Dlaczego nie powinniśmy wchodzić do strefy euro? Mając własną walutę Polska jest względnie bezpieczna i nie podzieli losu Grecji

Fot. sxc.hu
Fot. sxc.hu

Od dawna się zastanawiam, jaki jest motyw tego owczego pędu narodów Europy do tworzenia superpaństwa z wielu mniejszych, bardzo przecież zróżnicowanych pod względem gospodarczym i kulturowym krajów. Co się stało takiego, że narody, które przez setki lat wojowały ze sobą, walczyły i wyrzynały się wzajemnie, nagle zapałały chęcią życia w jednym superpaństwie? Dlaczego sukcesywnie oddajemy obcym nam od zawsze i wrogo nastawionym nam w przeszłości narodom, atrybuty niepodległości, które z takim trudem wywalczyli nasi przodkowie? Skąd chęć do życia w takim jednym zbiorowym kołchozie?

Dlaczego nie wystarczy nam swobodny przepływ kapitału i ludzi między krajami członkowskimi? Czyż nie taka była idea EWG? Co się zmieniło? Dlaczego chcemy burzyć ściany i łączyć nasze mieszkanie z mieszkaniami sąsiadów, wspólnie tym jednym połączonym mieszakaniem zarządzać, uzgadniać kolor ścian, wystrój wnętrz, robić wspólnie zakupy, wspólnie gotować i spożywać posiłki, wspólnie żyć? Po co nam problemy sąsiadów, ich nawyki, wady, przyzwyczajenia? Czy nie lepiej żyć, może w ciasnym, ale własnym mieszkaniu i być samemu sobie panem i robić to, na co mamy ochotę?

Po co istnieje strefa euro?

1 stycznia 2012 roku waluta o wdzięcznej nazwie „euro” obchodziła dziesięciolecie swojego istnienia. W formie rozliczeń bezgotówkowych istniała co prawda od 1999 roku, ale jako pieniądz gotówkowy dopiero od 2002 r. Wspólną walutę wprowadzono na podstawie Traktatu z Maastricht. Początkowo program objął 12 państw: Niemcy, Francję, Belgię, Holandię, Luksemburg, Irlandię, Finlandię, Włochy oraz ... Hiszpanię, Portugalię i Grecję, a następnie, systematycznie dokooptowywano do systemu kolejne gospodarki: Słowenię w 2007, rok później Cypr i Maltę, w 2009 r. Słowację, a w 2011 – Estonię. Celem wprowadzenia wspólnej waluty, było – jak zapewniali wówczas politycy - „pogłębienie integracji i budowa powszechnego dobrobytu”. Przezornie jednak do systemu nie weszły trzy kraje, które były członkami UE w 2002 r.: Wielka Brytania, Dania i Szwecja.

Kraje, które zdecydowały się wziąć udział w tym eksperymencie zlikwidowały swoje waluty i banki centralne, ich kompetencje oddając Europejskiemu Bankowi Centralnemu, który odtąd miał za zadanie kreowanie polityki pieniężnej we wszystkich dwunastu mocno zróżnicowanych pod względem gospodarczym krajach Unii Europejskiej.

Wspólna waluta, miała i nadal zresztą ma tylko jedną zaletę: eliminuje całkowicie ryzyko kursowe w obrocie gospodarczym. To ważne z punktu widzenia stabilności funkcjonowania przedsiębiorstw, które nie musiały się odtąd martwić wahaniami kursów walut. Ich nadmierna fluktuacja powoduje bowiem sytuacje, że konkretna inicjatywa gospodarcza, która jest opłacalna w chwili podejmowania decyzji o jej powzięciu, a za kilka miesięcy, wskutek umocnienia się krajowej waluty, opłacalna być już nie musi. To ryzyko zostało wyeliminowane i to niewątpliwie jest bardzo dużo, ale pamiętać należy, że wspólna waluta eliminuje ryzyko walutowe tylko w obrocie gospodarczym w krajami, które tę wspólną walutę posiadają. W obrocie z krajami spoza unii ryzyko walutowe pozostaje bez zmian.

Zaleta wspólnej waluty jest jedna i jedyna, do tego sprawdza się wyłącznie w okresie prosperity, natomiast wad jest dużo więcej, o czym państwa członkowskie miały się przekonać już wkrótce.

Skąd ten kryzys?

