Tomasz Szymborski, znany dziennikarz, prezes katowickiego oddziału SDP, został skazany w procesie cywilnym, jaki wytoczył mu Marek Chyliński, były redaktor naczelny „Dziennika Zachodniego”. Postępowanie odbyło się w trybie zaocznym (wezwania z sądu przychodziły na adres, pod którym Szymborski nie mieszka), a wyrok nakazuje – ponoć – Szymborskiemu wypłacenie odszkodowania i przeproszenie Chylińskiego za nazwanie go „tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa” oraz ma klauzulę natychmiastowej wykonalności. Dlaczego „ponoć”? Dlatego, że jak do tej pory jedyne informacje o tym wyroku pochodzą od Marka Chylińskiego. Sędzia ciągle pisze uzasadnienie, a pełnomocnik Szymborskiego jak dotąd nie uzyskał dostępu do akt. W tej sprawie nasuwa się kilka wątpliwości: proceduralnych oraz merytorycznych.

Postępowanie w trybie zaocznym (pod nieobecność pozwanego) jest wyjątkowo dolegliwe dla strony, która w nim nie uczestniczy, szczególnie wtedy, gdy zapada wyrok skazujący. Człowiek dowiaduje się, że został skazany nagle, często wtedy, gdy już biegną terminy kodeksowe (np. termin wniesienia apelacji). Tak jest też w tym przypadku: Szymborski dowiedział się w jednym momencie, że: po pierwsze, w jego sprawie zapadł już prawomocny wyrok; po drugie, że lada chwila minie termin, w którym może się domagać wstrzymania klauzuli natychmiastowej wykonalności. Ta klauzula w tym wypadku oznacza, że Chyliński może na koszt Szymborskiego ogłosić treść przepraszającego go ogłoszenia prasowego.

Z punktu widzenia elementarnego poczucia sprawiedliwości nasuwa się pytanie, czy sąd powinien stosować klauzulę natychmiastowej wykonalności wyroku w przypadku procesu, który odbył się w trybie zaocznym. Jedno to już jest dodatkowa dolegliwość (tzn. poza obowiązkiem wykonania wyroku) dla skazanego, drugie to inna dodatkowa dolegliwość dla niego. Ale dwa w jednym, czy to aby nie przesada?

Powstaje też wątpliwość co do meritum sporu. Szymborski w swoich publikacjach nigdzie nie napisał, że Chyliński „był tajnym współpracownikiem SB”, a teraz miałby przepraszać właśnie za to. Owszem, Szymborski pytał publicznie władze koncernu Polskapresse, czy jest moralnie uprawnione zatrudnianie Chylińskiego w „Dzienniku Zachodnim”, skoro firma zapowiedziała wcześniej, że „w Polskapresse nie ma miejsca dla osób, które kiedykolwiek współpracowały ze służbami PRL-owskich organów przemocy”. I to na tym jego stwierdzeniu, jak się zdaje, opierała się taktyka procesowa Chylińskiego. 

Tomasz Szymborski pisał natomiast zgodnie z prawdą, że Chyliński był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB. Sąd Lustracyjny, który na wniosek Chylińskiego przeprowadził postępowanie autolustracyjne, ustalił kilka twardych faktów. Po pierwsze, że Chyliński został zarejestrowany jako TW „Aleksander” pod numerem rejestracyjnym 63079, a werbującym go funkcjonariuszem był starszy kapral Wiesław Rogalski. Po drugie, że TW „Aleksander” miał być wykorzystywany do sprawy operacyjnej kryptonim „Prasa” oznaczonej numerem rejestracyjnym 47310 (co wynika z karty personalnej Chylińskiego) . Po trzecie, że protokół Wydziału III katowickiej SB z jesieni 1989 wymienia wśród tajnych współpracowników tego wydziału m.in. TW „Aleksandra” numer rejestracyjny 63079, oraz jako jego oficera prowadzącego podporucznika Wiesława Rogalskiego (Rogalski tymczasem awansował). Po czwarte, że ppor Rogalski prowadził w jesieni 1989 wciąż sprawę operacyjną kryptonim „Prasa”, numer rejestracyjny 47310. Po piąte, że działaniach operacyjnych na rzecz sprawy kryptonim „Prasa” wykorzystywany był m. in. TW oznaczony numerem 63079 (co, z kolei, wynika z dokumentacji ewidencyjnej tej sprawy operacyjnej).

