Nazywa się Jeffrey Martin Carney. Przed rozbiórką muru berlińskiego ten z pochodzenia Amerykanin pracował dla CIA, a później przeszedł na stronę wywiadu byłej NRD, gdzie notabene się osiedlił. Widać był bardzo przydatny, skoro niemieccy komuniści przyznali mu różnorakie medale za jego zasługi. Po zjednoczeniu, już w Republice Federalnej otrzymał niemieckie dokumenty na nazwisko Jens Karney. Prawdopodobnie również zachodnioniemiecki wywiad chciał skorzystać z jego usług. Nie wyszło, gdyż Amerykanie porwali go w biały dzień z ulic Berlina i wywieźli za ocean, gdzie osądzono go za zdradę i ostatecznie trafił do więzienia wojskowego o zaostrzonym rygorze, w Forcie Leavenworth.

Generał Wojciech Jaruzelski ma szczęście, że nie urodził się Amerykaninem. Bo to nie USA, lecz Polska jest krajem nieograniczonych możliwości. U nas ten były szpicel NKWD, który kaligrafował i ozdabiał swe donosy na rodaków dla sowieckich okupantów, został prezydentem. Przy okazji jednej z rocznic wprowadzenia stanu wojennego Jaruzelski oznajmił, że „dziś zrobiłby to samo”. Co gorsza, ma się za „patriotę”. Ba, jeszcze niedawno brylował na salonach, towarzysz Leszek Miller, dziś szef SLD - spadkobiercy PZPR zaprosił „pana prezydenta” na stadionową masówkę i gdyby nie wiek i kiepskie samopoczucie Jaruzelskiego pewnie zostałby zaproszony do „Tańca z gwiazdami”…

Bo generał jest powszechnie znany ze swych zasług. Na przykład z czystek w armii w 1968 r., wysłania polskich żołnierzy do stłumienia Praskiej Wiosny, z rozprawienia się z robotnikami na Wybrzeżu w 1970 r., czy z pedantycznego przygotowania i realizacji stanu wojennego. Za to wszystko prezydent Bronisław Komorowski osobiście poprosił go, aby uświetnił swą obecnością na Zamku Królewskim odebranie insygniów Orderu Orła Białego i Orderu Odrodzenia Polski. Jaruzelski go nie zawiódł, przybył, pozował do wspólnej fotografii, a nawet pochwalił, że prezydentura Komorowskiego ma szansę być taką, która łączy.

A co z wnioskiem z 1991 r. o postawienie Jaruzelskiego i 25 innych członków komunistycznej kamaryli za stan wojenny przed Trybunałem Stanu? Nic. Dla przypomnienia, w 1996 r. Sejm podjął uchwałę o umorzeniu tej sprawy. Wprawdzie jeszcze w 2007 r. IPN przygotował dokumenty, które miały być podstawą do oskarżenia Jaruzelskiego, Czesława Kiszczaka i paru innych o zbrodnie przeciw narodowi, lecz wysoki sąd uznał, że czegoś mu tam jeszcze brakuje i nakazał m.in. przesłuchanie „świadków” - zmarłej kilka dni temu Margaret Thatcher i Michaiła Gorbaczowa. Nie ustają za to starania sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej o postawienie przed trybunałem… byłego premiera, prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. O ile się nie mylę, wniosek w tej sprawie wpłynął do marszałek Ewy Kopacz niespełna miesiąc temu.

Generałowie Jaruzelski, Kiszczak - były szef MSW, oskarżany o śmierć górników z kopalni „Wujek”, który bezwzględnie rozprawiał się z dysydentami, a który już w wolnej Polsce objął posadę wicepremiera i zadbał o zatarcie śladów ich zbrodni z czasów PRL, mogą spać spokojnie. Włos im z głowy nie spadnie i dożyją swych dni bez orzeczenia winy i kary. Sam Kiszczak został już dwa lata temu uniewinniony w pełnym majestacie prawa przez Sąd Okręgowy w Warszawie. Teraz mamy kolejne uniewinnienie następnego sprawcy zza biurka: „kata z Trójmiasta” - Stanisława Kociołka, byłego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku i wicepremiera.

„Poczekaj draniu, my cię dostaniem!”, wierzył Krzysztof Dowgiałło, autor słynnej „Ballady o Janku Wiśniewskim”. Mylił się. Kociołek może bez żadnych wyrzutów sumienia cieszyć się emeryturą wysłużoną w aparacie komunistycznego zniewolenia. Życie robotników zastrzelonych z karabinu maszynowego było warte dla sądu kary dwóch lat więzienia w zawieszeniu, którą wymierzono Mirosławowi W., dowódcy kompanii tłumiącej protesty w Gdańsku i Bolesławowi F., zastępcy dowódcy jednostki ds. politycznych w Gdyni.

„Mogę jedno powiedzieć, że gdyby w sprawie grudnia`70 był wyższy wyrok, to byłbym tym bardzo zniesmaczony”, skomentował sam Jaruzelski. Respektowana przez sędziów, niepisana licencja aparatczyków na zabijanie jest jak drwina z ofiar i państwa prawa. Wolnej Polsce nie starczyło determinacji, by uzmysłowić im podobnym, kim są naprawdę. Jest natomiast determinacja w przestrzeganiu uzgodnień z Magdalenki i tych zawartych przy okrągłym stole, które umożliwiły aktywistom PZPR funkcjonowanie na dzisiejszej scenie politycznej, przepoczwarzenie się komunistów w „socjaldemokratów”-obrońców… demokracji, czy w kapitalistów. W gruncie rzeczy nie chodzi tylko o ten ostatni wyrok, ani nawet o 13 grudnia, o zlecanie bestialskich mordów, jak na księdzu Jerzym Popiełuszce, o wtrącanie ludzi do więzień i łamanie ich podstawowych praw przez polskich legatów Kremla. Chodzi o coś więcej, o brak choćby moralnej oceny i powszechnej świadomości, że było to najgorsze z możliwych sprzeniewierzenie się wobec własnego narodu. Bo, czym różni się wyłapywanie przez ubeków, rozstrzelanie i potajemne grzebanie po lasach prawdziwych polskich patriotów od zbrodni katyńskiej? Czym różni się działalność SB, inwigilowanie i skrytobójcze mordowanie przedstawicieli demokratycznego podziemia? Tego dokonywali już sami Polacy, cerberzy wpisanej do konstytucji przewodniej roli ZSRR.

Polska to nie Stany Zjednoczone, u nas obowiązuje inne, własne pojęcie „państwa prawa”. Nikt nikogo nie porwie i nie wtrąci do więziennej celi. Jaruzelscy, Kiszczakowie, Kociołki itd., a także ich wychowankowie szykujący się właśnie do prezentacji siły lewicy na Stadionie Narodowym mają szczęście, że nie urodzili się w USA. Mnie nie stać na „grubą kreskę” ani na wielkoduszność. Nie jestem Bogiem, ani księdzem. Tym bardziej, że zgodnie z naukami Kościoła, wybaczenie musi poprzedzić żal za grzechy i skrucha. Skruchy sprawców zza biurek i ich służalców za bez mała półwiecze gnębienia własnego narodu i popełnione zbrodnie nie ma. Nie jestem również sędzią, który przy ferowaniu wyroków opiera się na, powiedzmy, materiale, jakim dysponuje i „literze prawa”. Więc ja nie wybaczam!