Pisząc „my”, nie mam broń Boże na myśli jakiejkolwiek wspólnoty politycznej. Nie wszystkie wybory Jarosława Gowina podzielam, obawiam się, że w przyszłości będzie z nimi nawet gorzej.

Jego rola hamulcowego radykalnych awantur światopoglądowych w mainstreamie dobiegła końca już jakiś czas temu. Jeśli spróbuje beznadziejnej walki o swoją pozycję w PO, a potem zacznie tworzyć konserwatywną kanapę, może zmarnować swój potencjał.

Pisząc „my”, mam na myśli stosunkowo szeroką grupę ludzi. Katolików, którzy uważają, że ich przekonania to nie tylko kwestia deklaracji, ale i realnej walki o kształt życia społecznego. I nawet tych ludzi oddalonych od religii, którzy widząc szaleństwa współczesności, odruchowo skupiają się wokół naturalnego prawa moralnego.

Gowin, lepiej, gorzej, ale próbował reprezentować ich wszystkich w tym rządzie i w tej partii. Niegdyś w teorii różnorodnej. Jego obrona prostej i zresztą konstytucyjnej zasady małżeństwa jako związki mężczyzny i kobiety została zakwalifikowana jako awanturnictwo. Teraz z kolei zrobiono problem z wzmianki o społecznym zjawisku, o którym miał nie tylko prawo, ale i obowiązek mówić, jeśli tylko o nim słyszał.

Takie wypowiedzi zawsze stawały się przedmiotem toksycznych nagonek z jednego powodu. Bo były niepoprawne polityczne. Bo w Polsce nieformalny Wydział Prasy KC zawsze w takich przypadkach daje hasło do napaści. Poczytajcie dziesiątki publikacji na temat Gowina w „Gazecie Wyborczej”. Niemal wszystkie w ostatnim czasie, z sobotnim komentarzem Marka Beylina jako swoistym zwieńczeniem, to czysty język „przemysłu pogardy”. W tym przypadku nie chroniła przed tym ani przynależność do partii rządzącej, ani ministerialna teka.

Donald Tusk podjął decyzję bardzo podobną jak eurokraci nie tak dawno wobec Rocco Buttiglionego. Owszem, ministrem nadal może być katolik i konserwatysta, pod jednym wszakże warunkiem, że „bezobjawowy”. Szanuję Marka Biernackiego, następcę Gowina, za opozycyjną przeszłość i kilka ładnych zachowań w ostatnich latach. Ale przykro mi – godzi się dziś na taką rolę.

Fakt, że Platforma sięgnęła po niego, a nie jak prorokowano po Ryszarda Kalisza czy Romana Giertycha, pokazuje, że nie zrezygnowano z resztek pozorów. Ale te pozory są potrzebne już tylko po to aby zapobiec ewentualnym ubytkom w klubie Platformy. Gowin odchodzi w momencie, kiedy pod auspicjami tego rządu buduje się podstawy pod „edukację seksualną” czterolatków, a grupa posłów, głównie PO, przygotowała ustawa, która jeśli zostanie przyjęta w takim kształcie, w praktyce zdelegalizuje harcerstwo kierujące się inspiracją chrześcijańską.

O tym, że to casus podobny do historii profesora Buttiglione przekonuje też inny fakt. Gowin, piętnowany przez chór strażników rzekomej apolityczności ministrów, był jednym z nielicznych członków tego rządu z realnymi osiągnięciami. Projekt ustawy deregulacyjnej został niedawno przyjęty głosami tak PO jak i PiS – pokazując, że przy odpowiedniej agendzie znika mit o nieprzekraczalnych politycznych granicach.

Ta ustawa była próbą podtrzymania ducha naprawy państwa, charakterystycznego dla czasów tak zwanego POPiS-u. To nie wystarczyło aby uzasadnić swoją niezbędność. Ministrem będzie nadal Barbara Kudrycka, której jedyną zasługą jest hasło kontrolowania poglądów naukowej kadry. Nie będzie członkiem rządu Jarosław Gowin.

Będzie jeszcze czas spytać, co tu było następstwem taktyki Tuska aby nie tolerować przy swoim boku indywidualności, a co – ustępstwem wobec ducha czasów, który wyrażała wrzaskliwa nagonka. Dla Gowina może to i dobrze, suma kompromisów zawieranych z większością kolegów czyniła go stopniowo nie całkiem czytelnym.

Polska staje się za to krajem jeszcze mocniej nachylonym w jednym kierunku. Zostawiam kolegom komentatorom  polityczne oceny, co się z tego nachylenia w przyszłości narodzi. Powtarzam, nagonka przeciw Jarosławowi Gowinowi dotyka w jakiejś mierze nas wszystkich.