NASZ WYWIAD. Dr Milek: "Jeśli utrudni się działalność Polakom w polskich organizacjach, szybciej roztopimy się w niemieckim otoczeniu"

kprm.gov.pl
kprm.gov.pl

Przewodniczący Kongresu Polonii Niemieckiej napisał do Sejmu dramatyczny list podsumowujący realizację traktatu polsko-niemieckiego z 1991 r., który nakładał na Polskę i Niemcy obowiązki wobec Niemców w Polsce i Polaków w Niemczech. Polska mniejszość w Niemczech nie ma nawet ułamka procenta tych praw, które mają Niemcy w Polsce, a niemieckie władze nie wypełniają własnych obietnic zapisanych w traktacie.

O sytuacji Polaków w RFN rozmawiamy z dr. Bogdanem Milkiem, przewodniczącym Kongresu Polonii Niemieckiej, autorem listu do Sejmu.

CZYTAJ WIĘCEJ: Partnerskie relacje polsko-niemieckie ws. dbałości o mniejszości narodowe? Oto wersja bez tuskowych uśmieszków

wPolityce.pl: W piśmie, które przysłał pan również do naszej redakcji znajduje się zdanie: "praktyka minionych lat w postępowaniu państwa niemieckiego wobec Polonii to gra pozorów." To mocne słowa na tle tego, co mówią o relacjach z Niemcami obecne władze w Polsce i media.

Dr Bogdan Miłek: Taka jest prawda. Nawet jeżeli raz na jakiś czas trafiają się jacyś pozytywnie do nas nastawieni urzędnicy, to biorąc pod uwagę sumę tych lat, które upłynęły od czasu zawarcia traktatu, nasza Polonia nie osiągnęła w zasadzie niczego. Traktat miał zapewnić symetrię między prawami mniejszości niemieckiej w Polsce, a tym co Polonia miała dostać od Niemców. A tymczasem żadnej symetrii nie ma!

Już dwadzieścia lat temu pojawili się pełnomocnicy do spraw traktatu na szczeblu landów. Pytanie: w którym landzie coś osiągnęli? W prawie żadnym. Może jakieś małe przebłyski widać w Nadrenii Północnej Westfalii w dziedzinie nauki języka polskiego. Ale to wszystko.

Nie mamy nawet biura, a co dopiero mówić o tym, czym dysponują Niemcy w Polsce. Są obecni nawet w polskim parlamencie, mają swoje media. A Polonia w Niemczech ma telewizję? Nie ma. Ma gazetę finansowaną ze środków federalnych? Nie ma.

Pojawiła się kiedyś kwestia powołania fundacji polonijnej. Okazało się, że nie możemy tego zrobić, bo pewnie bylibyśmy zbyt niezależni. Pojawiają się w to miejsce projekty finansowane przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Chciałem pewnego razu zaprosić Tadeusza Mazowieckiego. Powiedziano mi, że muszę wziąć oferty od niedrogich hoteli, a oni wybiorą najtańszą. Jak w takich warunkach można normalnie działać? Jesteśmy w większości obywatelami niemieckimi, a więc zajmujący się naszymi sprawami urzędnicy niemieccy żyją z naszych podatków. Zasługujemy na normalne traktowanie.

 

Dlaczego Niemcom tak zależy na trzymaniu Polonii w strefie cienia? Boją się Polaków, powstania propolskiego lobby?

Po pierwsze żadne państwo nie widzi chętnie lobby działającego na rzecz obcego kraju. Po drugie Niemcy potrzebują ludzi, potrzebują fachowców, zaś Polacy w drugim, trzecim pokoleniu, niestety się wynaradawiają. To nie jest to pokolenie „rodlaków” (powstały w latach 20. XX wieku Związek Polaków w Niemczech miał znak Rodła” – przyp. red.), które walczyło w Niemczech o polską tożsamość.

Dzisiejsza praktyka niemiecka wyraźnie polega na tym, że jeśli utrudni się działalność Polakom w polskich organizacjach, to oni – zatomizowani - szybciej roztopią się w niemieckim otoczeniu.

 

Czyli chodzi o przyspieszenie asymilacji? Niemcy stawiają na politykę asymilacyjną, choć o tym nie mówią, bo to słowo źle się kojarzy?

Taka jest praktyka. Np. był kiedyś taki urzędnik w MSW Gorch Fock – pochodzący ze starej pruskiej rodziny, odpowiedzialny za sprawy Polonii. Wiadomo było, że temu panu, ze względu na pochodzenie i wewnętrzną motywację, nie będzie zależało, aby w Niemczech Polonia kwitła. Zwykle dział zajmujący się Polonią opiekował się także mniejszością niemiecką w Polsce. Byli oczywiście urzędnicy, którzy chcieli pozytywnie podejść do naszych spraw, ale podsumowanie całego dwudziestolecia nie wygląda dobrze.

 

W swoim piśmie odsłonił pan trochę mechanizm doprowadzania przez Niemców do konfliktów w łonie Polonii, aby móc potem mówić, że „Polacy nie mogą się pogodzić między sobą, więc jak mamy ich wspomagać”? Aby doprowadzić do kłótni między Polakami, Niemcy wybierają pojedynczych działaczy, aby poza plecami innych, składali oni własne projekty do finansowania. Może pan podać nazwiska tych działaczy?

Nie chciałbym już tego precyzować. Ale faktycznie są składane takie wnioski. I jeśli im się przyjrzeć, to łatwo zauważyć, że wciąż powtarzają się osoby, które otrzymały finansowanie. Problem by się skończył, gdyby opublikowano w internecie szczegóły wszystkich projektów oraz dane, kto, ile i na co dostał.

 

Jak pan ocenia zaangażowanie polskich polityków w pomoc Polonii?

Zawsze było bardzo słabe. Kilka lat temu tłumaczono, że Warszawa nam nie pomoże, bo „teraz jest najważniejsze, aby Polska weszła do NATO i Unii Europejskiej”. My to oczywiście akceptowaliśmy licząc, że gdy już Polska wejdzie do tych organizacji, coś się zmieni. Nic z tego. Wciąż nie ma długofalowej strategii Polski wobec Polonii niemieckiej.

 

Ale skąd się bierze ten niedowład? Przecież sami Niemcy dają przykład, jak dbać o własną mniejszość w Polsce. Co naszym politykom szkodzi, żeby ich zwyczajnie naśladować?

To chyba kwestia dyplomacji. Bardzo słabej dyplomacji. Mnóstwo w niej radosnej twórczości. Dam przykład konsula kierowanego do jakiegoś miasta. Dopiero pod dwóch, trzech latach zaczyna on się orientować w miejscowych realiach. No i zaraz po tym, jest odwoływany i wraca do kraju. Gdzie tu sens i logika?

 

Rozmawiał Sławomir Sieradzki

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...