Wczoraj doszło do załamania cen złota i innych surowców. Warto się zastanowić co to może oznaczać. Ceny złota powinny rosnąć gdy ludzi obawiają się, ze nadchodzi wysoka inflacja lub obawiają się upadku systemu opartego na pieniądzu papierowo/elektronicznym.


W pierwszym przypadku złoto pozwala zachować realną wartość majątku, w drugim przypadku chroni przed konfiskatą majątku przez rządy. Ponieważ ceny złota spadły, ludzie nie oczekują ani jednego ani drugiego. Jeżeli założymy, że nie są prawdziwe teorie niektórych komentatorów bloga, że ten spadek jest wywołany przez wielkich graczy (cytuję: Baron Rotszyld zadzwonił i kazał, żeby ceny złota spadły) po to żeby potem taniej odkupić, to niestety spadek cen złota oznacza, że nachodzi okres globalnej deflacji (z poprawką na ceny żywności, które trudno przewidzieć) i recesji. A to jest bardzo zły scenariusz, w warunkach recesji i deflacji banki w strefie euro będą padały jak muchy i będzie efekt domina. To właśnie dlatego banki centralne drukują jak szalone, żeby nie dopuścić do deflacji.

Spadek cen złota wkrótce po tym jak Bank Japonii zaczął szaleńczy proces druku jena sugeruje, że wchodzimy w zupełnie nową fazę kryzysu. Banki centralne przegrywają walkę o inflację. Kanclerz Merkel zaczyna przegrywać swoją wizję Europy, wraz z pojawieniem się partii AfD. Trojka została zablokowana na Cyprze i w Portugalii. Włochy są w komiczno-botoksowym chaosie, z Hiszpanii pieniądze dalej uciekają. Chiny dostały zadyszki, co może obnażyć słabość chińskiego systemu bankowego, a szczególnie tej części chińskich finansów które pozostają w cieniu.

Niedługo wiele krajów podejmie decyzje które będą kontrą dla japońskiej konkurencyjnej dewaluacji jena za pomocą druku pieniądza. Globalny system finansowy ma coraz więcej pęknięć. Nie można wykluczyć, że tu czy tam nagle wyląduje czarny łabędź.