Afera Rywina. Największym przegranym w całej sprawie był Kwaśniewski. "Oświadczył, że mógłby „nawet zatańczyć przez komisją i zaśpiewać”

Fot. Materiały promocyjne
Fot. Materiały promocyjne

Moja najnowsza książka „Historia polityczna Polski 1989-2012” jest już dostępna jako ebook, a do 7 maja będzie ją można zakupić w tej postaci po bardzo atrakcyjnej cenie. Z tej okazji pozwalam sobie zamieścić fragment książki dotyczący afery Rywina czyli wydarzenia, które zmieniło w istotny sposób historię III RP kładąc kres istnieniu nieformalnego triumwiratu Miller-Kwaśniewski-Michnik. Dla ułatwienia lektury na blogu zrezygnowałem z zamieszczenia przypisów.

***

[…] Kiedy w połowie grudnia 2002 r. premier Miller wrócił ze szczytu UE w Kopenhadze, na którym ustalono ostatnie szczegóły akcesji Polski do Unii, jego polityczna gwiazda osiągnęła apogeum. Jednak w kilkanaście dni później doszło do wydarzenia, którego dalekosiężne konsekwencje okazały się katastrofalne nie tylko dla szefa rządu i kierowanego przez niego obozu politycznego, ale i dla wielu zwolenników wyidealizowanego wizerunku III Rzeczypospolitej. 27 grudnia 2002 r. w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł „Ustawa za łapówkę, czyli przychodzi Rywin do Michnika”. Dotyczył on korupcyjnej propozycji, jaką w lipcu 2002 r. złożył kierownictwu spółki „Agora” (wydawcy „Gazety Wyborczej”), znany producent filmowy Lew Rywin. Sprawa dotyczyła projektu nowej ustawy o radiofonii i telewizji, jaką postanowił przygotować rząd Millera, a ściślej zawartego w nim przepisu antykoncentracyjnego, zabraniającego firmie posiadającej ogólnopolski dziennik posiadania stacji telewizyjnej. W praktyce ten ogólny przepis dotyczył głównie „Agory”, która nie ukrywała, że jest zainteresowana kupnem udziałów w telewizji „Polsat”, a jej przedstawiciele wiosną 2002 r. prowadzili w kręgach rządowych aktywny lobbing, na rzecz nadania ustawie pożądanego przez nich kształtu.

W czerwcu 2002 r., po spotkaniu Millera z przedstawicielami prywatnych mediów, wydawało się, że premier - pod silnym naciskiem środowiska „Gazety Wyborczej” - podjął decyzję o wycofaniu się rządu z antykoncentracyjnych zapisów. Później jednak okazało się, że w projekcie, który miał być przedmiotem obrad rządu, znów znalazł się wymierzony w „Agorę” kluczowy zwrot „lub czasopisma”. Tymczasem Rywin, najpierw w rozmowie z prezes „Agory” Wandą Rapaczyńską, a następnie podczas spotkania z Adamem Michnikiem 22 lipca, sformułował propozycję nadania ustawie takiego kształtu, który pozwoliłby „Agorze” na kupno „Polsatu”. W zamian, występując w imieniu anonimowej, ale mającej wedle niego poparcie premiera „grupy trzymającej władzę”, domagał się 17,5 mln dolarów dla swoich mocodawców, dla siebie stanowiska prezesa „Polsatu”, a dla Leszka Millera życzliwości ze strony „Gazety Wyborczej”. Michnik nagrał rozmowę z Rywinem i jeszcze tego samego dnia wieczorem doprowadził do konfrontacji Rywina i Millera w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. W jej trakcie, wedle zeznań Millera i Michnika, Rywin miał wskazać na prezesa TVP Roberta Kwiatkowskiego, jako osobę, która wysłała go do „Agory”.

Do tego sprowadzają się niepodważalne fakty, potwierdzone przez utworzoną z inicjatywy PO i PiS w styczniu 2003 r. dziesięcioosobową sejmową komisję śledczą, pod przewodnictwem Tomasza Nałęcza (UP) z zadaniem wyjaśnienia kulis sprawy, a w szczególności tego, kto w rzeczywistości stał za Rywinem. Jej pierwszy skład tworzyli obok przewodniczącego posłowie: Ryszard Kalisz (SLD), Bohdan Kopczyński (LPR), Bogdan Lewandowski (SLD), Jan Rokita (PO), Stanisław Rydzoń (SLD), Piotr Smolana („Samoobrona”), Józef Szczepańczyk (PSL), Jerzy Szteliga (SLD) i Zbigniew Ziobro (PiS). Posłowie SLD-UP mieli w niej zatem połowę miejsc, w tym stanowisko przewodniczącego. L. Miller uznał zgodę SLD na powołanie komisji śledczej za duży błąd: „Uważam, że nigdy nie powinniśmy dopuścić do powstania komisji śledczej. Oczywiście byłoby to trudne i to z różnych powodów. Marek Borowski parł do powołania tej komisji, grożąc, że jeśli tego nie zrobimy, to on będzie musiał złożyć rezygnację z funkcji marszałka Sejmu. (…) mieliśmy sytuację, w której część tego środowiska [SLD] postanowiła rozegrać sprawę Rywina na własną korzyść. SLD było pęknięte”.

