Wczorajsza telewizyjna dyskusja o katastrofie Smoleńskiej niewiele wniosła do wiedzy o tym co stało się 10/04. Rozmawiałem z kilkoma osobami, które nie mają jednoznacznej opinii na temat przyczyn katastrofy. Wszyscy byli zgodni: potrzeba nam debaty naukowców popierających „Raport Millera” i naukowców skupionych wokół zespołu Antoniego Macierewicza. Inaczej emocje wokół smoleńska rozwalą ten naród do końca.

Wczorajsza dyskusja między prof. Jackiem Rońdą a prof. Pawłem Artymowiczem była jedynie kroplą w morzu potrzeby konfrontacji ze sobą naukowych opinii na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej. Niestety dyskusja z racji konwencji programu jedynie zamąciła wątpliwości smoleńskie. Zgadzam się też z Markiem Pyzą, który napisał. że prof. Rońda "sam strzelał sobie w kolano taktyką: „mam dane, ale nie powiem skąd”. Mógł wszystkie banały serwowane przez naukowca z Toronto obalić dwuzdaniowymi ripostami zamiast zasłaniać się niewiele mówiącymi rysunkami." Prof. Artymowicz wypadł w oczach osoby nie zagłębionej w pracę zespołu Macierewicza o wiele wiarygodniej niż Rońda. Nie często w TVP pojawia się naukowiec z tego zespołu. Nie można psuć takich okazji. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo ciekawa pierwsza część programu ( w drugiej do konwencji brakowało Stefana Niesiołowskiego i Wojciecha Maziarskiego plujących antypisowskim jadem) pokazała jak szalenie potrzebna jest wielka, telewizyjna debata naukowców na temat katastrofy smoleńskiej. Pisałem kilka miesięcy temu, że jako laik, który ni w ząb nie mógł całe życie przyswoić sobie praw matematycznych i fizycznych, potrzebuję konfrontacji poglądów ludzi, którzy w opisie uderzającego o drzewo skrzydła mają totalne inne wnioski. Dziś nikt poważny nie dyskutuje z tym, że polski rząd skompromitował się oddając Rosji Putina śledztwo w sprawie katastrofy. Coraz mniej komentatorów polemizuje również z tezą, że śledztwo pokazało w jak fatalnej kondycji jest dzisiejsza Polska. Realny spór rozbija się więc o techniczne przyczyny katastrofy i o prawa fizyki.

Naukowcy obu stron sporu wyraźnie nie wystąpią na konferencji zorganizowanej przez oponentów. Zostaje jedynie debata telewizyjna. Powinna to być debata prowadzone rzecz jasna nie tylko przez „arcyobiektywnych żurnalistów” TVP, ale również przez dziennikarzy, którzy o 2010 roku poświęcają się dla szukania prawdy o 10/04. Mieliśmy już takie eksperymenty podczas wyborów prezydenckich czy parlamentarnych. Dobrze się stało, że TVP zdecydowała się na wyemitowanie nie tylko infantylnego u głupawego filmu o katastrofie Smoleńskiej National Geographic. Jednak pokaz filmu Anity Gargas, czy jakiegokolwiek innego filmu o Smoleńsku nie wystarczy Polakom. Z roku na rok jesteśmy coraz bardziej skonfundowani i podzieleni. Emocje wokół Smoleńska osiągną w końcu takiego zenitu, że naprawdę nie da się już nigdy „skleić, tego co pękło”.  A podzielony naród w tak fundamentalnej kwestii nie ma szans na przetrwanie. Chyba nikt poza żyjącymi z siania nienawiści publicystów i polityków tego nie chce. Wydaje się, że naukowcy nie mieliby oporów by wziąć udział w takiej debacie. Co więc stoi na przeszkodzie?