Jest rok sierpień 2008 r. Upada najstarszy i potężny amerykański bank inwestycyjny Lehman Brothers, który nafaszerowany był do granic możliwości najnowszym wynalazkiem amerykańskich finansistów – tzw. toksycznymi papierami, czyli obligacjami zabezpieczonymi kredytami hipotecznymi udzielonymi klientom bez zdolności kredytowej. Okazało się bowiem, że zabezpieczenie to jest nic nie warte. Był to przysłowiowy kamyk, który spowodował lawinę. Świat zalało finansowe tsunami. Okazało się, że ekspozycje na amerykańskie toksyczne papiery miały również banki strefy euro, które chcąc ratować własną płynność wstrzymały finansowanie gospodarki wywołując kryzys gospodarczy, który obnażył wady eksperymentu pod nazwą „strefa euro”.

Pogorszenie wskaźników gospodarczych poszczególnych krajów spowodowało wyprzedaż obligacji państw najbardziej zadłużonych z obawy o ich niewypłacalność. Na pierwszy ogień poszła Grecja, najbardziej zadłużone państwo euro strefy. Spekulacyjny atak na grecki dług spowodował wzrost rentowności obligacji tego kraju z ok. 5% w 2009 roku, do ponad 10% w 2010 roku i 34% w 2012, przy czym poziom 10% uznawany jest za pułap, którego państwo nie jest w stanie obsłużyć. Przy tym poziomie długu, ponad 100% w stosunku do PKB, Grecja musiałaby wydawać na same odsetki znaczną część swojego PKB. Kraj ten więc został odcięty od możliwości pożyczania pieniędzy, a w dobie zapaści gospodarczej nie był w stanie wypracować niezbędnych przychodów pozwalających pokryć bieżące wydatki. Władze Grecji zwróciły się więc do UE, aby w ramach tzw. „solidarności europejskiej” udzieliły jej pożyczki.

Co było dalej wszyscy pamiętamy: do Aten przyjechali przedstawiciele tzw. Trojki (MFW, EBC i UE) i oznajmiły, że udzielą jej pożyczki, pod pewnymi warunkami, m.in. obniżenia rent i emerytur, płac w sferze budżetowej, zredukowania administracji, podwyższenia podatków i obniżenia wydatków, wyprzedaży państwowych przedsiębiorstw etc. Grecja wykonała polecenia pożyczkodawców co spowodowało gwałtowny spadek PKB. Podnosząc podatki i obcinając socjal rząd Grecji stłumił popyt wewnętrzny, z powodu braku środków spadły do zera inwestycje rządowe, a brak własnej waluty nie spowodował wzrostu konkurencyjności eksportu. Później podobne, choć w mniejszym stopniu, kuracje przeszły Włochy i Hiszpania, czego efekt jest widoczny do dzisiaj. Kraje te znajdują się w pernamentnej, trwałej recesji.

Solidarność europejska to fikcja

Grecja nie miała innego wyjścia jak poprosić instytucje międzynarodowe o pomoc finansową. Wchodząc do strefy euro, sądziła naiwnie, że taką pomoc w razie potrzeby bez problemu uzyska. Wszak tyle się mówi na europejskich salonach o solidarności europejskiej. Pomoc oczywiście uzyskała. Może nawet nie pomoc, lecz jałmużnę. Jałmużnę dlatego, że Grecja tej pożyczki nigdy nie spłaci. Nie mogąc zdewaluować własnej waluty, której lekkomyślnie pozbyła się kilka lat wcześniej, gospodarka grecka nie odzyska nigdy konkurencyjności, bezrobocie nie spadnie, popyt wewnętrzny nie wzrośnie, chyba, że w części generowanej przez zagranicznych turystów. Rząd Grecki będzie się cieszył, jeśli PKB przestanie spadać. Tak funcjonująca gospodarka nie będzie w stanie wygenerować nowych miejsc pracy, a tym samym dostatecznej ilości wpływów do budżetu z podatków na finansowanie administracji czy systemu emerytalnego. Bezrobocie wśród młodych wynosi ponad 40%, co oznacza, że niemal co drugi młody Grek nie ma pracy i jest na utrzymaniu rodziców. Skoro nie ma pracy, to nie założy rodziny, nie będzie miał dzieci, które nie wejdą za jakiś czas na rynek pracy, aby finansować emerytury swoich dziadków. To stracone pokolenie. Powiem więcej – to stracony naród. Dumny naród będący kolebką europejskiej cywilizacji został zniszczony, sponiewierany, zdeptany. Młodzi Grecy wyjadą za pracą do Niemiec, zostawiając w kraju wymierające pokolenie swoich rodziców i dziadków. Za 20-30 lat, Grecja będzie gospodarczą i demograficzną pustynią, z garstką obywateli utrzymujących się gównie z turystyki i bakszyszu. Wszystko przez ten jeden błąd, który naród ten popełnił w 2002 roku. Ale skąd mógł wiedzieć, jak się to zakończy? My, Polacy, dziś o tę wiedzę jesteśmy bogatsi.

