduszkiem moje zdjęcie. Teraz dziewczynki są chłodne i obojętne, wręcz wrogo nastawione do mnie. Lata izolowania, wyobcowywania i buntowania ich przeciw mnie zrobiły swoje. Niemieckie i austriackie sądy przeciągały sprawę latami, grając na czas, aż dzieci ukończą 14 lat. Wtedy będą mogły same powiedzieć, że nie chcą mnie widzieć i ich latami urabiana opinia będzie dla sądu wiążąca. Tak dzisiaj wygląda przemyślana germanizacja w centrum Europy na oczach świata w świetle niemieckiego i austriackiego „prawa”. Ale ja się nie poddaję. Mój adwokat, wspaniały człowiek o wysokim poczuciu etyki Mecenas Markus Matuschczyk i ja złożyliśmy przeciw Austrii skargę do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu na opieszałość sądu, dyskryminację i brak regulacji widzeń z dziećmi. Kolejna sprawa o zakaz używania języka polskiego w kontaktach z dziećmi, która teraz znajduje się w Trybunale Konstytucyjnym w Karlsruhe, zapewne też tam niedługo trafi. Świat usłyszy, jak traktuje się w Niemczech i Austrii Polaków i obywateli innych narodowości, gdyż do Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, które w 2007 roku założyłem i które do dziś prowadzę cały czas zgłaszają się ludzie z podobnymi problemami i z prośbą o pomoc.

 

Ale Jugendamt odebrał Panu możliwość widywania dzieci, ponieważ nie stosował się Pan do warunków „widzeń”. Co więc Pan takiego zrobił, że uniemożliwiono Panu nawet sporadyczne kontakty z własnymi dziećmi?

Nie zgodziłem się na całkowite wykluczenie języka polskiego podczas wmuszonych mi nadzorowanych spotkań z dziećmi w Jugendamcie. To były warunki nie do przyjęcia, gdyż w domu rozmawiałem z dziećmi po polsku i na tym języku zbudowana była nasza więź. Córki znały równolegle język niemiecki, gdyż w tym języku rozmawiały z żoną, jej rodziną, w szkole. Jestem z wykształcenia pedagogiem, magistrem Filologii Germańskiej o specjalności nauczycielskiej więc dbałem o to, by córki znały biegle oba języki. Mam jednak swoją godność i honor, a także znam od dawna Traktat Polsko-Niemiecki, który gwarantuje każdemu Polakowi mieszkającemu w Niemczech prawo do posługiwania się językiem polskim publicznie i prywatnie, a taką wybitnie intymną relacją jest ta między dziećmi a ojcem. Można w skrócie powiedzieć, że upomniałem się by mówić do własnych dzieci po polsku i zostały mi one definitywnie odebrane. Jugendamt zatrudniał trzy osoby władające doskonale językiem polskim i mogące bez problemu nam towarzyszyć. Jednak dobro dzieci i swobodna relacja z polskim ojcem nie miało dla nich najmniejszego znaczenia. Aktywista Jugendamtu Martin Schröder odpowiedzialny za zorganizowanie naszych spotkań powiedział mi wprost, że albo będę rozmawiał z dziećmi wyłącznie po niemiecku albo odwoła ustalone przez sąd spotkania. Natomiast inny etatowy działacz Jugendamtu Bruno Mohr wykrzyczał mi prosto w twarz, że dla niego Traktat Polsko-Niemiecki, na który się m. in. powoływałem to „Scheissdreck” (po polsku: „brudne g...”).

 

Czy polska dyplomacja, służby konsularne próbowały Panu pomóc? Albo zapytam inaczej, mógł Pan liczyć na państwo polskie?

Nasza aktualna dyplomacja, polski rząd i służby konsularne mają w stosunku do Niemiec i Austrii raczej służalcze podejście. Nie potrafią po partnersku, bez kompleksu niższości, stanąć na wysokości zadania, do jakiego zostały powołane przez nasz naród i ująć się za dyskryminowanymi polskimi dziećmi i ich rodzicami. Wsparcie i zainteresowanie tematem otrzymywaliśmy jedynie w latach 2005 - 07 od poprzedniego rządu. Były konsul generalny w Hamburgu próbował nawet osłabić moje działania, odradzając tak radykalną walkę o dzieci. Informowałem o tej rozmowie Kancelarię Prezydenta - wówczas prezydentem był prof. Lech Kaczyński. Niemal natychmiast konsul został odwołany, co być może było efektem mojej interwencji.

 

Antypolonizm niemieckich Jugendamtów dotknął nie tylko Pana. Problem w jakiej skali stało zabieranie dzieci polskim rodzicom?

