Można kogoś pobić kulą wystrzeloną z karabinu? Po 24 latach „demokratycznej Polski” okazuje się, że można

Fot. PAP/Rafał Guz
Fot. PAP/Rafał Guz

Przypadki głupoty można uznać za coś śmiesznego, pociesznego, czy wręcz sympatycznego. Głupota może mieć wiele różnych odcieni i wywoływać różnorakie reakcje. Jednak ta wbudowana w newralgiczne dla państwa obszary buzi zgrozę i niepokój. I tak jest właśnie z piątkowym orzeczeniem ws. komunistycznych morderców, których sąd potraktował niezmiernie łagodnie w procesie dot. Grudnia' 70.

W całej sprawie szokuje wiele.

Sam wyrok, który jest kpiną z prawa, Polaków oraz historii - uniewinnienie S. Kociołka, uznanie, że gen. Jaruzelski – ten sam, który prowadzi aktywną działalność publiczno-polityczną, nie jest w stanie odpowiadać za swoje czyny, bo źle się czuje. Niskie wyroki w zawieszeniu dla byłych żołnierzy, którzy w grudniu 1970 roku – jak się okazuje – pobili ze skutkiem śmiertelnym robotników.

Szokuje również zestawienie tej kpiny z górnolotnymi słowami sędziny Agnieszki Wysokińskiej-Walczak:

Ten proces był potrzebny, bo należy rozliczać działalność władzy, zwłaszcza gdy dochodzi do popełnienia przestępstw. Działania władzy przeciwko obywatelom nie mogą być chronione tajemnicą ani zapomniane.

Tak sędzina komentowała wyrok, który sankcjonował nieodpowiedzialność władzy komunistycznej.

To, co wydarzyło się w piątek na sali sądowej, uzupełnia długą listę skandalicznych, głupich i nieodpowiedzialnych decyzji sądów ws. zbrodni komunistycznych. Po raz kolejny okazuje się, jak niszczejące skutki ma konstrukcja III RP.

W imię bezpieczniacko-partyjnych układów, interesów, w imię budowania mechanizmów nieodpowiedzialności zbrodniarzy w „demokratycznym kraju” dopuszczono do sytuacji skandalicznej – prawo i sądy wzmacniają we władzy uzasadnione poczucie nieodpowiedzialności, wzmacniają w społeczeństwie równie uzasadnione poczucie niesprawiedliwości oraz – co może być najbardziej bolesne dla wspólnoty – niszczą autorytet samego prawa i praworządności.

W imię interesów morderców z PRL nie wprowadzono w Polsce specjalnych praw i przepisów dotyczących sądzenia komunistów. Ich sądzi się wedle tego samego prawa co zwykłych przestępców. Autorzy stanu wojennego byli oskarżeni o kierowanie związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, jak współcześni gangsterzy i mafiozi.

Kociołek i inni również usłyszeli zarzuty jak zwykli bandyci. I w wyrokach opartych na przepisach stosowanych do sądzenia bandytów zapadają skandalicznie niskie wyroki. Autorzy stanu wojennego otrzymali 2 lata w zawieszeniu (ci, których pozwolono osądzić), żołnierze strzelający do robotników otrzymali również kary w zawieszeniu. Co więcej, okazało się, że ich czyny to pobicie robotników ze skutkiem śmiertelnym.

Tego pobicia dokonali korzystając z kul wystrzeliwanych z karabinów oraz przy pomocy czołgów.

Zapewne na taką ocenę swoich działań, na takie wyroki liczyłoby wielu płatnych morderców czy gangsterów. Oni też przecież biją swe ofiary. Tylko pistolety i karabiny mają nowocześniejsze.

24 lata „wolnej Polski” sprawiły, że bandyci mogą czuć się bezpiecznie i bezkarnie. System III RP wykształcił mechanizmy, które zdejmują z katów i przestępców odpowiedzialność. Ostateczną decyzję podejmuje się w oparciu o analizę kontaktów towarzyskich i powiązań politycznych. Jeśli są dostatecznie silne, system coś wymyśli – choćby miał korzystać z najwyższych lotów głupoty, by uchylić odpowiedzialność.

Ten mechanizm istnieje w Polsce. A skoro w sprawach komunistycznych zbrodniarzy działa, to znaczy, że zawsze można z niego skorzystać. Pytanie tylko o warunki.

I gdzie tu miejsce, na prawo, na sprawiedliwość?

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...