W UE nie ma solidarności. Bo co to za solidarność, kiedy prosi się przyjaciół o pożyczkę, a oni owszem, pożyczą, ale najpierw zniszczą proszącemu dom, zgwałcą żonę, a na koniec zmasakrują mu twarz?

Polska jak Grecja?

Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację. Polska wchodzi do strefy euro. Likwidujemy NBP i złotego. Po jakimś czasie dochodzi do ataku spekulacyjnego na rynek polskiego długu. Rentowność obligacji rośnie do 10%. Nie jesteśmy w stanie spłacać nawet odsetek. Premier, powiedzmy, Donald Tusk, prosi Trojkę o pomoc finansową. Przyjeżdżają, słuchają wywodów premiera, kręcą nosem, spoglądają na siebie wzajemnie.

- Herr Tusk, podnosisz pan podatek dochodowy z 19% na 25%, VAT z 23% na 28%, wiek emerytalny z 67 na 70 lat, emerytury i płace w budżetówce ścinasz pan o połowę, sprzedajesz pan KGHM, PKN, PKO i PZU, i dodatkowo opodatkowujesz pan depozyty obywateli stawką 20% - mówi stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu, głosem przewodniczący delegacji Trojki.

- Depozyty? Jak to depozyty obywateli? – pyta nieśmiało drżącym głosem premier polskiego rządu. – To jest niezgodne z naszą konstytucją...

- To ją zmieńcie – odrzekł siedzący obok przedstawiciel MFW.

- Ale my nie mamy większości konstytucyjnej – tłumaczy premier.

- To pański problem Herr Tusk. Idź pan na kolanach do szefa opozycji i proś pan o poparcie – słyszy w odpowiedzi. – Jak już Pan te warunki spełni, to proszę nas powiadomić. Wracamy – rzuca do kolegów z Trojki.

To nie jest political fiction, ale scenariusz bardzo prawdopodobny. I wcześniej czy później z pewnością się wydarzy, jeśli wejdziemy do strefy euro w takim kształcie, w którym funkcjonuje obecnie.

Po co nam złoty?

Po pierwsze, choć nie najważniejsze, jest to atrybut niezależnej państwowości. Po drugie, choć również nie najważniejsze, narzędzie zarządzania gospodarką. Po trzecie, i najważniejsze, jest to ochrona przed kryzysem. Kiedy gospodarka kraju słabnie, spada popyt wewnętrzny, obywatele mają mniej pieniędzy i mniej kupują, rząd mniej wydaje na inwestycje, wówczas jedyną nadzieją pozostaje trzeci składnik PKB – eksport. W czasach kryzysu waluta krajowa słabnie, rosną kursy walut zagranicznych, co powoduje iż ceny naszych produktów są dla zagranicznych kontrahentów bardziej atrakcyjne. Wówczas jest szansa, że eksport się zwiększy i nadrobi ubytek w części popytu wewnętrznego czy inwestycji rządowych. Dzięki temu bezrobocie ma szansę przestać rosnąć, wpływy do budżetu spadać, gospodarka przestanie się kurczyć. Łatwiej będzie wyjść z kryzysu.

Bez tego czynnika, bez tego amortyzatora, bez tego swoistego rodzaju wentyla bezpieczeństwa, polska gospodarka będzie skazana na pogłębienie kryzysu i jałmużnę ‘Wielkiej Trójki’.

W skrajnych przypadkach możliwe jest również zdewaluowanie własnej waluty. Nazywa się to wojną walutową. Wtedy gospodarka kraju, który zdewaluował własną walutę jest bardziej konkurencyjna w stosunku do gospodarek sąsiadów. Produkuje taniej. Czy to się sąsiadom może nie podobać? Może. Często się nie podoba. Ba, nawet zawsze. Czy u progu idei powstania wspólnej waluty, nie było przypadkiem pozbawienie gospodarczych konkurentów tego właśnie narzędzia stymulowania własnej gospodarki? Pytanie, moim zdaniem, retoryczne.

Mając własną walutę Polska jest względnie bezpieczna i nie podzieli losu Grecji. Oczywiście, atak spekulacyjny na polski dług jest możliwy, ale mało prawdopodobny. Co wtedy może zrobić kraj, odcięty od źródeł zewnętrznego finansowania? W ostateczności uruchomić drukarki banku centralnego. NBP mógłby, po drobnej przeróbce ustawy o NBP, skupować polski dług obniżając jego rentowność. Tak jak robi to FED oraz Bank of Japan. Oczywiście wszystko we właściwych proporcjach i przy właściwym ukierunkowaniu strumieni pieniądza w gospodarce.