Co z tych faktów wynika? Wynika z nich, że lansowana przez Chylińskiego teza o fikcyjnej rejestracji nie ma oparcia w materiale dowodowym. Ta teza – mówiąc na marginesie – jest forsowana w mediach głównie przez tych „znawców” lustracji, którzy – jak sami niekiedy podkreślają – brzydzą się materiałami SB, więc nie mają pojęcia ani o zasadach pracy operacyjnej, ani o zasadach jej dokumentowania. Niżej podpisany przebadał dziesiątki takich spraw i nie natrafił ani raz na przesłanki mogące dowodzić fikcyjnej rejestracji. W tym wypadku przeczą tej tezie krzyżujące się informacje o działalności tajnego współpracownika „Aleksandra” powstałe w różnym czasie i wytworzone przez różnych funkcjonariuszy SB. Przeczy jej, zresztą, także zeznanie Rogalskiego złożone w sądzie. Jeśli TW „Aleksander” zostałby zarejestrowany fikcyjnie w marcu 1987, to z jakich powodów kierownictwo Wydziału III SB w Katowicach jeszcze w jesieni 1989 uznawałoby TW „Aleksandra” za czynnego agenta? Jeśli Rogalski fikcyjnie zarejestrowałby Chylińskiego, to w jaki sposób figurowałby on w zestawieniu agentury sprawy operacyjnej „Prasa”, którą przecież nie on sporządzał?

Twarde fakty są więc takie, że Marek Chyliński został zarejestrowany jako TW „Aleksander”, że był przez SB traktowany jako agent jeszcze dwa i pół roku po rejestracji oraz, że był wykorzystywany do sprawy operacyjnej „Prasa”.

Pomimo tych twardych faktów Sąd Lustracyjny uznał, że Chyliński złożył zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne (oświadczył, że nie współpracował z SB).

Sąd, jak się wydaje, nie mógł wydać innego wyroku, ponieważ wiąże go interpretacja ustawy lustracyjnej dokonana przez Trybunał Konstytucyjny w 1998 r. Jak wiadomo, obowiązują odtąd sąd lustracyjny słynne kryteria Trybunału, który uznał, że aby orzec istnienie tajnej współpracy, musi być spełnionych pięć warunków łącznie: rzeczywiste przekazywanie informacji, świadomy charakter kontaktów z funkcjonariuszami SB, tajność tych kontaktów, deklaracja woli współpracy musi się następnie zmaterializować w pomocy udzielanej SB, te działania musiały mieć związek z operacyjnym zdobywaniem informacji przez Służbę Bezpieczeństwa. W warunkach stanu archiwów pozostawionych przez SB oraz konsekwentnej taktyki byłych SB-eków zeznających w sądach (w tej spawie ppor. Rogalski rozpoznał swoje pismo w dzienniku rejestracyjnym, ale nie pamiętał Chylińskiego) są to kryteria mordercze dla skazania także rzeczywistych tajnych współpracowników. Stąd takie statystyki w tego rodzaju sprawach – sądy uznają, że prawie wszyscy lustrowani złożyli zgodne z prawdą oświadczenia (twierdząc, że nie współpracowali).

W tej sprawie kluczowe są zniszczenia w archiwum katowickiej SB dokonane na przełomie 1989 i 1990 roku. Ponieważ zniszczono m. in. teczkę pracy oraz teczkę personalną TW „Aleksander”, nie wiemy, jakich informacji Chyliński udzielał Rogalskiemu, lub w inny sposób mu pomagał. Być może informacje były błahe, nie możemy też wykluczyć, że Chyliński uchylał się od współpracy. Ale fakt, że 2,5 roku po rejestracji i to w chwili, gdy generalnie agentura się sypie, bo sypie się PRL, SB ciągle uznaje Chylińskiego za swojego tajnego współpracownika, skłania raczej do wniosku odwrotnego. W każdym razie sąd zinterpretował wątpliwości na korzyść lustrowanego tak, jak każe procedura (w sprawach lustracyjnych obowiązuje procedura karna).   

Opierając się na tym wyroku Chyliński wystąpił najpierw z medialną krytyką Szymborskiego, a następnie pozwał go cywilnie. Wygrał, jak się zdaje (nie znając akt sprawy) głównie dlatego, że miał za sobą właśnie ów oczyszczający go wyrok sądu lustracyjnego.

Najważniejsza wątpliwość, jaka powstaje  w odniesieniu do całości tego sporu, a więc do procesu lustracyjnego i do powiązanego z nim procesu cywilnego, dotyczy koherencji całego wymiaru sprawiedliwości. Czy to sprawiedliwe, że najpierw pan Chyliński wygrywa w procesie lustracyjnym, bo obowiązuje tam rozstrzyganie wątpliwości na korzyść lustrowanego, a następnie wygrywa w procesie cywilnym wytoczonym panu Szymborskiemu, bo tu nie obowiązuje rozstrzyganie wątpliwości na korzyść pozwanego?