Wielomiesięczne prace komisji, a w szczególności relacjonowane przez media zeznania świadków występujących przed jej obliczem, okazały się wstrząsem dla sporej części opinii publicznej. Wprawdzie sposób informowania o pracach komisji przez TVP wskazywał na wyraźny zamiar bagatelizowania afery, a zwłaszcza roli odegranej w niej przez prezesa Kwiatkowskiego, ale prywatne stacje telewizyjne i gazety skutecznie nagłaśniały jej kolejne szczegóły.

Krok po kroku komisja śledcza, a w szczególności jej trzej najbardziej dociekliwi członkowie, posłowie Tomasz Nałęcz, Jan Rokita i Zbigniew Ziobro, odsłonili mechanizm manipulowania projektem ustawy w celu wymuszenia haraczu, który przypuszczalnie miał posłużyć „grupie trzymającej władzę” do zbudowania związanego z lewicą koncernu medialnego. Liczne poszlaki – w tym również wykazy połączeń telefonicznych Rywina – wskazywały, że obok Kwiatkowskiego do owej grupy mogli też należeć jego bliski przyjaciel, sekretarz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Włodzimierz Czarzasty, wiceminister kultury Aleksandra Jakubowska oraz szef gabinetu politycznego premiera Lech Nikolski. Jeszcze dalej w swoich oskarżeniach posunął się poseł Ziobro, którego sprawozdanie z prac komisji obciążało również premiera Millera, a nawet prezydenta Kwaśniewskiego. Głowie państwa zarzucano zachowanie bierności po tym, gdy w końcu lipca 2002 r. otrzymał on notatkę z wyjaśnieniami od Rywina, po czym schował ją na wiele miesięcy do szuflady. O jej istnieniu posłowie dowiedzieli się dopiero w marcu 2003 r. od… Millera, który zareagował w ten sposób na wypowiedź prezydenta sugerującą, że z uwagi na niejasną rolę odegraną w całej sprawie powinien podać się do dymisji. W ten sposób okazało się, że afera Rywina wpisała się też w walkę toczoną między Kancelarią Premiera i Pałacem Prezydenckim.

Największym przegranym w całej sprawie (o ile oczywiście nie liczyć Rywina) był premier, który konsekwentnie starał się przekonywać posłów, dziennikarzy, a za ich pośrednictwem opinię publiczną, że propozycja Rywina była tak absurdalna, iż uznał ją za przejaw urojeń producenta filmowego i dlatego nie skierował sprawy do prokuratury. Jednak zeznania, jakie złożył w tej sprawie przed komisją śledczą, nie rozwiały wszystkich wątpliwości, tym bardziej, że premier bombardowany pytaniami podczas wielogodzinnych przesłuchań, kilkakrotnie stracił na sobą panowanie. „Pan jest zerem, panie pośle Ziobro” – usłyszał od Millera poseł PiS, gdy zapytał o reakcję szefa rządu na informacje, że prawdopodobny zleceniodawca zabójstwa byłego komendanta policji Marka Papały, pochodził z kręgu ludzi zbliżonych do SLD. Niewiele lepiej został potraktowany przez premiera Jan Rokita, który zdaniem Millera miał się dopuścić „ordynarnej manipulacji”, cytując niedokładnie zeznania, jakie szef rządu złożył w prokuraturze. Równocześnie Miller demonstracyjnie bronił uwikłanej w aferę Rywina Aleksandry Jakubowskiej, którą w styczniu 2003 r., a zatem już po nagłośnieniu całej sprawy, awansował na stanowisko szefa swojego gabinetu politycznego.