Dyletanctwo ekonomiczne Trojki

Kolejnym argumentem za nieprzystępowaniem do strefy euro jest sposób gaszenia pożarów przez Trojkę, która robi to ... oliwą. Jeśli jakiś kraj traci płynność finansową, Trojka wymusza na nim podwyżkę podatków, zwolnienia w administracji, redukcję wysokości świadczeń socjalnych. Wszystko to powoduje spadek popytu wewnętrznego, wyhamowanie produkcji, wzrost bezrobocia. Najciekawsze jest jednak to, że przedstawiciele Trojki są zdziwieni, że po zaaplikowaniu gospodarce tych rozwiązań recesja nie ustępuje, a wręcz przeciwnie, pogłębia się. Nie trzeba być szczególnie inteligentnym, żeby wiedzieć, że jak się komuś pieniądze zabierze, to on nie będzie wydawał. A bez wydatków nie ma podatków. Budżet żyje głównie z VAT-u, a ten jest wliczony do produktu finalnego.

Gospodarkę podnosi się z zapaści albo dewaluując walutę, czyli pobudzając eksport albo pobudzając popyt wewnętrzny wpompowując do niej gotówkę. Jeśli gotówki nie ma, to się ją pożycza. Albo drukuje, jak USA czy Japonia. Długi się spłaca wówczas, kiedy gospodarka kwitnie, ale nie wcześniej. A eurogrupa nakazuje krajom bez płynności finansowej redukować zadłużenie i podpisywać zobowiązania o maksymalnym pułapie długu do PKB. Czyli idzie w zupełnie przeciwnym kierunku. Moim zdaniem poziom zadłużenia w stosunku do PKB nie jest problemem, ważny jest koszt obsługi tego długu. Stosunek długu do PKB Japonii wynosi ponad 200% i kraj ten świetnie sobie radzi, w USA wskaźnik ten wynosi 160% i gospodarka rozwija się świetnie. W Polsce wynosi 55% i wpadamy właśnie w stagnację.

Chybione argumenty

Jednym z podstawowych argumentów za wstąpieniem do strefy euro, używane przez zwolenników tego rozwiązania, jest argument, jakoby nasze społeczeństwo w referendum akcesyjnym zobowiązali się do jego wprowadzenia u nas. Abstahując od metody przeforsowania tego pomysłu (można ją śmiało porównać do nieetycznych metod „drobnego druczku z gwiazką” lub „haczyka”, gdzie przy pozornie korzystnej umowie przemyca się klientowi niekorzystne rozwiązania), to ja całkiem serio poddaję w wątpliwość ważność „decyzji społeczeństwa” w części dotyczącej wspólnej waluty, ze względu na niezgodność tego rozwiązania z polską konstytucją, która takiej możliwości nie przewiduje. Jestem zatem ciekaw opinii konstytucjonalistów w tej materii.

Ponadto "decyzja" podejmowana była przy niepełnej wiedzy społeczeństwa co do wad tej toksycznej waluty*. To tak, jakbyśmy w zobowiązali się do kupna samochodu bez podania terminu transakcji, lecz wkrótce okazałoby się, że pojazd posiada wady ukryte, o których nie wiedzieliśmy.  Wiąże nas wówczas ta umowa, czy nie?

Niewystarczającym argumentem, tym razem o charakterze gospodarczym, jest również twierdzenie, iż wprowadzenie w Polsce euro jest korzystne dla eksporterów, gdyż eliminuje ryzyko kursowe w obrocie handlowym. Pamiętajmy jednak o tym, że strefa euro nie jest jedynym partnerem handlowym Polski. Jak podaje Ministerstwo Gospodarki, w 2011 roku udział strefy euro w polskim eksporcie wynosił zaledwie 54,10%, natomiast w imporcie jeszcze mniej – 46,50%.  Oznacza to, że ryzyko kursowe polskiego eksportu byłoby wyeliminowane jedynie w połowie.

Kiedy wejść do strefy euro?

Moim zdaniem nie powinniśmy tam wchodzić w ogóle, a skoro już bardzo chcemy, to trzeba poczekać jak rozwinie się sytuacja. Możemy też zostawić tę decyzję następnemu pokoleniu, pokoleniu naszych dzieci i wnuków. Niech oni decydują. Dlaczego mamy podejmować za nich decyzję? Podzielmy się decyzyjnością z następnymi pokoleniami.

