Zaskoczyła nas dziś Katarzyna Kolenda-Zaleska, która w "Gazecie Wyborczej" katastrofę smoleńską porównuje do globalnego ocieplenia, twierdząc, że:

Naukowcy się spierają, ale i tak nic z tego nie wynika.

Według dziennikarki, naukowcy z całego świata co roku publikują raporty potwierdzające teorię o globalnym ociepleniu. Są też tacy, którzy tę teorię podważają i kwestionują ustalenia innych.

Na podstawie swoich badań i raportów stwierdzają brak naukowych dowodów na to, że dwutlenek węgla czy inne gazy cieplarniane oraz działalność człowieka mają wpływ na ocieplanie się klimatu. Sytuacja jest patowa od wielu lat i nie ma żadnych przesłanek ku temu, by sądzić, że w najbliższym czasie naukowcy dojdą do porozumienia. Wręcz przeciwnie, spór się zaostrza, bo w tle są też polityczne interesy, a przede wszystkim duże pieniądze. Jedni oskarżają drugich - a to o niekompetencję, a to o zbijanie kapitału na straszeniu ludzi. W przypadku Smoleńska jest podobnie, choć w tle nie ma pieniędzy, ale przede wszystkim polityka i władza.

Katarzyna Kolenda-Zaleska nie widzi żadnego problemu w porównywaniu zjawiska, co do istnienia którego można mieć poważne wątpliwości, z katastrofą smoleńską, która wydarzyła się z całą pewnością. Nie wyjaśniono jednak jej przyczyn. Jak się okazuje, w możliwość ich wyjaśnienia znana dziennikarka poważnie wątpi.

Niestety, ustalenie wspólnej prawdy o wydarzeniach z 10 kwietnia jest już całkowicie niemożliwe. Po jednej i drugiej stronie smoleńskiego sporu nie ma woli do szukania kompromisu. No bo jak można pogodzić teorie tak diametralnie różne? Jeśli był zamach, to nie mogło dojść do katastrofy. Jeśli doszło do katastrofy, to teorie zamachu można włożyć między bajki.

Zastanawia nas, dlaczego Kolenda-Zaleska uważa, że prawdę należy ustalać na drodze kompromisu. Nam się wydaje, że trzeba badać fakty i dowody tak długo, aż uda się dojść do prawdy. Ale może jesteśmy z innej szkoły.

PiS zresztą z teorii zamachu nie zrezygnuje, bo na niej buduje swoją polityczną przyszłość. I nigdy nie zaakceptuje ustaleń zespołu Millera, choćby sam Albert Einstein poparł jego ustalenia. Nie ma więc mostu, na którym zwolennicy obu teorii mogliby się spotkać. Protokół rozbieżności, który proponuje prof. Kleiber, nie definiowałby różnic, bo dzieli wszystko, a nic nie łączy.

Może być więc tak, że naukowcy - o ile w ogóle dojdzie do spotkania - będą sobie coś tam ustalać, a politycy i tak będą robić swoje. Bo przecież tu nie o naukę chodzi ani nawet o prawdę. Prawda już została ustalona, żadne fakty jej nie zmienią. Doświadczenia debaty klimatologów każą wątpić, by z tej smoleńskiej dyskusji wyniknęło coś naukowo pewnego.

Imponuje nam, że znana dziennikarka uważa, że żadne fakty nie mogą zmienić prawdy. Jak to mówią: „jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów”. Gratulujemy logiki!

BR/"GW"