Do Polskiego Stowarzyszenia „Dyskryminacja.de”, które prowadzę, non stop zgłaszają się ludzie z prośbami o pomoc. Muszę zaznaczyć, że nie są to jedynie Polacy, choć Ci właśnie stanowią większość. Członkami naszego Stowarzyszenia są obywatele USA, Grecji, Francji, Belgii, Rosji, Tunezji, a także rdzenni Niemcy. Każdy przypadek ma ten sam mianownik: dziecko otrzymuje rodzic, który decyduje się pozostać w Niemczech. Nie jest tu brane pod uwagę dobro dziecka. Dziecko ma być Niemcem i już. Znam przypadki gdy niemiecki sąd przyznał dziecko ojcu skazanemu prawomocnym wyrokiem za pedofilię, gdyż lepiej, aby dziecko zostało w Niemczech niż aby było z polską matką. Skala zjawiska jest ogromna. W 2012 roku odebrano w Niemczech 38,5 tysiąca dzieci. Schemat jest zawsze ten sam. Dziecko albo jest odbierane obojgu rodzicom, którym z czasem są drastycznie ograniczane widzenia, aby dziecko przyzwyczaić do nowego otoczenia, nowych warunków, a później np. nowych „rodziców”. Równolegle drugi rodzic poprzez opinię Jugendamtu jest kryminalizowany, - mówi się że chce porwać dziecko z Niemiec, a przez tzw. biegłych jest psychiatryzowany i od dziecka odseparowywany. Ten schemat powtarza się najczęściej. Niektórzy nie mają ani sił ani wystarczających środków finansowych, aby wdawać się w długie, skomplikowane i kosztowne batalie sądowe i albo się poddają i żyją z rozdartym sercem i nieukojoną tęsknotą za dziećmi albo popełniają samobójstwa albo rzeczywiście działania niemieckich Jugendamtów i sądów doprowadzają ich do takiego wyczerpania nerwowego, że muszą korzystać z porad psychiatrów czy psychologów. Na szczęście mamy w naszej instytucji wybitnych i zdeterminowanych prawników, ekspertów, psychologów i innych współpracujących z nami specjalistów, dzięki którym wielu ludziom udało się pomóc. Największe szanse na powodzenie mają sprawy uchwycone w zalążku, gdy nie ma jeszcze żadnych prawomocnych wyroków sądu pierwszej instancji. Jednak i w innych czasem beznadziejnych sprawach czasami uda się coś wygrać.

 

Denar Chrobrego. Pierwsza polska moneta. To logo Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech. Dlaczego akurat taki symbol?

Pierwsze polskie godło z Denara Chrobrego w polskich biało-czerwonych barwach jest naszym świadomie wybranym znakiem, którym nawiązujemy do postawy naszego pierwszego koronowanego władcy, który żyjąc w partnerskich i przyjacielskich stosunkach z Niemcami (Zjazd w Gnieźnie w 1000 roku) potrafił godnie reprezentować nasze narodowe polskie interesy, a gdy trzeba było o nie zdecydowanie walczyć. Słowem nie umizgiwał się do innych władców i dlatego był i jest do dziś tak szanowanym władcą. Dlatego Polska w tym czasie miała liczącą się pozycję na arenie międzynarodowej. Założona i prowadzona przeze mnie instytucja do takiej postawy świadomie nawiązuje naszym logiem i tak postępuje.

 

Co będzie jutro? Wierzy Pan, że odzyska dzieci? A może liczy Pan przynajmniej, że kiedy będą dorosłe, włączą Internet i przeczytają to wszystko. Przeczytają też tę rozmowę. Dowiedzą się o Pana walce i… miłości do nich. Ma Pan wciąż nadzieję po tylu latach?

Oczywiście, że mam taką nadzieję. Może nawet znajdą tę naszą dzisiejszą rozmowę, przetłumaczą ją sobie tłumaczem internetowym na niemiecki. Coś kiedyś obudzi naszą dziewiczą i gorącą, ale od lat zohydzaną i opluwaną przez złych ludzi miłość w ich serduszkach. Gdybym wątpił w to, że moja walka o córki ma sens już dawno bym zrezygnował, poddał się, załamał. Głęboko wierzę w to, że przyjdzie taki dzień, że odbiorę telefon i usłyszę głos moich ukochanych córeczek Justynki i Iwonki-Polonii, albo otworzę skrzynkę mailową i przeczytam „Tatuś, chętnie się z tobą spotkam”. Wierzę, że jak mnie na nowo odkryją to poczują jak wielką siłą jest miłość ojca do swoich dzieci, a dla mnie spełni się moje największe marzenie: przytulę do serca moje córeczki, które tulę od 10 lat tylko w moich snach. O to proszę Boga.

 

Wywiad Roberta Wita Wyrostkiewicza z Wojciechem Pomorskim ukazał się w miesięczniku „Moja Rodzina”.

Więcej - na blogu Wojciecha Pomorskiego.

znp