Podstawowymi warunkami, aby w ogóle rozmawiać o unii walutowej z Grecją, Portugalią i Cyprem, są:

- wprowadzenie euroobligacji, czyli jednych obligacji dla wszystkich państw strefy euro. Wyeliminuje to ryzyko spekulacyjnego ataku na dług któregoś z państw członkowskich, który nie mając własnej waluty, nie może się przed nim obronić. Ten sam poziom oprocentowania dla wszystkich członków tej samej strefy walutowej jest bardzo ważne, skoro wszystkich obowiązuje ta sama stopa referencyjna. Dopiero wtedy można mówić o solidarności europejskiej. Nie jest to jednak możliwe bez centralnego sterowania wydatkami poszczególnych państw przez Komisję Europejską. A to już bardzo głęboko posunięta integracja. Za głęboko.

- ustalenie procedury wyjścia ze strefy euro. Wejście do strefy euro nie może być biletem w jedną stronę. Musi być z góry ustalona procedura wyjścia z unii walutowej w dowolnym momencie przez dowolny kraj,

- odpowiedni kurs wymiany złotego na euro, który nie może być niższy niż 4,50 zł. Wzmocni to konkurencyjność naszej gospodarki przynajmniej na jakiś czas.

Równie ważne w kontekście naszego przystąpienia do euro strefy jest przyszłe zachowanie EBC, w czasie kiedy już kryzys zostanie zażegnany. Kluczowe jest zachowanie EBC, kiedy gospodarka niemiecka będzie się rozwijać na tyle, że będzie tworzyła presję inflacyjną, a gospodarka Włoch i Hiszpanii pozostanie w stagnacji. Czy EBC pozwoli na inflację w Niemczech czy pogłębi problemy południa? Stawiam na to drugie. Wtedy nie będzie wątpliwości, kto rządzi Unią.

Kto zarabia na strefie euro...

Po wprowadzeniu wspólnej waluty w 2002 roku, państwa Europy zachodniej utraciły możliwość dewaluacji własnej waluty, a tym samym obrony przed konkurencją zagranicznych producentów. Od tej pory przedsiębiorcy muszą więc rywalizować ze sobą wyłącznie konkurencyjnością własnych produktów. Nie trudno zgadnąć, że w tej konkurencji największe szanse ma najsilniejsza i najbardziej rozwinięta gospodarka niemiecka. Po wprowadzeniu wspólnej waluty Niemcy stały się „Chinami Europy” odnotowując z roku na rok znaczną nadwyżkę w bilansie handlowym z innymi państwami unii walutowej. I kryzys w tym im wcale nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, pomaga. W 2012 roku, kiedy strefa euro zanotowała kolejny spadek dynamiki PKB, tym razem o 0,6%, Niemcy osiągnęły najwyższą w swojej historii nadwyżkę w bilansie handlowym z innymi krajami strefy euro w wys. około 200 mld USD , czyli mniej więcej tyle co Chiny.

... i kryzysie?

Ze względu na pogarszającą się kondycję pozostałych krajów strefy euro, większym popytem zaczęły się cieszyć obligacje niemieckie, które odnotowały historyczny spadek rentowności, momentami przyjmując wartości ujemne. Przed kryzysem oprocentowanie niemieckich 10-letnich obligacji rządowych wahało się w granicach 4,0 – 4,6%. Dziś wynosi 1,28% , czyli około 3,5 raza mniej. Przy 3 bilionach euro długu publicznego (82% w stosunku do PKB w wys. 3,6 bln euro) daje to wymierne korzyści.

Dzięki obecnemu kryzysowi wiele krajów unii walutowej zrozumiało swój błąd sprzed kilku lat. Niestety, jest już za późno. Obecnie nie ma procedury wyjścia kraju ze strefy euro. Wspólna waluta okazała się pułapką, która zamiast przynieść dobrobyt ich członkom przyniosła wielu z nich recesję, bezrobocie i biedę. Dążenie dzisiaj polskich władz do wprowadzenia naszego kraju do wspólne strefy walutowej jest działaniem na jego szkodę. Minister spraw zagranicznych powiedział niedawno, że do strefy euro powinniśmy wejść choćby „jutro rano”, gdyż dzięki temu będziemy w „ścisłym gronie decyzyjnym”. Pomijając ignorancję ekonomiczną ministra, chciałbym zadać mu pytanie: o czym mielibyśmy decydować? O ile zredukować administrację, o ile obniżyć emerytury, w jakim stopniu zredukować lokaty obywateli, żeby otrzymać od Trojki zapomogę? Czy minister nie pamięta, że Grecja i Cypr też są w strefie euro i o niczym, poza powyższym, decydować nie mogą?

Sławomir Grabias

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...