Kiedy w październiku 2003 r. CBOS przeprowadził badania na temat zaufania do deklaracji poszczególnych osób kojarzonych z aferą Rywina, jedynie 17 proc. badanych stwierdziło, że ma zaufanie do Millera. Jego brak deklarowało 64 proc. respondentów, zaś pozostali nie mieli w tej sprawie zdania. Niższą wiarygodnością w tej sprawie cieszył się jedynie Włodzimierz Czarzasty (65 proc.) i sam Rywin (76 proc.), który odmówił zeznań przed komisją śledczą, ograniczając się do wygłoszenia przed jej obliczem oświadczenia. Stwierdził w nim m.in.: „Adam Michnik, ten sam, który poprzednio proponował mi posadę szefa Polsatu, w czasie licznych biesiad towarzyskich głosił, iż zmusi mnie do emigracji. Nie wierzyłem, iż >Gazeta Wyborcza< posunie się do takiej podłości, aby opublikować zmanipulowaną wersję prywatnej rozmowy, podstępnie nagranej. (…) Padłem ofiarą wyrafinowanej intrygi Wandy Rapaczyński i Agory. (…) Konkludując, oświadczam, że nie poczuwam się do winy i w całości odrzucam zarzuty stawiane mi w tej sprawie. Oświadczam również, że to nie ja poszedłem do Agory z jakąkolwiek propozycją lobbingową. To Wanda Rapaczyński nalegała, abym włączył się w jej grę prowadzoną wokół ustawy radiowo-telewizyjnej”. Wyjaśnieniom tym nie dali wiary zarówno posłowie z komisji śledczej, ani też sąd, który skazał Rywina na dwa lata więzienia oraz 100 tys. zł grzywny za pomoc wpłatnej protekcji. W 2005 r., po próbach uniknięcia wykonania wyroku z uwagi na stan zdrowia, producent filmowy trafił do więzienia. Jednak nawet wówczas, nie zdecydował się na wyjaśnienie, na czyje zlecenie złożył „Agorze” swoją propozycję.

Afera Rywina nadwerężyła też wiarygodność „Gazety Wyborczej” i jej redaktora naczelnego, który wprawdzie całą sprawę nagłośnił (wcześniejsza notka na ten temat opublikowana w rubryce satyrycznej tygodnika „Wprost” została z tego względu zlekceważona), ale równocześnie wielokrotnie odmawiał odpowiedzi na pytania członków komisji śledczej, zasłaniając się słabą pamięcią bądź też tajemnicą dziennikarską. Podkreślał tylko stale, że z całą pewnością o korupcyjnej propozycji nic nie wiedział premier Miller. W rezultacie nie udało się wyjaśnić, dlaczego redakcja „Gazety” zwlekała z ujawnieniem sprawy i skierowaniem jej do prokuratury przez pięć miesięcy, a Michnik nakłonił we wrześniu dziennikarkę „Polityki” Janinę Paradowską do usunięcia z już przeprowadzonego wywiadu z Millerem fragmentu dotyczącego oferty Rywina. Tłumaczenia, że trwało w tym czasie dziennikarskie śledztwo „GW” były o tyle nieprzekonujące, że nigdy nie wyjaśniono na czym polegało, ani tym bardziej nie przedstawiono jego wyników. Bardziej wiarygodne było wyjaśnienie, że czekano na zakończenie negocjacji w sprawie wejścia Polski do UE, co potwierdzałoby hipotezę posła Rokity, że grudniowy artykuł „czekał na akceptację ze strony Leszka Millera”. Jednak wydarzenia, jakie nastąpiły po jego publikacji, doprowadziły do szybkiego ochłodzenia stosunków między środowiskiem „Gazety Wyborczej” i obozem postkomunistycznym, o których wcześniejszej fazie zaskakująco szczerze napisał rozgoryczony Robert Kwiatkowski oceniając, że w Polsce przed wybuchem afery Rywina „świadectwo przyzwoitości i dojrzałości do demokracji wystawiał Adam Michnik. Warto było mieć go po swojej stronie. O jego względy zabiegali nie tylko prezydent z premierem, ale i wielu innych, mniej lub bardziej ważnych polityków i postaci życia publicznego. Wśród nich i tacy, jak W. Czarzasty i, co przyznaję samokrytycznie, także ja.”

