Podatkiem w internet. Projekt nazywa się „ustawą o sprawiedliwym rynku”, ale pod tą nazwą kryją się jak najbardziej realne interesy różnych podmiotów

fot.sxc.hu
fot.sxc.hu

Senat USA uchwalił ustawę umożliwiającą pobieranie lokalnych podatków od sprzedaży za transakcje w internecie. Choć nie jest pewne ani czy, ani kiedy ustawę przyjmie Izba Reprezentantów (prezydent Barack Obama jest „za”), nieopodatkowane zakupy w sieci dla obywateli USA wydają się policzone.

Projekt – przyjęty dużą większością 69-27 – nakłada na sklepy internetowe obowiązek pobierania podatku, o ile ich sprzedaż do innych stanów przekracza milion dolarów rocznie. Podatki te mają trafiać do gmin i stanów, z których pochodzi klient  i wynoszą – w zależności od stanu – od kilku do 10 proc.). Ustawa jest niezbędna aby pobierać podatki, bo dotychczas obowiązuje orzeczenie Sądu Najwyższego z 1992 r., które zabrania pobierania podatku od sprzedaży przez firmy spoza stanu klienta, o ile nie posiadają one w tym stanie fizycznie istniejących sklepów.

Według wyliczeń, Amerykanie w zeszłym roku wydali w sieci 225 mld dolarów, więc jest się o co bić. Jeśli ustawa stanie się prawem, sklepy internetowe stracą przewagę cenową do 10 proc. jaką dawało im orzeczenie Sadu Najwyższego. Jest to zgodne z postulatami zrzeszeń sprzedawców detalicznych, którzy od dawna wskazywali na nierówne traktowanie fizycznie istniejących sklepów w internecie oraz tych z internetu. Od wielu lat za tym rozwiązaniem lobbowali gubernatorzy i władze poszczególnych stanów (w USA poza akcyzą, nie ma powszechnych federalnych podatków od konsumpcji, takich jak europejski VAT), widząc tu dodatkowe źródło dochodów dla wymizerowanych przez kryzys budżetów stanowych. Chodzi o niemałe pieniądze – na podstawie własnych uregulowań stan Kalifornia zarobił w zeszłym roku na internetowym podatku 1,9 mld dolarów. Zdecydowanie przeciw są konserwatyści i libertarianie, widząc w akcie rozszerzanie podatków i kontroli rządowej.

Ale pod powierzchnią toczy się fascynująca bitwa grup interesów. To oprócz stanowych rządów, które chcą kolejnych dochodów, przede wszystkim rywalizacja internetowych gigantów sprzedaży (na czele tej grupy stoi największy sklep internetowy Amazon.com czy internetowe ramię sklepów Walmart) oraz mniejszych sprzedawców w sieci. Otóż od jakiegoś czasu giganty... popierają powszechne opodatkowanie sprzedaży. Dlaczego chcą podatku, który zwiększa o nawet 10 proc. ceny produktów, zmniejszając ich marże? Szefowie Amazon.com doszli bowiem do wniosku, że podatek pomoże im... zwalczać konkurencję. Decyduje skala. Amazon.com i inni giganci są o wiele lepiej przygotowani do pobierania podatków: w USA jest aż ponad 9 600 jurysdykcji podatkowych (w zależności od stanów, powiatów i miast). Odpowiednie określenie wymiaru podatku wymagać to będzie pełnej księgowości podatkowej, na co nie stać wielu z prowadzących często rodzinne biznesy. Dodatkowo giganci kompensują sobie ewentualne ubytki spowodowane pobieranie lokalnych podatków … uzyskiwaniem rabatów podatkowych od poszczególnych stanów, w zamian za umieszczanie na ich terytorium magazynów i centrów wysyłkowych.

Batalia byłaby przegrana, gdyby do walki lobbistycznej nie włączył się portal eBay.com, po stronie mniejszych sprzedawców. Szef John Donahoe namawia, aby wyłączyć z obowiązku podatkowego wszystkie firmy zatrudniające poniżej 50 pracowników albo mające obrót poniżej 10 mln dolarów. Nie czyni tak oczywiście jedynie z idealistycznych pobudek, bo właśnie te firmy głównie korzystają z usług e-Bay. I tak toczy się batalia. Projekt nazywa się „ustawą o sprawiedliwym rynku”, ale pod tą nazwą kryją się jak najbardziej realne interesy różnych podmiotów.

 

Paweł Burdzy z Chicago

 

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...