Gdy moja córka miała 13 lat, przeczytała wraz z całą klasą „Kamienie na szaniec”. Zachwyciła się. Gdy byliśmy na Powązkach na grobie moich rodziców, zażądała (i od tej pory stale żąda) abyśmy poszli też do Alka, Rudego i Zośki. Nie była i nie jest odosobniona w tych emocjach. Stały się one udziałem całej jej gimnazjalnej klasy.

Feministyczna literaturoznawczyni z PAN, Elżbieta Janicka, postanowiła mojej córce te emocje odebrać. Bo, jak mówi w wywiadzie dla PAP, oddziaływanie „Kamieni” „może wydawać się niepokojące. Bo przedstawia ona jako głęboko moralny i życiowo atrakcyjny wzorzec walki zbrojnej i śmierci "za ojczyznę" bez liczenia się z uwarunkowaniami, realną postacią i kosztami przemocy, także jej konsekwencjami moralnymi. W "Kamieniach na szaniec" śmierć jest przedstawiona jako romantyczna męska przygoda".

Janicka mówi tak o książce, która zawiera najbardziej chyba przejmujący w polskiej literaturze opis związanego z walką cierpienia – czyli tortur i agonii „Rudego”... I już samo to mogłoby być uzasadnieniem dla pominięcia jej wywodów milczeniem. Tym bardziej mało sensowne wydaje się dyskutowanie z osobą, która rok temu podzieliła się z czytelnikami tygodnika „Polityka” odkryciem, iż warszawskie kapliczki podwórkowe (powstałe w czasie niemieckiej okupacji) zostały ufundowane jako wota wdzięczności za wymordowanie Żydów... Można by więc zasadnie stwierdzić, że mamy do czynienia z osobą, po prostu skłonną do urojeń, i w związku z tym przestać się nią interesować.

Ale Janicka jest przejawem pewnej szerszej, i niestety wcale nie marginalnej, tendencji. Tej samej, której szczerze dał wyraz Janusz Palikot, wzywając polityków lewicy, aby wreszcie otwarcie powiedzieli Polakom, że muszą wyrzec się polskości.

Dlaczego aż tak ostra diagnoza?

Dlatego, że tak się potoczyły nasze losy, że dla polskości tradycja zbrojnej walki o wolność jest elementem konstytutywnym. Czyli takim, bez którego polskość istnieć nie może.

Dlatego walka z tą tradycją jest obiektywnie walką z polskością.

Jest też walką z normalnym społeczeństwem. Bo przecież zbrojną walkę prowadzili, co naturalne, w większości mężczyźni. Zdekonstruujmy więc mit tej walki, wykażmy że w zasadzie akowcy i SS-mani mieli z sobą sporo wspólnego. Przecież i jedni i drudzy to powodowani testosteronem macho, którzy uprawiali swój krwawy sport, depcząc kobiety, dzieci i w ogóle mniejszości. A tak naprawdę powodowani byli żądzą zyskania tytułu samca-Alfa... Gdy upowszechnimy taki punkt widzenia, przebudowa opornego polskiego społeczeństwa według jedynie słusznego, tęczowego wzoru wreszcie ruszy z kopyta...

Dlatego warto odnotować karkołomne elukubracje Janickiej. Nawet i te, w których sugeruje, iż przyjaźń „Rudego” i „Zośki” miała... homoseksualny podtekst. Janicka opiera się tu na relacji „Zośki”, któremu storturowany przez gestapowców, umierający przyjaciel kazał się uścisnąć, wyraził radość że razem wyjadą na wieś na rekonwalescencję, i w ogóle „przyjemność mu sprawiało, gdy trzymałem go za ręce lub gładziłem ręką po głowie”...

Janicka najwyraźniej nie wie, że każda epoka ma swój język, który ludzi innej epoki może z łatwością zdezorientować. Co na przykład zrobić z Sienkiewiczem, który w „Krzyżakach” wkłada w usta jednemu z bohaterów opowieść, jak to książę Witold i Wielki Mistrz Zakonu „zjeżdżali się na jednej wyspie, pili, jedli i świadczyli sobie miłość”...? Co zrobić z jak na nasze standardy niezwykle nacechowanym emocjonalnym językiem przyjaźni romantyków – czy Filomaci i Filareci byli w rzeczywistości stowarzyszeniami gejowskimi?

Ale czy w ogóle warto zastanawiać się nad tym, skoro zdaniem tejże Janeckiej cała akcja pod Arsenałem została przeprowadzona po to, by „przykryć” propagandowo efekt kilkudniowej zbrojnej samoobrony Żydowskiej Organizacji Bojowej w warszawskim gettcie (Arsenał miał miejsce w marcu '43; w styczniu po raz pierwszy ŻOB-owcy wystąpili zbrojnie w obronie wywożonych do Treblinki)...? Bo oczywiście antysemityzm był oczywistą motywacją wszystkich chyba działań dowództwa AK. Może nie zawsze do końca uświadomioną, ale dzięki temu tym bardziej powszechną...

Piotr Zaremba ukuł kiedyś termin „przemysł pogardy”. Z przemysłem pogardy blisko związany jest inny przemysł – przemysł dekonstrukcji polskości. Przemysł – bo dekonstrukcja ta jest prowadzona na przemysłową skalę. I bo udział w nim bardzo się opłaca. Wystarczy sformułować możliwie największą bzdurę, by już móc liczyć na bardzo szerokie jej rozpowszechnianie („Wyborcza” już rozreklamowała wywiad Janickiej...). I na efekty tegoż rozpowszechniania, wymierne w prestiżu i w jego materialnych przejawach.

Na szczęście to wszystko jest mało efektywne. Polski patriotyzm ma się bowiem coraz lepiej. Świadczy o tym choćby zjawisko, związane z rokrocznie rozszerzającymi się obchodami kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego. Świadczy o tym co roku większy sukces Dnia Żołnierzy Wyklętych. Świadczy o tym coraz większa popularność działań historycznych grup rekonstrukcyjnych. Długo można by jeszcze wymieniać.

Ale ten proces umacniania się polskiego patriotyzmu niepokoi przeciwników polskości. I skłania ich do kolejnych prowokacji. A choć są oni z roku na rok coraz bardziej anachroniczni i w sumie coraz słabsi, to zarazem stoją za nimi ośrodki naprawdę silne i wpływowe.

Dlatego warto zwracać uwagę na kolejne ekscesy osób typu doktor Janickiej. Choć oznacza to często konieczność polemiki z bredniami, zawstydzającymi przeciętnie inteligentnego człowieka.