Prace komisji sejmowej ujawniły całą pajęczynę nieformalnych powiązań, istniejących na styku świata polityki i biznesu. Za sprawą analizowanych przez posłów billingów rozmów telefonicznych, wysyłanych wiadomości tekstowych oraz zawartości komputerowych dysków, udało się odtworzyć nie tylko nieprawidłowości w procesie przygotowywania projektu ustawy o radiofonii i telewizji, ale i specyficzną atmosferę panującą w postkomunistycznej elicie władzy. W najbardziej lapidarnej postaci oddał ją sms wysłany przez członka KRRiT z ramienia SLD Adama Halbera do prezesa Kwiatkowskiego, a ujawniony w maju 2003 r. przez posła Rokitę: „Może byś wrócił do Piotrka Urbankowskiego. To jest świetny koleś - pracowity i lojalny, lubię go i cenię. Precz z siepactwem. Chwała nam i naszym kolegom. Ch..e precz!”. Rekord arogancji ustanowił natomiast kolega Halbera z Krajowej Rady, jej sekretarz Włodzimierz Czarzasty, który po apelu prezydenta, by członkowie Rady podali się do dymisji w związku z ujawnieniem matactw, do jakich doszło w trakcie prac nad projektem ustawy stwierdził, odpowiadając na pytanie, czy zamierza się spotkać w tej sprawie z Kwaśniewskim: „Nie muszę. Mam swój rozum”. Czarzasty był członkiem Rady z nominacji prezydenta. Z kolei przesłuchanie Jerzego Urbana, doprowadziło do ujawnienia zażyłych stosunków towarzyskich łączących go z Michnikiem. Również zeznanie, jakie złożył w prokuraturze prowadzącej równolegle śledztwo w sprawie Rywina prezydent Kwaśniewski, potwierdziło jego bliskie kontakty z redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej”. „Była to jego kolejna, coroczna, w jakimś sensie tradycyjna wizyta” – mówił prokuratorowi Kwaśniewski o wielogodzinnym spotkaniu z Michnikiem 30 lipca 2002 r. w letniej rezydencji prezydenta w Juracie. W jego trakcie prezydent dał Michnikowi do przeczytania notatkę, którą otrzymał od Rywina, a której zawartość redaktor skomentował lapidarnie mówiąc: „Rywin łże”. Zażyłość między Kwaśniewskim i Michnikiem była tak znaczna, że w niektórych środowiskach określano tego ostatniego zjadliwie mianem „wiceprezydenta”.

Aleksander Kwaśniewski złożył wyjaśnienia na temat afery Rywina w prokuraturze, odmówił natomiast stawienia się przed obliczem sejmowej komisji śledczej. 7 listopada 2003 r. oświadczył, że mógłby „nawet zatańczyć przez komisją i zaśpiewać”, ale nie może łamać przysługującego mu jako głowie państwa statusu niezależności od parlamentu. Niechęć Kwaśniewskiego do stawienia się przed komisją była o tyle zrozumiała, że większość z pięćdziesięciu świadków, jacy pojawili się w Sali Kolumnowej Sejmu, gdzie obradowała komisja, nie wypadła najlepiej w krzyżowym ogniu poselskich pytań. Wezwania przed komisję stały się zresztą szybko elementem gry politycznej i narzędziem nękania przeciwników. Tak było z wezwaniem przed komisję prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego, które zostało przeforsowane przez SLD-owską część członków komisji najwyraźniej po to, by mniej zorientowanym Polakom zasugerować jakikolwiek związek lidera PiS-u i kandydata na prezydenta RP z aferą Rywina.

Komisja śledcza, zajmująca się wyjaśnieniem afery Rywina, była pierwszym tego rodzaju organem utworzonym na podstawie ustawy ze stycznia 1999 r. Olbrzymie zainteresowanie jakie towarzyszyło jej pracom, zaskoczyło liderów ugrupowań politycznych, którzy w niektórych przypadkach oddelegowali do udziału w jej pracach posłów nie należących do pierwszej ligi w swoich klubach. Kiedy stało się jasne, że komisja znalazła się w centrum uwagi opinii publicznej, niektórzy z nich postanowili dokonać zmian w jej składzie. Udało się to, i to tylko jeden raz, Lepperowi, na którego żądanie z komisji ustąpił Piotr Smolana, a jego miejsce zajęła Renata Beger. Natomiast mimo pięciokrotnie składanych wniosków, Sejm nie przychylił się do żądania LPR by jej przedstawiciela Bohdana Kopczyńskiego zastąpił inny poseł Ligi. Sam zaś Kopczyński wolał odejść z LPR, niż z komisji śledczej. Na tym tle zaskakująca była rezygnacja z udziału w prac komisji Ryszarda Kalisza, którego miejsce zajęła posłanka Anita Błochowiak (SLD). W ostatniej fazie prac komisji uczestniczył też poseł „Samoobrony” Jan Łączny, który zajął miejsce Renaty Beger, usuniętej przez komisję z jej składu w związku z zarzutami fałszowania podpisów na listach wyborczych. Łączny wszedł do komisji po tym, gdy Sejm nie wybrał w jej skład zabiegającego o to Leppera. Mimo zróżnicowanego poziomu reprezentowanego przez posłów oraz wątpliwych zachowań niektórych z nich, ogólny bilans prac komisji należy ocenić wysoko. Instytucja ta dobrze przysłużyła się polskiej demokracji i zasadzie jawności życia publicznego, choć nie wszystkie powoływane później na jej wzór komisje śledcze okazały się równie skuteczne.

Autor

2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...